15 maja 2013 roku, decyzją NSA, po blisko 25-letnich staraniach i walkach w sądach, bezprawnie zrabowany w 1945 roku Dwór na Woli Zręczyckiej pod Krakowem, został przekazany z powrotem rodzinie-spadkobiercom jego budowniczych i dawnych właścicieli.
Tego dnia postanowiliśmy porzucić całe swoje dotychczasowe życie i poświęcić się przywróceniu i zachowaniu pamięci o tym niezwykłym miejscu. Dwór i należace do niego obiekty przez dziesiątki lat rządów PRL zostały doszczętnie rozrabowane oraz zniszczone przebudową i rozbiórką. Pragniemy dokonać rewitalizacji tego miejsca i uczynić go lokalnym centrum kulturotwórczym i turystycznym, poprzez stworzenie na terenie obiektu Muzeum oraz obiektu hotelowego.
Jest to opowieść o czasach dawnych i tych współczesnych, o naszych zmaganiach z materią, zarówno zabytkową, jak i tą żywą, o stosunkach z urzędami i sąsiadami. Jest to blog o życiu, do którego serdecznie Was zapraszamy.

czwartek, 8 maja 2014

Ogarniamy straty po zimie.

26.04.2014.
Nasze sprawy związane ze sprzedażą domu w Zapuście niestety się przeciągają. Plany rozpoczęcia przeprowadzki do Dworu na wiosnę tego roku muszą zatem ulec modyfikacji. Oczekujemy na jakikolwiek przypływ gotówki, aby móc się przenieść i przygotować budynek tak, aby nadawał się do zamieszkania. Priorytetem jest wymiana instalacji grzewczej tak, by obiekt był zabezpieczony na zimę. Najlepiej byłoby, gdybyśmy już wtedy tam mieszkali. Tymczasem, po spędzeniu bajkowych wakacji w Prowansji, ruszyliśmy do Dworu, by ogarnąć obiekt po minionej zimie.

Tak samo, jak przy okazji ostatnich wizyt, zabraliśmy wszystkie nasze cztery psy do auta. Tym razem jednak zdecydowaliśmy się również na zabranie kotki, ponieważ na czas naszej nieobecności w Tuskulum pomieszkują dwa obce psiaki, rzecz jasna, ze swoimi właścicielami. Tissaia wpada w panikę na ich widok i istniało prawdopodobieństwo, że kiedy my wyjedziemy, będzie się bała podejść do swojej miski. Przy czterech psach w seacie, jeden kot więcej nie stanowi żadnej różnicy. Martwiłam się jedynie o to, jak zniesie podróż, ponieważ nigdy w życiu nie fundowaliśmy jej żadnych wycieczek. Zapakowaliśmy kicię do jednego z wiklinowych koszyków takich akurat na rozmiar kota. Koszyk nie miał oryginalnych drzwiczek, więc Krzyś przydrutował całkiem solidnie kratkę z enerdowskiego opiekacza. Konstrukcja wydawała się być stabilna i bezpieczna, ale kotek miał na ten temat inne zdanie. Już przy wyjeździe ze wsi zobaczyliśmy, że coś się rusza w aucie. Ku osłupieniu wszystkich psów, po fotelach chodził sobie kotek, a my zastanawialiśmy się, jak do licha ona otwarła sobie klatkę. Zatrzymaliśmy się na poboczu i ze zdumieniem spostrzegliśmy, że klatka nie była otwarta. Między prowizorycznymi drzwiczkami, a koszykiem był luz tak góra 5 cm. Kotka przecisnęła się na siłę przez tę szparę. Prawdopodobnie pod naciskiem wiklina lekko się odkształciła dając większą szparę, bo nikt mi nie wmówi, że dorosły kot średnich rozmiarów przetunelował przez otwór szerokości 5 cm. Na postoju postanowiłam zamienić szpica z kotem. Gaja powędrowała do kociej klatki, a Tissaię wsadziłam do większego koszyka z oryginalnym zamknięciem, który włożyłam sobie pod nogi. Nigdy wcześniej nie widziałam takiej paniki w oczach mojego kota. Było to o tyle nieuzasadnione, że kotka miała tam sporo miejsca i było jej całkiem wygodnie. Szybko to zrozumiała. Poza trzema miałknięciami podczas sześciogodzinnej jazdy, nie sprawiała żadnych kłopotów. 
Cała podróż minęła nam spokojnie, dojechaliśmy szczęśliwie i bez żadnych awarii. Z resztą przed samą podróżą Krzyś przez dwa tygodnie szykował seata. Poza sypiącymi się blachami, to całkiem dobre auto, pomimo swojego wieku 21 lat.

