15 maja 2013 roku, decyzją NSA, po blisko 25-letnich staraniach i walkach w sądach, bezprawnie zrabowany w 1945 roku Dwór na Woli Zręczyckiej pod Krakowem, został przekazany z powrotem rodzinie-spadkobiercom jego budowniczych i dawnych właścicieli.
Tego dnia postanowiliśmy porzucić całe swoje dotychczasowe życie i poświęcić się przywróceniu i zachowaniu pamięci o tym niezwykłym miejscu. Dwór i należace do niego obiekty przez dziesiątki lat rządów PRL zostały doszczętnie rozrabowane oraz zniszczone przebudową i rozbiórką. Mozolnie dokonujemy rewitalizacji tego miejsca, by uczynić go lokalnym centrum kulturotwórczym i turystycznym. Na terenie obiektu działa już Muzeum Dwór Feillów oraz agroturystyka. Klikając w zakładki, zapoznacie się z naszą ofertą.
Jest to opowieść o czasach dawnych i tych współczesnych, o naszych zmaganiach z materią, zarówno zabytkową, jak i tą żywą, o stosunkach z urzędami i sąsiadami. Jest to blog o życiu, do którego serdecznie Was zapraszamy.

niedziela, 17 kwietnia 2016

Czas podsumowań.

1 kwietnia minął rok od naszej przeprowadzki z Dolnego Śląska do Małopolski. Przyszedł zatem czas na pierwsze podsumowanie naszej decyzji.
Nie ma co ukrywać, że w Zapuście wiedliśmy przez kilkanaście lat życie niezwykle spokojne, sielankowe, bez większych trosk i zmartwień. Było to życie ustabilizowane, a choć bardzo skromne, to niezwykle piękne. Taka stabilizacja ma też swoje ciemne strony. Straciliśmy dystans i nie widzieliśmy już możliwości rozwoju w tamtym miejscu. Usiedliśmy na laurach i dni mijały nam jeden za drugim. To było wygodne życie. Niejeden popukałby się w czoło (i zapewne się popukał) na wieść, że zrezygnowaliśmy ze swojej strefy komfortu, by podjąć się nowego wyzwania.

Nowe wyzwanie w postaci objęcia opieką starego, zaniedbanego dworku nie miało nic wspólnego ze świętym spokojem. Sprawy reprywatyzacyjne związane z pozostałymi częściami majątku wciąż trwają, procesy sądowe mnożą się nam jak grzyby po deszczu. Jest ogrom pracy, jeszcze więcej nerwów oraz presja związana z jak najszybszym udostępnieniem obiektu turystom, bo przecież musi on zarabiać na swoje utrzymanie. Pojawia się zatem pytanie, czy podejmując decyzję o przeprowadzce zrobiliśmy sobie dobrze?

Jestem w stu procentach pewna, że tak. Nigdy nie żałujemy swoich decyzji i nigdy nie oglądamy się za siebie. Jest ciężko, bywa nerwowo, lecz nie opuszcza nas optymizm, ani poczucie humoru. Mamy przeświadczenie, że robimy coś fajnego nie tylko dla siebie, ale również dla innych, dla społeczności, która ciepło wspomina lata, gdy wokół dworku zawsze coś się działo. Prawie codziennie, a w weekendy kilka razy dziennie, zatrzymują się koło nas spacerujący ludzie i wyrażają swoje zadowolenie, że po latach opustoszenia, dwór znów ma opiekunów i powoli wkracza tu na nowo życie. Wielu z tych spacerowiczów miało przed wojną kogoś z rodziny, który pracował we dworze. Opowiadają nam cudne historie, które w ich rodzinach przekazywane są z pokolenia na pokolenie. Wszyscy dobrze wspominają tamte czasy. Takie słowa działają na nas niezwykle motywująco. To wszystko sprawia, że mimo trudności, chce nam się dalej działać.

Nie jest możliwe w żadnej społeczności, by każdy przyjmował „nowych” tak samo. Staramy się zatem nie zwracać uwagi na nieliczne, wrogie spojrzenia ludzi zawistnych. Nikomu tutaj nie zrobiliśmy nic złego, nikt też nie usłyszał od nas złego słowa, zatem jawna do nas niechęć spowodowana jest tylko i wyłącznie nieczystym sumieniem. Cóż, ktoś w końcu rabował i parcelował ten majątek dworski.

