15 maja 2013 roku, decyzją NSA, po blisko 25-letnich staraniach i walkach w sądach, bezprawnie zrabowany w 1945 roku Dwór na Woli Zręczyckiej pod Krakowem, został przekazany z powrotem rodzinie-spadkobiercom jego budowniczych i dawnych właścicieli.
Tego dnia postanowiliśmy porzucić całe swoje dotychczasowe życie i poświęcić się przywróceniu i zachowaniu pamięci o tym niezwykłym miejscu. Dwór i należace do niego obiekty przez dziesiątki lat rządów PRL zostały doszczętnie rozrabowane oraz zniszczone przebudową i rozbiórką. Mozolnie dokonujemy rewitalizacji tego miejsca, by uczynić go lokalnym centrum kulturotwórczym i turystycznym. Na terenie obiektu działa już Muzeum Dwór Feillów oraz agroturystyka. Klikając w zakładki, zapoznacie się z naszą ofertą.
Jest to opowieść o czasach dawnych i tych współczesnych, o naszych zmaganiach z materią, zarówno zabytkową, jak i tą żywą, o stosunkach z urzędami i sąsiadami. Jest to blog o życiu, do którego serdecznie Was zapraszamy.

poniedziałek, 4 lutego 2019

Jak karmimy naszych gości.


W życiu kieruję się zasadą „nie czyń drugiemu, co tobie nie miłe”. Nie dotyczy to urzędników, wszelkiej maści proroków, cudzych adwokatów i może jeszcze... hmm… Może zacznę od nowa :-)

W życiu kieruję się zasadą „nie czyń gościowi, co tobie nie miłe”, co oznacza, że staram się traktować każdego, jak sama chciałabym być obsłużona będąc czyimś gościem. Nawiasem wtrącę, że urzędnicy, adwokaci i prorocy po cywilnemu spełniają definicję gościa w naszym domu, nie ma zatem się czego obawiać. 
Kiedyś pewien urzędnik na służbie zaszedł do nas na kontrolę Muzeum, a działo się to jeszcze w Zapuście, zobaczył 3 golden retrievery na posesji i zapytał: „czy one są szkolone na urzędników”? Ha! Tak! Zalizują na śmierć! :-) W każdym razie urzędników serdecznie zapraszamy. Obecnie mamy jedną wiekową goldenkę, jest zatem szansa na ujście z życiem :-)

Już kilka lat temu przepracowałam sobie w głowie i w kuchni gotowanie w oparciu o uczciwe i zdrowe produkty. W naszym domu ani my, ani tym bardziej nasi goście, nie dostaną margaryny pod żadną postacią. Nie używamy też kostek rosołowych, maggi, wegety oraz podobnych produktów zawierających więcej dodatków typu E niż naturalnych. Ciasta piekę wyłącznie na maśle. Wędliny, kiełbasy i pasztety nabywamy od lokalnych producentów. Są robione uczciwie, bez zbędnych dodatków i są pyszne. Mówicie, że tłusto i dużo cholesterolu? A odchudzajcie się w domu, nie u nas! :-)

Mamy nadzieję, że już od tego sezonu będziemy mieli własne jaja od szczęśliwych kurek. Kurnik jest bowiem gotowy, czekamy jedynie na lokatorki i odpowiednią do ich wprowadzenia porę roku.

Goście, którzy decydują się na pobyt u nas dostają co rano śniadanie (no chyba że nie chcą :-)


Jeśli gościmy grupę, wygląda to w ten sposób:
Śniadanie składa się z deski regionalnych wędlin (2 rodzaje szynki, pasztet, wiejska kiełbasa), deski serów, półmiska warzyw, twarogu lub pasty z jajek, ewentualnie sałatki, dżemu, pieczywa i masła, kawy, herbaty.