Na miejsce dojechaliśmy o 16.30. Po wypuszczeniu psów na posesję zabraliśmy koszyk z kotem i zanieśliśmy go do pustej i nieużywanej wielkiej dworskiej kuchni. Kuchnia jest w stanie skrajnym- brud, smród i ubóstwo (jeszcze nie mam odwagi zrobić fotki temu pomieszczeniu i je opublikować), zatem nawet jak kotek tam naświni, to nie będzie żadnej różnicy. Kot w nowym miejscu nie może być wypuszczony na wolność, ponieważ mógłby zechcieć wrócić na piechotę do domu. Tissaia zatem przynajmniej kilka pierwszych dni spędzi w kuchni, a potem zobaczymy. Mimo ze dostała kuwetę, zebździła się na podłogę, ale nie mam jej tego za złe, bo sama czuję, że popełniliśmy gwałt na kotku zabierając ją z jej terenu.
Kiedy zwierzęta zostały już zaopiekowane, ja zaczęłam rozpakowywać rzeczy, Krzyś natomiast powędrował uruchamiać instalację.

W zeszłym roku, późną jesienią, z tej przyczyny, że Dwór został na zimę pozostawiony bez niczyjej obecności, zleciliśmy panu J. spuszczenie wody z instalacji grzewczej i sanitarnej. Obawialiśmy się, że podczas mrozów rozmarzną rury i kaloryfery, co miało miejsce przed laty u nas, w Zapuście. Teraz, z duszą na ramieniu, Krzyś napełnił wodą instalację i okazało się, że straty jednak są. W kilku bateriach w gościnnych łazienkach sparciały uszczelki. Nie wszystkie udało się wymienić. Te baterie, które mają nie krany, ale podnoszoną wajchę są już do wymiany. Póki nas nie ma na miejscu, nie chcemy inwestować w nowe baterie. Najprawdopodobniej i tak nie obędzie się bez remontu łazienek, ponieważ co rusz, coś się w nich sypie. Łazienki były robione i wyposażane na początku lat 90-tych. Zastosowano w nich dziwne materiały, głównie plastik. Od tamtej pory minęło już ponad 20 lat, plastik zaczął parcieć i się kruszyć. Nie ma chyba łazienki, w której wszystko dobrze chodzi. W naszym pokoiku, który zaadoptowaliśmy sobie na sypialnię, rezerwuar od toalety napełnia się na strzał z pięści. W innych pokojach rezerwuary albo ciekną, albo w ogóle się nie spuszczają.



Najbardziej jednak martwi nas piec. Jest to jakiś bardzo stary wynalazek, najprawdopodobniej samoróbka. Nie znaleźliśmy w Internecie niczego, co by go przypominało. Piec jest bezdyskusyjnie do wyrzucenia. Tymczasem jednak, póki czekamy na fundusze ze sprzedaży domu, chcielibyśmy mieć w domu chociaż ciepłą wodę. Przy okazji zeszłych wizyt, z duszą na ramieniu podczas odpalania, piec działał. Tym razem jednak po odpaleniu pochodził trzy sekundy, po czym zdechł. Najgorsze jest to, że odpadł od niego wielki kawał blachy. Nie mieliśmy ciepłej wody po przyjeździe, nie będziemy mieć dzisiaj. Jeśli do jutrzejszego wieczora nie uda się porozumieć z piecem wpadnę w rozpacz, ponieważ nie uśmiecha mi się mycie moich długich włosów w miednicy. Mogę grzać wodę na zmywanie, mogę umyć się w misce z zagrzaną wodą, ale włosy… Jezus Maria!

Na tę wiosenną wizytę zaplanowałam sobie prace ogrodowe, ale już widzę, że większość czasu Krzyś spędzi przy instalacjach wodno-kanalizacyjnych.



11 komentarzy:

  1. Cóż, plusem jest to, że dotarliście, chyba po raz pierwszy bez niespodzianek. Przyznasz, że to dużo. Ale że równowaga w przyrodzie być musi, jakieś minusy być muszą. Póki nie zamieszkacie tam na stałe, to wszelkie poważne prace mijają się z celem. Szkoda, że nie udało się Wam sprzedać Zapusty i zgodnie z planami rozpocząć życia tu. Wszak Dwór pozostawiony na tak długo bez opieki niszczeje. A jest to miejsce przepiękne, budynek zachwyca, nawet zimą, w ciemności i zza płota:)
    Podwijacie wiosnę w tym uroczym miejscu i cieszcie się, ze możecie tam być. Trzymam kciuki, aby wszystko ułożyło tak, jak pragniecie.
    A swoja droga macie wielkie szczęście trafiać na cudowne miejsca, w których przychodzi Wam żyć:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Krzyś twierdzi, że jeszcze jedna zima, kiedy Dwór pozostanie pusty, to nie będzie do czego wracać :-(

      Usuń
  2. Riannon, a nie zastanawialiscie sie nad instalką solarnego ogrzewania wody?
    Jak na warunki polskie to oczywiscie bedzie dzialac gdzies przez pol roku (w zimie niestety nie) - ale w tym czasie nie musisz korzystac z zadnego rozwalonego pieca ani go naprawiac;
    Twoj chlop talentny jest, a solar water heater mozna zrobic samemu, materialy kosztuja grosze, i jest to relatywnie prosta rzecz.
    Jak na wasze potrzeby na najblizszy czas remontu - bedzie jak znalazl.
    http://www.offgridquest.com/energy/555-diy-solar-water-heater -- to mozna zrobic z recyclables. Za smieszny koszt...

