15 maja 2013 roku, decyzją NSA, po blisko 25-letnich staraniach i walkach w sądach, bezprawnie zrabowany w 1945 roku Dwór na Woli Zręczyckiej pod Krakowem, został przekazany z powrotem rodzinie-spadkobiercom jego budowniczych i dawnych właścicieli.
Tego dnia postanowiliśmy porzucić całe swoje dotychczasowe życie i poświęcić się przywróceniu i zachowaniu pamięci o tym niezwykłym miejscu. Dwór i należace do niego obiekty przez dziesiątki lat rządów PRL zostały doszczętnie rozrabowane oraz zniszczone przebudową i rozbiórką. Pragniemy dokonać rewitalizacji tego miejsca i uczynić go lokalnym centrum kulturotwórczym i turystycznym, poprzez stworzenie na terenie obiektu Muzeum oraz obiektu hotelowego.
Jest to opowieść o czasach dawnych i tych współczesnych, o naszych zmaganiach z materią, zarówno zabytkową, jak i tą żywą, o stosunkach z urzędami i sąsiadami. Jest to blog o życiu, do którego serdecznie Was zapraszamy.

środa, 14 maja 2014

Kupujemy markowy dopalacz.

30.04.2014


Berberys nas wykończył zarówno fizycznie, jak i psychicznie. Kładąc się do snu ubiegłej nocy widzieliśmy pod zamkniętymi powiekami jego kłujące gałęzie. Krzyś nie wytrzymał i zarządził rankiem wyjazd do Gdowa po jakiś solidny, markowy szpadel. Wybraliśmy Fiskars z metalową rączką. Kupione dnia poprzedniego oba trzonki do szpadla pękły, jak zapałki przy próbach wyrwania z ziemi krzaków. Krzyś szarpał się z kilkoma krzakami przez pół dnia większość czasu spędzając na naprawach szpadla. To wydawało się nie mieć sensu. W tym tempie berberys przesadzalibyśmy do jesieni. Potrzebowaliśmy solidnego "dopalacza".


Najbardziej zmęczeni są nasi pomocnicy :-)
Jaskier nie może się już na to wszystko patrzeć :-)


Pod Gdowem zatrzymał nas korek. Wychyliłam się z okna auta i zobaczyłam sznur samochodów stojących jeden przy drugim. Nie wyglądało to optymistycznie. Później dowiedzieliśmy się od sąsiadów, że ów korek to impreza cykliczna z powodu odbywającego się co drugą środę targu. Chwilę poczekaliśmy i widząc, że korek stoi bez ruchu, zawróciliśmy by przez Zręczyce dojechać do Dobczyc. Nie znamy jeszcze wszystkich małych lokalnych dróżek, a oznakowanie na tym terenie jest fatalne, by nie powiedzieć, żadne. Zatoczyliśmy, jak się później okazało potężne koło, lecz dojechaliśmy bez błądzenia do Dobczyc. Tam zakupiliśmy szpadel Fiskars. Powiedziałam Krzysiowi, że jeżeli połamie Fiskarsa, to nie dostanie przez tydzień obiadu. Najwyraźniej za dobrze go karmię, skoro ma tyle siły w rękach. W Dobczycach zrobiliśmy zakupy spożywcze, ponieważ dnia następnego, tj. 1 maja wszystko jest pozamykane. Cóż, to takie polskie… świętować dzień pracy leżeniem brzuchem do góry. Zapytałam Krzysia, czy będzie to obraza boska, jeśli 1 maja będziemy pracować w ogrodzie, bo nie wyrobimy się z tym berberysem do naszego wyjazdu, na co rzekł mi Krzyś, że co najwyżej obrazimy partię robotniczą. Na zdaniu partii robotniczej raczej mi nie zależy. Prawdę mówiąc nie przejęłabym się również obrazą boską. Mam taką filozofię życiową, że jak jest robota do zrobienia, to się robi, czy jest to świątek, piątek, czy niedziela. 



Widok z jeszcze innej strony na Dwór, takiej bardziej gospodarczej.


Prócz klombu, mam do ogarnięcia jeszcze 
dwie reprezentacyjne połacie przed Dworem.