Zapustę wspominamy z niezwykłą nostalgią i z radością obserwujemy, jak nowi właściciele nadają naszemu dawnemu domowi nowy charakter. Powoli wydobywają z tamtego miejsca potencjał, którego my już nie widzieliśmy. My z kolei możemy realizować swoje plany w otoczeniu, które ponownie pobudziło naszą kreatywność.

Zapowiadałam otwarcie dworku dla turystów w połowie maja. Już widzę, że nie uda się na sto procent zrealizować tego planu. Na pewno gotowa będzie ekspozycja muzealna i może 2 pokoje. Kolejne będziemy oddawali w miarę możliwości jak najszybciej. Napiętrzenie innych spraw, pilna sprzedaż pozostałych w Zapuście gruntów, by uciec przed skandaliczną ustawą przywiązującą chłopa do ziemi, jak za czasów pańszczyźnianych, spowodowały poślizg w pracach remontowych. Z niewielkim tradycyjnym w naszym kraju obsuwem, ale damy radę.

Tymczasem w ogródku kolorują się pierwsze wiosenne kwiaty. Jest to owoc naszych prac pielęgnacyjnych, które prowadzimy od dnia przeprowadzki.





Jest słonecznie, ciepło, wiosennie, kolorowo, czego chcieć więcej?!


sobota, 26 marca 2016

Obszar dworski rekwiruje jaja!

Pogoda w sobotę przed Wielkanocą nie nastroiła nas zbyt optymistycznie. Święcenie jaj pod naszą kapliczką miało odbyć się o 11.00. Z niepokojem spoglądaliśmy na zasnute chmurami niebo. Czy deszcz zepsuje nam to miłe wydarzenie?


Jak co roku, z radością uczestniczę w tym pogańskim i pradawnym obyczaju przechwyconym przez kościół. Wzorem mojej mamy, która zwyczaj ten przejęła od swojej mamy, a ta zapewne od swojej mamy, etc... farbuję jaja w obierkach od cebuli i wyskrobuję jakieś wzorki, które przyjdą mi do głowy. Robota jest to żmudna, trzeba uważać, aby nie ścisnąć za bardzo skorupki i nie zniszczyć jajka. Jednocześnie trzeba użyć siły, by wzór wyskrobać. Bozia talentu nie dała, skrobię, jak umiem, efekt jest mniej więcej taki.


Jeszcze przed święceniem jajek, zerknęłam na facebooka i w oko wpadło mi zdjęcie jaja, które wymalowała Ola, nasza sąsiadka artystka, o której wspominałam we wcześniejszym wpisie. Złapałam się za głowę i wyraziłam swoje wątpliwości, czy to aby wypada, by takie dzieło sztuki miało zostać zniszczone w celach konsumpcyjnych.



No sami zobaczcie! Chrystus, jak żywy!!! ;-)

Z Olą spotkaliśmy się pod kapliczką. Natychmiast zapuściłam żurawia do jej koszyczka, by jajo zobaczyć na żywo. Powiem Wam, że prezentuje się jeszcze piękniej, niż na zdjęciach.
-Naprawdę zamierzasz go zjeść?- zapytałam.
-No pewnie! Ale jak chcesz to możesz sobie go zabrać, tylko po poświęceniu- odparła Ola.

Zafrasowałam się. Głupio tak wybierać ludziom jaja z koszyka. Z drugiej strony, jak nie wezmę, to Ola go zje i małe dzieło sztuki przestanie istnieć. Hm... co tu zrobić? Z trzeciej jednak strony, jeśli ja dostanę jajo, to ja będę musiała się zmierzyć z dylematem moralnym, czy go zniszczyć? 