Pozostałe posiłki są opcjonalne i trzeba wcześniej umówić się z nami na ich przygotowanie. Nie prowadzimy restauracji, zatem nie mamy możliwości bez uprzedniego zamówienia, podania innych posiłków poza śniadaniem. Nie trzeba się tym jednak martwić, możemy polecić pobliską, smaczną w opinii gości, restaurację.

Chętnie organizujemy dla gości przyjęcia, rodzinne lub w gronie przyjaciół. Można wówczas zamówić u nas menu biesiadne, takie od obiadu do połowy nocy. Nasze gotowanie charakteryzuje się prostotą oraz aromatem ziół. Mięsa pieczemy z dodatkiem tymianku, który rośnie w naszym ogrodzie.

Nasza propozycja jest następująca:
I danie: zupa Do wyboru jedna z propozycji:
-krupnik mięsny polski
-rosół
-zupa krem (z pomidorów, brokułów, kalafiora, pieczonych buraków)

II danie: 2 rodzaje mięs: do wyboru jedna z propozycji:
-piersi z kurczaka faszerowane pieczarkami, serem i cebulą oraz karkówka z pieca
-udka lub pałki z kurczaka oraz schab faszerowany śliwkami lub morelą z pieca
-piersi (farsz do indywidualnego ustalenia) oraz schab pieczony w piecu bez farszu
Uwaga: mięsa można zestawiać w dowolnej konfiguracji, jednak ze względu na różne diety gości, polecamy wybrać jeden rodzaj potrawy z drobiu i jeden z mięsa wieprzowego.
Do mięsa:
-ziemniaczki z masłem i koperkiem
-2 rodzaje surówek do wyboru: sałata winegret (zielona sałata, jajko, pomidor, sos winegret), buraczki na ciepło, surówka z kapusty z papryką, mizeria.

Deser: 2 rodzaje ciast (sernik i brownie)

Zimna płyta
-deska serów (2 rodzaje serów)
-deska wędlin (2 rodzaje szynki-drobiowa i wieprzowa, pasztet i wiejska kiełbasa)
-2 rodzaje sałatek (do ustalenia)
-mini galaretki z indyka lub śledzik w śmietanie lub w oleju.
-kawa
-herbata
-woda gazowana i niegazowana
-napoje, soki
-pieczywo
-masło
-owoce

Ciepła kolacja
-gulasz z łopatki wieprzowej
-zupa gulaszowa z łopatki lub schabu
-pieczywo

Z podanego menu można dowolnie wybrać zestawy, ceny ustalimy wówczas indywidualnie. Ustalimy też menu na postawie zadeklarowanej kwoty, którą klient chce wydać na 1 osobę. Istnieje możliwość zrobienia dodatkowych dań typu przystawka przed obiadem w postaci mini kanapeczek.


Zdarzają nam się już goście wegetarianie i być może wkrótce zechcą dołączyć weganie. Z wegetarianami nie ma żadnego problemu, gdyż na bazie nabiału, jaj, ryb wciąż można komponować smaczne, wartościowe posiłki. Natomiast, przyznam szczerze, że mimo najszczerszych chęci, otwartego umysłu, szacunku do wyborów żywieniowych innych ludzi, nie podejmę się przygotowywać całodziennego wyżywienia dla wegan. Lubię wyzwania kulinarne i starałam się przygotować na próbę kilka typowo wegańskich potraw. Niestety, kuchnia ta opiera się na zbyt dużej ilości żywności przetworzonej, co w moim mniemaniu jest niezdrowe, a przede wszystkim niesmaczne. Olejem kokosowym nie da się zastąpić masła. Z oleju kokosowego to ja robię mydła. 
O takie:



I ten wszechobecny sos sojowy, który udaje, że nadaje smak potrawom. I kotlety sojowe, rzekomy zamiennik mięsa, które smakują jak karton. Wybaczcie weganie, starałam się, ale nigdy nie podam na stół czegoś, co mi nie smakuje. Taka jest moja etyka i filozofia kulinarna. Oczywiście z wegańskim śniadankiem nie będzie problemu, natomiast biesiady wegańskiej nie podejmujemy się przygotowywać.
Żeby nie kończyć negatywnym akcentem zamieszczam jeszcze kilka fotografii naszych domowych potraw.











