15 maja 2013 roku, decyzją NSA, po blisko 25-letnich staraniach i walkach w sądach, bezprawnie zrabowany w 1945 roku Dwór na Woli Zręczyckiej pod Krakowem, został przekazany z powrotem rodzinie-spadkobiercom jego budowniczych i dawnych właścicieli.
Tego dnia postanowiliśmy porzucić całe swoje dotychczasowe życie i poświęcić się przywróceniu i zachowaniu pamięci o tym niezwykłym miejscu. Dwór i należace do niego obiekty przez dziesiątki lat rządów PRL zostały doszczętnie rozrabowane oraz zniszczone przebudową i rozbiórką. Pragniemy dokonać rewitalizacji tego miejsca i uczynić go lokalnym centrum kulturotwórczym i turystycznym, poprzez stworzenie na terenie obiektu Muzeum oraz obiektu hotelowego.
Jest to opowieść o czasach dawnych i tych współczesnych, o naszych zmaganiach z materią, zarówno zabytkową, jak i tą żywą, o stosunkach z urzędami i sąsiadami. Jest to blog o życiu, do którego serdecznie Was zapraszamy.

sobota, 10 maja 2014

Zimno, do domu daleko, ale za to się dopieszczamy.

28.04.2014

Nieużywany dom, nieogrzewany przez całą zimę jest przeraźliwie zimny. Mimo deszczowej pogody, którą powitała nas Małopolska, na zewnątrz było cieplej niż w środku. Pootwieraliśmy drzwi i okna, ale niewiele to dało. Dom oddaje teraz całą wilgoć i zimno, jakie zgromadził podczas mroźnych dni. Przed wyjazdem coś mnie tknęło. Zapakowałam na przyczepę puchową kołdrę, której nie używaliśmy już od dwóch lat w Zapuście. Szkoda, że nic mnie nie tknęło, żeby zabrać poduszki. Zapomniałam na śmierć, że we Dworze mamy zostawioną tylko lekką kołdrę, a poduszki do tej pory zabieraliśmy z Zapusty. Pal licho poduszki. Pod głowy zwinęliśmy sobie lekką kołdrę, opatuliliśmy się puchową, ja ubrałam grube getry i bluzę dresową, włączyliśmy sobie olejowy grzejnik na full i zrobiło się cieplutko. Spało mi się rozkosznie pomimo tego, że po podróży i od wilgoci pokręciło nas jakieś lumbago. Nie obeszło się bez tabletek przeciwbólowych większego kalibru, dla Krzysia ketonal, dla mnie olfen. Bez tego na pewno nie przespalibyśmy nocki i być może nie wstalibyśmy rano z łóżka.

Obudziliśmy się wygrzani i  wyspani pomimo skandalicznie wczesnej pory, godziny 6.30. W domu śpimy do ósmej. Być może sen z powiek spędził nam ogrom obowiązków, jakie czekały na nas tego dnia. Mieliśmy zaplanowany wyjazd do Bochni, ponieważ jeszcze w domu wymyśliłam sobie że muszę kupić lodówkę i znalazłam taką, jaką chciałam w ofercie jednej z sieci RTV-AGD, która miała swój oddział w Bochni. Bochnia jest oddalona zaledwie o 25 km od Dworu. Nie mieliśmy planu tego miasta. Wydrukowałam tyle, ile się dało z Internetu, ale na nic się to nie przydało. Zgubiliśmy się w gąszczu uliczek, a jak dojechaliśmy do centrum, to nie było gdzie zaparkować. Pojechaliśmy zatem dalej na czuja. Nagle zobaczyłam szyld RTV-AGD przy jakiejś stacji benzynowej. Planowaliśmy nalać gaz do baku, zatem pojawiła się okazja, by zerknąć również na lodówki. Na stacji była akurat dostawa gazu, więc nie zostaliśmy obsłużeni, ale wizyta w małym sklepie z artykułami gospodarstwa domowego przebiegła nader owocnie. Nabyliśmy małą lodówkę z zamrażalnikiem lepszej marki od tej, którą pierwotnie sobie wybrałam, tylko o 50 zł droższą. Sprzedawca był przemiły i jeszcze udzielił nam rabatu. Nabyłam przeuroczy czajnik elektryczny (fioletowy!!!), na który również otrzymaliśmy rabat. Nie powiem, że się nie zdziwiłam. Nigdy nie spotkałam się, aby sklepy bez żadnych akcji promocyjnych udzielały indywidualnie zniżek. Sprzedawca orzekł, że jest w okolicy bardzo duża konkurencja. Aby utrzymać się na tym rynku trzeba szczególnie pieścić klienta i mieć nadzieję, że dzięki temu powróci po następny sprawunek. Muszę przyznać, że miał rację. Wypatrzyłam w tym sklepie jeszcze kilka fajnych produktów w atrakcyjnych cenach, po które z miłą chęcią wrócę.