Podczas kiedy ksiądz odprawiał nad naszymi jajami magiczne rytuały, moje szare komórki odnalazły się wzajemnie i doznałam olśnienia. Po pierwsze, ja też mam w koszyku gęsie jajo (Moniko i Wojtku, dziękujemy za jaja!), zatem jak zabiorę Oli jej dzieło i oddam jej w zamian swoje jajo, nie zostanie ona poszkodowana brakiem święconego. Po drugie, kto mi każe niszczyć i jeść to jajo? Ugotowane na twardo i nie uszkodzone powinno przetrwać wieki.

Zarekwirowałam jajo zaraz po poświęceniu, aby nie dać Oli czasu na rozmyślenie się i zanim doszłam do domu miałam już plan.
Jajo zostanie wciągnięte do inwentarza muzealnego do działu „wytwory sztuki ludowej”, zostanie umieszczone w gablotce i wszyscy goście, którzy zechcą nas odwiedzić, będą mieli okazję go obejrzeć. Ola jest wprawdzie artystką profesjonalną, jednak mam nadzieję, że nie obrazi się za „sztukę ludową”.

Nasze Muzeum, które w swoim poprzednim wcieleniu miało charakter typowo etnograficzny, powoli zamienia się w gabinet osobliwości. Jest to nawiązanie do wieku XVIII i XIX, do początków muzealnictwa, kiedy pałace i dwory gromadziły najróżniejszego typu obiekty, często niezwykle zaskakujące.


Na przestrzeni ostatnich dni nasze zbiory zostały uzupełnione o dosyć ciekawy eksponat- stojący zegar Comtoise z I połowy XIX wieku. Jest on nie tylko obiektem muzealnym. Stanowi on teraz wyposażenie dworku, element dekoracyjny, a po przeczyszczeniu i konserwacji mechanizmu, posłuży nam zapewne jeszcze przez wiele lat.



Kochani! Życzymy Wam spokojnych, ciepłych Świąt i wiele radości  z okazji budzącej się do życia Przyrody.



P.S. Obszar dworski to archaiczna jednostka administracyjna z czasów, kiedy majątki szlacheckie nie wchodziły w skład gmin wiejskich. Bardzo mnie bawi ta nazwa i zamierzam jej nadużywać :-)

piątek, 11 marca 2016

Nie ma lekko.

Być może pamiętacie, jaką kilka miesięcy temu miałam koncepcję na urządzenie pokojów gościnnych? Kto nie pamięta, proszę, by zajrzał pod ten link. Styl miał być lekki, kontrastujący z ciężkim, muzealnym wnętrzem dworku. Pomysł taki narodził się spontanicznie i z potrzeby chwili. Musieliśmy bowiem na szybko zorganizować jakiś pokój do spania dla prywatnych gości. Im dłużej jednak się na niego patrzyłam, tym mniej mi się ten pokój podobał. Chłop najwyraźniej miał podobne odczucia. Pewnego dnia stwierdził, że jednak on by lobbował za urządzeniem pokojów gościnnych w stylu muzealnym, a niech sobie goście śpią na antykach, w domu tego nie mają. Nie trzeba było mnie długo namawiać. Filozoficznie stwierdziłam „nie ma lekko” i udałam się na długą wędrówkę po zasobach Internetu, głównie po portalu Allegro, dlatego tak dawno mnie tutaj nie było.

Wbrew pozorom, to nie jest takie proste kupić coś stylowego w rozsądnej cenie. Antyków, przepięknie wykończonych, osiągających astronomiczne kwoty jest sporo, ale znaleźć coś co nie jest jeszcze zbyt zniszczone, z którego renowacją sami damy sobie radę, w miłej dla portfela cenie, jest nie lada sztuką.

Mamy ogromne szczęście, że urządzamy się w czasach, kiedy na zachodzie Europy ludzie wyrzucają na śmietniki stylowe meble, głownie eklektyczne. Styl eklektyczny chwilowo (podkreślam, chwilowo!) jest niemodny. Korzystamy zatem z tego, ile się da, bo za kilka lat już nie będzie tak lekko z pozyskaniem tego typu wyposażenia. Jeden z dostarczycieli antyków zwierzył się nam, że lada moment dobra passa się zakończy. Do Francji, Holandii ciągną nie tylko tabuny handlarzy ze wschodniej części Europy, ale i Niemcy powoli doznają przebudzenia. Jakoś nie udało się przekonać wszystkich, że jednosezonowe bezosobowe, mdłe, fabrycznie powtarzalne meble z Ikei, to szczyt marzeń. Niektórzy tęsknią do pięknych w formie i trwałych przez całe stulecia mebli stylowych. A te, jak mawia Chłop- nie odrastają. Dzisiejsze chińskie kopie to porażka. Zarzyło się nam w przypływie desperacji zakupić stylizowaną witrynę. Stwierdziłam, że na drugi raz wolałabym eksponować muzealia na podłodze, niż kupić taką szmirę. Zaliczamy zatem i wpadki, których nie da się uniknąć przy takim przedsięwzięciu.