środa, 2 stycznia 2019

Ach, te dzisiejsze zimy...


To już czwarta zima, którą przyszło nam spędzać na Wólce. Przyznam szczerze, jestem nieco rozczarowana. Mam wrażenie, że odkąd się tutaj przeprowadziliśmy, zimy stały się łagodne. Pamiętam, jak przed przeprowadzką badałam teren i próbowałam dostosować się do nowego miejsca. Będziemy mieszkać na szczycie górki- pomyślałam. Jak poradzimy sobie zimą? Mieliśmy dość zakładania łańcuchów, by podczas śnieżnej zimy wyjechać z domu w Zapuście. Zdecydowaliśmy się zatem nabyć pojazd terenowy. Owszem, nie powiem, przydał się w paru przypadkach, ale niekoniecznie związanych z zimą. Mam wrażenie, że przez te 4 zimy spokojnie poradzilibyśmy sobie tzw. płaskaczem.
Bardzo lubię śnieg. Dzięki niemu ten ponury czas staje się magiczny, rozświetlony. Sami zobaczcie.
Ten biały stan rzeczy utrzymał się może 2 dni w grudniu.




A to róża, którą ów śnieg i lekki mróz zaskoczył na rabacie pod okapem. Róża w grudniu... czujecie to? :-)


Zimą nie przyjmujemy gości. Nie udało nam się rozwiązać problemu ogrzewania całego domu, by nas to nie zrujnowało finansowo. Najbardziej spektakularną, niemiłą niespodzianką są zamarzające rury od instalacji wodnej, które zostały poprowadzone na strychu. Taki pomysł poprzednich gospodarzy tego miejsca. Póki co, goście zapraszani są w nasze progi od kwietnia do końca września. Nie ma jednak tego złego, co by na dobre nie wyszło. Zimową porą mamy czas na kolejne renowacje i remonty. W nadchodzących miesiącach będziemy poszerzać przestrzeń muzealną. Pokój jest już odremontowany, wymalowany, pozostaje zaprojektować przestrzeń oraz rozplanować ułożenie eksponatów.



Tymczasem, pod nieobecność gości, których rozpieszczamy domowymi wyrobami w ciągu całego sezonu letniego, sami dopieszczamy się smakołykami :-)


To sernik z kruszonką- miła odmiana od szarlotek, które pieczemy niemal codzienne na przemian z ciastem jogurtowym. Dzięki temu mogę już zapomnieć o smukłej sylwetce. A co, będę na starość żałować!? :-)


Nie wiadomo, kiedy ten rok 2018 przeleciał. Z okazji rozpoczęcia nowego roku życzymy Wam zdrowia, szczęścia i spełnienia wszystkich planów. Bądźcie dobrzy i dla siebie i dla innych. Pozwólcie się rozpieszczać. Chętnie Wam w tym pomożemy. Poszerzyliśmy w tym roku ofertę o organizacje plenerowych stylowych wesel i większych przyjęć do 100 osób. Weszliśmy we współpracę z firmą Ślub w Jurcie. Zobaczcie. Możecie mieć takie bajkowe przyjęcie z każdej okazji, jaką sobie wymyślicie :-)

Poniższe zdjęcia udostępnione
za zgodą od Ślub w Jurcie.






Z naszą aktualną ofertą możecie zapoznać się w zakładkach na górze strony.
Zapraszamy :-)

niedziela, 4 lutego 2018

Trzymamy kciuki za Kasię.

Już trzeci rok kibicujemy Kasi w jej zmaganiach z podstępną i paskudną chorobą, jaką jest stwardnienie rozsiane.