Auto zatankowaliśmy w konkurencyjnej firmie kilkadziesiąt metrów od poprzedniej i ruszyliśmy do Gdowa w poszukiwaniu uszczelek i głowic do baterii. Zrobiliśmy zakupy w Biedronce i to był błąd. W poszukiwaniu sekatora, poduszek i kapci dla Krzysia udaliśmy się na wędrówkę po miejscowości. Co krok napotykaliśmy na piekarnie i sklepy mięsne reprezentujące lokalne firmy. Muszę sobie raz na zawsze wybić z głowy odwiedzanie Biedronki w Małopolsce. Z tej przyczyny, że jest tutaj tak gęste zaludnienie, istnieje zapotrzebowanie zarówno na sklepy, jak i na klientów. Lokalne firmy oferują dobrą jakość po konkurencyjnych cenach. Nie ma kolejek, bo sklepów jest bez liku. Gdów to wieś, a tego typu infrastruktury nie ma w żadnym dolnośląskim mieście niedaleko naszego domu. Nie mogę oprzeć się porównaniu z naszą rozległą Olszyną, mającą status miasta. Rzadko jeżdżę tam na zakupy, bo nawet tamtejsza Biedronka jest uboga w towar. W Gryfowie natomiast korzystam niemal wyłącznie z Biedronki i Lidla, ponieważ okoliczne sklepiki, nie dosyć, że jest ich mało, nie mają mi nic konkurencyjnego do zaoferowania. W jednym sklepie warzywnym baba ma chyba wieczny okres, bo jest skrzywiona i niezadowolona za każdym razem, kiedy wchodzi klient, w innym panuje drożyzna.
Zatem z tych powodów sama nie wiem, czy gęste zaludnienie okolicy, do której zamierzam się przeprowadzić stanowi wadę, czy też zaletę.

W miejscowym GS-ie nabyliśmy poszukiwane poduszki (25 zł/szt, co za cena! Chociaż pewnie idzie za tym jakość, ale to był szybki zakup awaryjny) oraz męskie kapcie. Zaopatrzeni w uszczelki powróciliśmy do domu.

Wykorzystujemy każdy promień słońca, aby się ogrzać

Lodówka jeszcze po transporcie (wieźliśmy ją seatem) musi odstać. Przygotowałam na szybko wyjazdowy obiad, którego nigdy nie robię w domu, jakby rezerwując sobie to danie na trudne warunki. Była to jajecznica z 10 jaj z kiełbasą oraz cebulką. Usmażyłam ją na przywiezionym z Prowansji oleju smakowym, w którym pływają ostre papryczki chilli. Smak tej potrawy, również dzięki temu olejowi, był niebywały. W tych spartańskich warunkach, z elektrycznym palnikiem, dwoma garnkami, bez ciepłej wody czuję się, jak w dawnych czasach na kempingu. Takie proste rzeczy jak jajecznica sprawiają nam ogromną radość i smakują, jak najwykwintniejsze danie w restauracji.

Po dopieszczeniu podniebienia i żołądka Krzyś wrócił do pracy nad uszczelnianiem baterii, a mnie rzęsisty deszcz przerwał penetrowanie ogrodu w poszukiwaniu najlepszego miejsca na posadzenie malin, których sadzonki zabrałam z domu.


Wieczorem drugiego dnia pobytu, czyli w sobotę, Krzyś uruchomił straszny piec, zwany przez niego krematorium. Nie tylko pojawiła się ciepła woda, ale i nieco pary poszło w kaloryfery. Wolę nie myśleć o rachunku. Jak Krzyś odpala krematorium, licznik gazu tak wiruje, że wydaje się, iż lada moment odleci.

2 komentarze:

  1. Cóż, specyficzna nazwa dla pieca, ale rozumiem, że nie darzycie go sympatią, a on swoim "zdychaniem" na takowe miano zasłużył.
    Ja cieszyłabym się z dostępu do dużej ilości dobrej jakości towarów. Ostatnio szukałam schabu z kością i... nie znalazłam. Same wypatroszone kawałki, w wielkim mieście. Taka mnogość sklepów i usług pozwala na negocjowanie ceny lub szukanie właściwego towaru. Lepszy nadmiar niż brak. Przyzwyczaiłaś się do życia na odludziu, do robienia zakupów na większa skalę. Tu zima pewnie też będzie taka potrzeba, bo przy zawianych drogach może być różnie (byłam, wiem, co mówię), ale poza tym będziesz miała świeżość i różnorodność.
    Nie zazdroszczę tego noclegu w zimnie i wilgoci, nie lubię tak. Choć raczej nie używam kaloryferów (dom jest dobrze docieplony), to lubię zasypiać w cieple. Taka wilgoć, nagromadzona przez długi czas przenika do szpiku kości. Mam nadzieję, że pogodne lato pozwoli trochę osuszyć budynek.
    Czekam na dalszą relację:) Ogród za Krzyśkiem prezentuje się ciekawie, ale ten asfalt nieco kiepsko przy nim wypada. Zupełnie nie pasuje do tego uroczego miejsca.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Muszę jeszcze dobrze poznać lokalny rynek, bo obiecałam sobie, że będę korzystać z oferty miejscowych małych producentów, czyli chcę uprawiać slow food. Na razie jednak szukam po omacku, próbuję, testuję. Przy następnej okazji ruszę w inna stronę, do innych wiosek. Mam tutaj tak samo, jak w Zapuście, kilka kilometrów w każdą strone do cywilizacji, zatem nie jest ważne, czy będe trzymac się Gdowa, czy innych miejscowości.
      Zima nie powinna być gorsza, niż u nas w Zapuście.
      Na asfalt niestety nic na razie nie poradzimy. To kwestia priorytetów. Są ważniejsze sprawy do ogarnięcia.

      Usuń

Dziękuję za każdy miły komentarz :-)