Ale dosyć tej filozofii, pokażę Wam jednak ten bajzel, jaki udało się nam stworzyć w wyniku zmiany paradygmatu dotyczącego charakteru przestrzeni dla gości. Mamy tak mniej więcej połowę wyposażenia i prawie żadnych dekoracji, które zostaną wprowadzone już na sam koniec urządzania wnętrz. Zostały nam jeszcze 2 miesiące do otwarcia dworku dla gości. Myślę, że jeżeli nie staną nam na drodze rzeczy obiektywne, niezależne od nas, to damy radę.


Korytarze zostały pomalowane, powolutku je urządzamy.







Do salonu zakupiliśmy 5 nowych stołów drewnianych w stanie surowym, które sama pokrywam lakierobejcą w kolorze stolarki. Producenci mebli biorą bardzo duży procent za samo wybarwienie i zabezpieczenie mebla. Zrobienie tego samemu to spora oszczędność.




Pięć gościnnych pokojów w międzyczasie również zostało pomalowanych. Na obecną chwilę są one powoli wyposażane, a zakupione meble poddawane są przez nas naprawie i estetyzacji. Pomysł, aby zadedykować pokoje kultowym kabaretom pozostał. Mamy zatem: 

1. Apartament pod Szalonym Koniem (Crazy Horse). Może jeszcze nie wygląda zbyt okazale, ale potrzebujemy jeszcze troszkę czasu.





2. Pokój pod Czerwonym Wiatrakiem (Moulin Rouge), chwilowo w rozsypce, ale będzie pięknie!




3. Pokój pod Czarnym Kotem (Le Chat Noir) zostanie zupełnie przerobiony, dekoracje zdjęliśmy, by na pierwszym planie wyeksponować te cudne łóżka.

4. Pokój pod Zielonym Balonikiem. Znaleźliśmy do niego unikatowy komplet eklektycznych mebli, gdzie autor w drewnie naśladuje bambus. Czyżby inspirował się stylem kolonialnym?



5. Pokój pod Zwinnym Królikiem (Lapin Agile) nie ma jeszcze żadnych mebli. Poszukuję do tego miejsca niezbyt dominującego kompletu, by uwydatnić dzieło naszej sąsiadki artystki- Aleksandry Popławskiej. Ola jest niezwykle utalentowaną malarką i konserwatorem zabytków. Chętnie podjęła się wymalowania obrazu na ścianie, ma też mnóstwo chęci i pomysłów na dalszą wspólpracę z nami w tym względzie. 







Obraz jest jeszcze nie dokończony, brakuje ramy, którą Ola ma zrobić w technice malarstwa iluzjonistycznego. Niestety, Ola zachorowała i na razie praca ta musi poczekać. Życzymy Oli szybkiego powrotu do zdrowia. Tymczasem sami upiększamy, głownie metodą szablonową, przyszłe gościnnne przestrzenie.


Ruszamy w połowie maja, taki jest plan i tego się trzymamy.

środa, 3 lutego 2016

Muzeum Dwór Feillów

Pragniemy wszystkich oficjalnie poinformować, że Muzeum Techniki i Rzemiosła Wiejskiego w Zapuście, decyzją Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego, wicepremiera prof. Glińskiego, dnia 31 grudnia 2015 roku, zostało przekształcone w Muzeum Dwór Feillów z siedzibą w Zręczycach nr 51 (Wola Zręczycka Dwór). Jest to pierwsze i jak do tej pory jedyne muzeum na terenie gminy Gdów oficjalnie zarejestrowane w Ministerstwie Kultury i Dziedzictwa Narodowego.