Kasia poprosiła mnie, abym w jej imieniu serdecznie podziękowała wszystkim, którzy w poprzednich latach pochylili się nad jej losem. Oto cytat z jej listu: "Tak sobie niedawno pomyślałam, że pieniądze to pieniądze, wiadomo, potrzebne, ale za każdą złotówką jest przecież człowiek, energia, myśl, serce…"


Dzięki Waszemu wsparciu w minionym roku Kasia mogła ponownie skorzystać z profesjonalnej rehabilitacji i specjalistycznej opieki w ośrodku w Dąbku. Niestety, bywały i gorsze chwile, jak ta, kiedy w głowie Kasi wykryto krwiaki i konieczna okazała się natychmiastowa operacja. Bywały też momenty, kiedy nogi, a nawet całe ciało, odmawiały posłuszeństwa i trzeba było spędzić następne tygodnie w szpitalu przyjmując sterydy.
Nie potrafię sobie wyobrazić, jak bardzo trzeba być dzielnym, by się nie poddać w tak trudnych chwilach. Kasia oczywiście korzysta również z opieki psychologa, neurologa oraz musi zażywać lekarstwa.

Czytelników, którzy pierwszy raz czytają na moim blogu o Kasi zachęcam, by cofnęli się do wpisów archiwalnych i zapoznali się z nią bliżej:

http://dwor-feillow.blogspot.com/2016/01/kasia.html

http://dwor-feillow.blogspot.com/2017/01/podziekowania-od-kasi.html

Podziwiam Kasię za to, że się nie poddaje, że walczy nie tylko z chorobą, ale również z systemem, który sprawia, że musi sama zabiegać o każdy grosz tak bardzo potrzebny, by pozostać jak najdłużej samodzielną.

Dlatego w jej i w swoim imieniu gorąco prosimy wszystkich, którzy nie mają jeszcze organizacji, czy osoby którą wspierają, o przekazanie 1% swojego podatku dla Kasi.

Kasia jest po opieką fundacji na rzecz chorych na stwardnienie rozsiane- Dobro Powraca.
Nr KRS 00 00 33 88 78, 
cel szczegółowy: Katarzyna Stwora

środa, 27 grudnia 2017

Trzecie Święta w Dworze Feillów

To już trzecie zimowe święta w Dworze Feillów. Trudno nam nadążyć za przemijającym czasem. Przez ten czas przybyło mi i siwych włosów i zmarszczek. Przywracanie dworku do stanu przedwojennej świetności jest niezwykłą przygodą, lecz wiąże się również ze zmęczeniem, ciężką pracą, a czasem frustracją. Dach po remoncie przetrwał rok w dobrym stanie. Niestety, tej jesieni znów pojawiły się kłopoty i dach cieknie. Nasz dekarz „strzelił znikacza”, jak to mówi Krzyś i zostaliśmy z problemem.

Przygotowania do świąt były leniwe i niezbyt pracochłonne. Spędzaliśmy je we dwoje, czyli tak, jak lubimy najbardziej. Nie wysilam się na pierdylion potraw, kiedy jesteśmy sami. Wychodzę z założenia, że nowe żołądki nam na święta nie rosną. Spędzając Wigilię z rodziną nigdy nie kosztowałam wszystkich dań, które pojawiały się na stole. Zawsze wybierałam tylko to, co lubię. I właśnie to, co lubimy pojawiło się u nas w tym roku. Był zatem barszcz z kiszonych przeze mnie buraczków z uszkami. Uszka nadziałam borowikami zbieranymi jesienią w naszym parku. Były pierogi z kapustą i borowikami. Była ryba smażona- karp dla Krzysia, dla mnie łosoś, bo karpia nie cierpię. Była kutia, czy też wariacja na temat kutii, bo szaleję zawsze z bakaliami. I był sernik prawie taki smaczny, jak pamiętam z dzieciństwa. Prawie, bo lepszy. Mama przyznała mi się, że ona „z oszczędności” zawsze robiła sernik nie na maśle, ale na margarynie. Dziś nie wyobrażam sobie użyć margaryny do czegokolwiek. Ani to smaczne, ani zdrowe.