    OdpowiedzUsuń
  3. Solary do grzania wody. Zależnie od tego ile i jak zamontowane macie sprawę z głowy na 3-8 miesięcy w roku, nic specjalnie drogiego, a akurat da wam kilka miesięcy na ogarnięcie sprawy pieca. I całkiem spora oszczędność, bo piec jest w całości wyłączony przez kilka miesięcy. A takie chwilowe odpalania dużego pieca dwufunkcyjnego żrą niepotrzebnie dużo paliwa.

    OdpowiedzUsuń
  4. Wpadamy tam póki co zbyt rzadko i na zbyt krótko, by myśleć o samodzielnej budowie solarów. Mimo wszystko mamy nadzieję na rychłe zakończenie sprawy ze sprzedażą domu i szybką przeprowadzkę. Wówczas pierwszą rzeczą, którą zrobimy, będzie wymiana pieca na nowoczesny kocioł kondensacyjny. Niestety, rozważany przez nas wariant ogrzewania pompą ciepła upadł pod ciężarem kwoty, spraw technicznych i opłacalności. By być eko i niezależnym w naszym kraju, to trzeba być milionerem. Chcemy za to od razu, jak tylko się uda, pójść w kierunku ogniw fotowoltaicznych, co znacznie zmniejszyłoby rachunki.

    OdpowiedzUsuń
  5. Wyrazy podziwu dla wytrwałości Rodziny Krzysia! Czy znasz może książkę pt. Wspomnienia Marii Kietlickiej - wydany w 1986 roku pamiętnik, opisujący życie Krakowa i okolic od 1850 roku, jest tam też sporo informacji o ówczesnym browarnictwie krakowskim, czy może Rudolf kontynuował w jakimś zakresie zawód ojca? Zaraz wystukam więcej, jak uda mi się wreszcie wysłać komentarz - Ania z Ozaistów, której prababcia urodziła się w Lubomierzu między Gdowem a Łapanowem

    OdpowiedzUsuń
  6. Udało się :-) Podczytuję blogi "dolnosląskodomowe" od jakiegoś czasu trzymając kciuki za wszystkich walczących o zachowanie Dziedzictwa materialnego i nie tylko i myślę, że teraz jesteście w najbardziej godnym pozazdroszczenia położeniu mogąc odzyskiwać blask Dziedzictwa własnego. Ponieważ Lubomierz mnie interesował, mam przypadkiem znaleziony artykuł o jego historii włącznie z analizą sposobu i przemian budowania domów (no niestety nie dworów ale o zwyczajach lokalnych przy budowie np. może byłoby ciekawe dla Was?) w tej wsi na podstawie istniejących po wojnie budynków - bardzo dokładny artykuł, czy może przypadkiem chcecie nań namiary? Ania O-P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Witaj Aniu. Bardzo się cieszę, że nam kibicujesz. Nie czytałam (jeszcze) wspomnianej przez Ciebie książki. Jak wreszcie spokojnie osiądę, będę uzupełniać lekturę i poznawać obyczaje w nowym dla mnie miejscu.
      Oczywiście, bardzo nas interesuje lokalna historia i rzemiosło wiejskie. Będę wdzięczna za każdą ciekawą lekturę dającą nam obraz dawnej rzeczywistości na tych ziemiach. Ale to nie tak, że jeszcze nic nie wiem. Przebrnęliśmy jakiś czas temu przez 3 części "Monografii powiatu myślenickiego" :-) Część poświęcona folklorowi- bezcenna :-) Pozdrawiam serdecznie :-)

      Usuń
  7. Zeszyty Naukowe Uniwersytetu Jagiellońskiego „Prace Etnograficzne”
    - zeszyt2 (1965) Piotr Galas - Rozwój budownictwa w Lubomierzu od połowy XIX wieku do czasów obecnych

    OdpowiedzUsuń
  8. Przepraszam, że znowu szarpany na części komentarz - mam ten (długi) artykuł w postaci ksero, mogę się ewentualnie podzielić :-) Mail mam taki jak login na wirtualnej Polsce. Ukłony -Ania O-P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję. Minie jeszcze sporo czasu, zanim znajdę na tyle luzu, by szperać po bibliotekach za opracowaniami.

      Usuń

Dziękuję za każdy miły komentarz :-)