Z Dobczyc wracaliśmy przez Gdów. Była okazja, aby odwiedzić sympatyczną starszą panią i jej sklep z meblami komisowymi w Niezdowie. Tym razem rozglądałam się za kuchennym kredensem w stylu wiejskim. Niestety, ani tego dnia, ani w poniedziałek po nowej dostawie nie udało mi się wypatrzyć czegoś, co nadawałoby się do kuchni. Spotkała mnie za to miła niespodzianka. Jesienią, podczas zeszłego pobytu we Dworze, napisałam na blogu kilka miłych słów na temat tego sklepu, a kupowałam tam wówczas łóżko z szafkami nocnymi. Okazało się, że taka spontaniczna, szczera opinia jest cenna dla czytelników. Ktoś, kto przeczytał mój wpis, pojechał do sklepu, zrobił zakupy i powiedział o wpisie właścicielom. Pani sprzedająca prawidłowo skojarzyła wpis z nami, ucieszyła się na nasz widok i osobiście nam podziękowała. Mnie też zrobiło się miło, gdyż do tej pory wystawiałam w Internecie jedynie opinie nieprzychylne, kiedy jakiś wredny i niekompetentny urzędnik uprzykrzał nam życie.



Po powrocie i wypiciu kawy poznaliśmy, co oznacza mieć do dyspozycji dobre narzędzie pracy. Krzyś wystartował z robotą, jak na dopalaczach. Praca, która zajęła Krzysiowi poprzedniego dnia pół dnia, teraz trwała pół godziny. Fiskars wytrzymał, Krzyś zasłużył na obiad- prowansalskie pesto. Cóż, trzeba mi będzie w końcu podszkolić się w kuchni małopolskiej. Kuchnia małopolska to dla mnie niezgłębiona tajemnica, już bardziej znam się na kuchni hinduskiej, a nawet chińskiej, czy japońskiej. Nie wydaje mi się jednak właściwe, by we Dworze podawać sushi, czy kaczkę po pekińsku. Na szczęście działają tu prężnie liczne koła gospodyń wiejskich. Zanim ja zacznę gościom gotować, zdążę nauczyć się kilku regionalnych potraw.

7 komentarzy:

  1. Nie wiem ile trzonków padło u nas zanim kupiliśmy fiskarsa. Ale na szczęście ten szpadel daje radę żyznej ziemi żuławskiej. Widzę, że roboty macie "po kokardkę". A koła gospodyń wiejskich to faktycznie świetny pomysł:-))) Chociaż kaczka po pekińsku też do mnie przemawia...
    Uściski
    Asia

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo człowiek to zawsze sobie kombinuje, jak zaoszczędzić, a w rezultacie sprawdza się powiedzenie: chytry dwa razy traci. Trzeba się wreszcie mentalnie przestawić i postawić na jakość, choćby cena była pozornie powalająca. To był w każdym razie dobry zakup. I na przyszłość tej filozofii zakupowej będziemy się trzymać.

      Usuń
  2. Poprzedni wpis mi się nie udał, siec go odrzuciła.
    Kibicuje Wam gorąco. Masz rację, że dobre narzędzia, sprzęty to podstawa. Tak jest ze wszystkim, co ma służyć długo. Trapery mam dobrej firmy i choćbym chciała, to się nie rozlecą. Klapki tanie, bo wyrzucam po sezonie. Lodówka super, ale nie lubię jej i wszelkimi sposobami chcę zniszczyć, a ona nic. Koszulki zwykłe, bo nie opatrzą się i nie jest żal rozstać się z nimi. I tak można bez końca porównywać. W każdym razie do wszelkiego rodzaju ścinania i przycinania zgłaszam gotowość, bo to lubię. Za berberysem nie przepadam, ale wytrzymały i dość dobrze rośnie. Jak widać roboty macie tam do .... . Ale z Waszą mocą i energią dacie radę. Oczywiście lepiej by było, gdybyście mieszkali na miejscu. Życzę, aby to marzenie udało się szybko zrealizować.
    Pozdrawiam cieplutko:)
    ps. Mleczyki i dmuchawce to przysmak Izerka. Zastępuje kozę na trawnikach. Może chcesz go wypożyczyć?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W sumie to ja też bardzo lubię ścinanie i formowanie, ale tyle tam tego, że z miłą chęcią przyjmę pomoc :-) I podobnie, jak u Ciebie, moje niunie też robią za kozy. Ze zdumieniem obserwowałam, jak Jaskierek, buszując w trawie, wyszukiwał co piękniejsze kwiaty mniszka i je wciągał paszczą. Szkoda, że nam wina z mniszka nie zrobił :-)

      Usuń
  3. podpowiem, czy data wpisu to na pewno 30.05.2014 ? :)
    Pozdrawiam serdecznie, życzę powodzenia, czytam każdy nowy wpis, "towarzyszę" Twoim blogom od pamiętnika Ewy.
    Ala

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za każdy miły komentarz :-)