pierogi z kapustą i borowikami

barszcz z uszkami

kutia, czy też wariacja z bakaliami

rybka smażona

sernik





Choinka, podobnie jak w zeszłym roku, stanęła w ganku. Jest w pojemniku. Liczę na to, że przyjmie się wiosną w ogrodzie. Zeszłoroczne choinki, wysadzone po Świętach, świetnie zadomowiły się w parku. Rosną i cieszą nasze oczy. Plan jest taki, by pomiędzy nimi stanęła ławeczka.




W tym roku postawiłam na skromne ozdoby i w dodatku własnoręcznie wykonane. Powstał taki oto stroik na drzwi. Bombki robiłam sama.



Mamy dosyć konkretne plany na ten rok i liczę, że uda się nam je zrealizować. Mam też jedno mocne postanowienie noworoczne. Zamierzam wziąć się wreszcie w garść i więcej bywać w blogowej przestrzeni. Dlatego o planach na rok następny napiszę za kilka dni.

Tymczasem przyjmijcie raz jeszcze życzenia Szczęśliwego Nowego Roku i spędźcie Sylwestra tak, jak najbardziej lubicie :-)




czwartek, 21 grudnia 2017

Wesołych Świąt

Kochani!
Życzymy Wam z okazji Bożego Narodzenia świąt wypełnionych miłością, niosących radość, spokój i wypoczynek. W Nowym Roku spełnienia marzeń, szczęścia, powodzenia oraz dużo czasu na realizację własnych pasji.


Do następnego roku :-)

wtorek, 12 września 2017

Mój własny wędzony kurczak.

Jeśli ktoś mnie zapyta, co najbardziej lubię jeść, odpowiedź dla mnie jest prosta. Kurczak wędzony. Nie pierś, nie udko tylko właśnie kurczak. Obgryzanie kosteczek, galaretka pod skórką, ach… nic się temu nie równa! Nawet domowe wino, czy opisywane niegdyś tiramisu mojej roboty. Rodzinna legenda głosi, że trzecim słowem, jakie wymówiłam będąc w stadium larwalnym, po wyrazach „mama” i „dupa”, było „kurczak bendzony”. I ten kurczak tak za mną chodzi do dziś.

Kurczaki, które można kupić w sklepie, smakują różnie w zależności od ilości i jakości dodawanych do nich środków chemicznych. Jadałam tak paskudne, że nawet mnie zmulało. Z czasem nauczyłam się poznawać te najbardziej okropne po kolorze skórki. Prawie 3 lata temu ten problem zniknął zupełnie, gdyż w okolicy, w której się osiedliłam, nie ma w sprzedaży kurczaków wędzonych. Są oczywiście udka w Biedronce i jakieś „kąski piwne”- lekko podejrzane fragmenty udek. Czemu podejrzane? Bo mam przypuszczenie, że do wędzenia przemysłowego idą kurczaki czy ich części, które nie zeszły w sklepach, jako świeże. Kiedy pytałam o wędzone kurczaki wszyscy sprzedawcy wybałuszali na mnie oczy, jakbym szukała marynowanego krokodyla, z czego wywnioskowałam, że nie ma, nie było i nigdy nie będzie w sklepie takiego artykułu.

O własnej wędzarni marzyłam od kilkunastu lat. Krzyś obiecywał- "zbuduję, zbuduję...", nawet udało się zgromadzić cegły na materiał, ale na obietnicach się kończyło. Dwa i pół roku bez kurczaka wędzonego, nie licząc epizodu rzucenia się na kości pozostałych po obraniu z mięsa kurczaka u sąsiadki (która z kolei nabyła go dzięki znajomościom od osób trzecich), spowodowało ogromną determinację, by być w tej kwestii samowystarczalną. Stwierdziłam, że jest upokarzające takie chodzenie od sklepu do sklepu i skomlenie, żeby mi ktoś uwędził kurczaka przy okazji wędzenia kiełbas. „No może, może, proszę zostawić numer telefonu, to może…” Telefon w tej sprawie nigdy nie zadzwonił. W tym miejscu dodam, że zaopatrujemy się w małych lokalnych firmach, stąd możliwe są tego typu prośby. Mam jednak za słabe tam znajomości.

Wreszcie nadszedł ten dzień, kiedy powiedziałam sobie: „a ugryźcie się wy wszyscy w nos” (no, może brzydziej powiedziałam) i nie zważając na Krzysiowe słowa „zrobię, zrobię, w końcu zrobię, muszę tylko mieć natchnienie…” (kilkanaście lat czeka na natchnienie!) postanowiłam nabyć drogą kupna gotową wędzarnię.
Śliczna jest :-)))))


Przejrzałam strony internetowe w poszukiwaniu cudownego przepisu na smacznego kurczaka wędzonego. Coś mnie jednak tknęło. Zanim zmarnuję kurczaka, postanowiłam poeksperymentować na udkach.




Problem polega na tym, że prócz stałej rubryki stojącej w przepisie, iż kurczaka należy sparzyć, bo salmonella i inne cuda w nim bytują, ludzie podają różne stężenia solanki oraz różną temperaturę wędzenia. Różne przepisy tłumaczy się indywidualnymi preferencjami konsumenta. Miałam zatem okazję popełnić dwa podstawowe błędy, które zadecydowały, że udka choć zjadliwe, mocno odstawały od ideału kurczaka wędzonego. 
Najpierw nabrałam się na sól. Większość instruktorów zalecało solankę w proporcjach 100 gram soli na 1 litr wody. Jedna osoba dodawała połowę mniej soli, bo jej nie lubi. Lubię sól, zatem bez wyrzutów sumienia rąbnęłam do gara 300 gram soli na 3 litry wody. I ryj mi po „uwędzeniu” wykrzywiło.


Potem nabrałam się na temperaturę wędzenia. Zalecano wędzenie w temperaturze od 40 do 60 stopni. Świetnie, tylko nie miałam pojęcia, że 40 stopni, a 60 to jest dla wędzenia kolosalna różnica. Po spędzeniu 4 godzin w 60 stopniach moje udka były czarniuteńkie, jakby wyszły z piekła. I w dodatku strasznie słone. Mina mi zrzedła.
Ponarzekałam sobie, porzucałam kilka wyrazów odnoszących się do cudownych internetowych porad, w końcu wyciągnęłam wnioski. Nabyłam kurczaka i uwędziłam coś, co przeszło moje oczekiwania. To poezja, nie kurczak.

Podaję przepis na kurczaka idealnego.

Kurczaka nabyć drogą dowolną. Przygotować w garnku wodę z warzywami, jak na rosół. Nie solić. Zagotować wywar, wyłączyć. Wsadzić kurczaka i parzyć go około 40 minut w temperaturze 80-90 stopni nie doprowadzając do wrzenia. Sprawdzić wbijając termometr do mięsa, czy kurczak w najgrubszym miejscu osiągnął temperaturę powyżej 70 stopni. Chodzi o tę salmonellę.

W osobnym garnku przygotować solankę. Do zimnej wody wsypać sól niejodowaną (ja daję taką do przetworów) w proporcjach 50 gram na 1 litr wody. Lubię sól i stanowczo stwierdzam, że nie potrzeba jej więcej! Zanurzyć kurczaka, w razie potrzeby obciążyć miską/talerzem, czy co tam jest pod ręką, żeby był cały otoczony solanką i wsadzić do lodówki. Rano kurczaka opłukać i obsuszyć. Ja wkładam do piekarnika i włączam program „rozmrażanie”, bo ten program ma najsilniejszy wiatraczek. Dmucha, aż miło. Drzwiczki uchylam. Można suszyć na jakimś stojaczku na stole, ale ja się boję, że mi jakaś mucha usiądzie. Suszyć minimum 2 godziny, wskazane i dłużej, jeśli ktoś ma na to czas.
Wędzarnię rozgrzać do 40 stopni. Wsadzić kurczaka i w tych 40-45 stopniach wędzić minimum 3 godziny zerkając na stopień przyrumienienia skórki. Mój kurczak siedział w wędzarni 3,5 godziny. 60 stopni to nieporozumienie. Nie rozumiem, jak można preferować przesolonego, czarnego kurczaka.

Kurczaka wystudzić, wsadzić do lodówki. Na drugi dzień smakuje tak, jak wygląda, czyli niebiańsko!


czwartek, 6 lipca 2017

Pokój turystyczny.

Miało być na odwrót. Najpierw planowaliśmy stworzyć przestrzeń dla turystów, taką ekonomiczną, na każdą kieszeń, aby można było przyjechać nie tylko na 1 noc, czy na weekend, ale na kilka dni. W końcu okolica jest na tyle ciekawa, że warto spędzić tutaj troszkę czasu.
Porwała nas jednak wizja stylowych wnętrz. Łatwy dostęp, dzięki portalom aukcyjnym, do pogardzanych w Zachodniej Europie eklektycznych XIX-wiecznych mebli, rozbudził w nas instynkt łowców. Wyszukiwanie korzystnych ofert, gromadzenie tych niezwykłych, często jedynych w swoim rodzaju ruchomości, było dla nas wspaniałą zabawą.
Wiemy jednak, że dla niektórych gości antyki nie są priorytetem. Ważna jest przede wszystkim cena wynajmu pokoju, która umożliwi spędzenie u nas kilku dni.

Dla tych właśnie gości przygotowaliśmy wygodny, estetyczny 3-4 osobowy pokój w stylu rustykalnym. 




W pokoju znajduje się podwójne łóżko oraz dwa łóżka pojedyncze. Czytelnicy mojego dawnego bloga, "z poprzedniego życia" być może pamiętają tę wiejską szafę? Przyjechała z nami i wspaniale wkomponowała się w klimat wnętrza.


W pokoju, do wyłącznego użytku jego mieszkańców znajduje się prysznic z umywalnią:



Obok pokoju usytuowane są dwie toalety, które właśnie przebyły gruntowną estetyzację. Nie trzeba było skuwać starych kafelek (po tutejszemu flizów :-), na które nie mogłam patrzeć, by uprzyjemnić te wnętrza.







Już teraz, z czystym sumieniem, kiedy nie mamy się czego wstydzić, bo to i owo do tej pory wydawało się nam niedopracowane, serdecznie zapraszamy Was na wypoczynek do nas. Mamy jeszcze sporo wolnych terminów w wakacje, bo nie ogłaszaliśmy się, póki nie byłam zadowolona z efektów. 
Cena za dobę w pokoju turystycznym to 50 zł/osoba, dzieci do lat 10- ciu- 30 zł. Dopłata za pieska 10 zł przy zastrzeżeniu, że przyjmujemy tylko dobrze wychowane pieski, nie siusiające na meble oraz nie śpiące z właścicielami w pościeli.
Pełną ofertę, dla grup i osób indywidualnych, można prześledzić pod tym linkiem:

Pokój turystyczny jest usytuowany obok kuchni dla gości, którą prezentowałam kilka wpisów temu, w tym miejscu. Kuchnia jest w pełni wyposażona we wszystkie niezbędne sprzęty. Jest lodówka, dwupalnikowa kuchnia indukcyjna do gotowania, czajnik elektryczny, etc. Można przyjechać z własnym wyżywieniem lub po uzgodnieniu z nami dokupić śniadanie, obiad, czy obiadokolację.

Tymczasem w Dworze Feillów lato zafundowało nam prawdziwą orgię barw. 




Może będziemy mieli własne pomidorki? :-)