Jeszcze mamy odrobinę bałaganu przy reorganizacji ekspozycji i remoncie pokojów. Ustaliliśmy termin otwarcia dworku dla gości na połowę maja. Pragniemy stworzyć dla Was gościniec muzealny, gdyż muzeum jest integralną częścią naszego gospodarstwa agroturystycznego.
Jesteśmy już zmęczeni remontami, ale pracujemy intensywnie, aby dopełnić terminu otwarcia dworku dla gości. Przygotowujemy dla Was na ten sezon 5 pokojów o różnym standardzie. Prócz noclegów i posiłków zamierzamy dla naszych gości organizować pokazy i warsztaty rzemiosł. Zobaczymy, jak nam się to wszystko ułoży, trzymajcie za nas kciuki.

Mamy też plany, co do naszego Muzeum. Dzięki temu, że działamy już formalnie, jako instytucja, jak tylko ruszą możliwości związane z pozyskiwaniem unijnych funduszów, będziemy starali się korzystać z dotacji przeznaczając środki na zakup muzealiów (pierwszy będzie fortepian wiedeński!), renowację naszych zbiorów oraz wirtualne projekty, których nie udało mi się zrealizować w poprzedniej siedzibie.

Przed nami jeszcze dopełnienie kilku ważnych formalności. Trzeba odwiedzić GUS w Krakowie i Urząd Skarbowy w Wieliczce, aby pozmieniać dane Muzeum. Za kilka dni mam nadzieję uruchomić stronę internetową Dworu Feillów-wspólną dla gospodarstwa i Muzeum, nad którą obecnie usilnie pracuję.

Mamy też prawdziwą niespodziankę, szczególnie dla miłośników historii naszej najbliższej okolicy, W domowym archiwum znalazła się książka korespondencji, w której zebrano treść listów mieszkańców najbliższej okolicy, kierowaną do urzędów. Dokumenty mają 100 lat! Pochodzą z czasów I wojny światowej!  Podobnie, jak Pamiętnik Ewy, będę w miarę wolnego czasu publikować te listy na osobnym blogu w odcinkach.

Dzieje się zatem, oj dzieje, czasem mam wrażenie, że za dużo, jak na naszą dwójkę. Ale... damy radę! :-)

czwartek, 21 stycznia 2016

Kasia.

Kasię poznałam na obecnych studiach. Jest to szczupła, drobna kobieta, która pomimo widocznego cierpienia, często się uśmiecha. Jest miłą i ciepłą osobą, jedną z takich, do których człowiek automatycznie się garnie.

Przez pewien czas nie wiedziałam, dlaczego Kasia ma problem z poruszaniem się i wspomaga się kijkami do nordic walking. Nie pytałam. Pomyślałam, że może miała jakiś wypadek.
Pewnego dnia Kasia przyszła smutniejsza i pokazała mi kartkę, na której napisała, że nie może mówić. W tamten weekend porozumiewałyśmy się za pomocą kartki, długopisu i mojego monologu. Wtedy jednak zapytałam, co jest powodem utraty mowy?

Kasia choruje na wredną i podstępną chorobę, która zabiera ludziom władzę nad ciałem- stwardnienie rozsiane. Gorsze samopoczucie i utrata głosu, to niestety jedna z faz tej choroby. Pomimo, że stan zdrowia uniemożliwia Kasi pracę zawodową (nikomu nie trzeba tłumaczyć, jakiej wysokości w naszym kraju są renty, często ludziom nie wystarcza na jedzenie i czynsz), ona się nie poddaje i walczy, by jak najdłużej zachować jako taką sprawność.
Kiedy następuje pogorszenie, Kasia jest zmuszona przyjmować dożylnie sterydy. To bardzo obciążająca organizm terapia, niestety jedyna jak do tej pory skuteczna. Trudno mi opisać słowami, jaką przyjemność sprawił mi w ten weekend głos Kasi i jej uśmiech.


Kasia się nie poddaje. Dzień po dniu walczy z ograniczeniami swojego ciała, które powoli niszczy choroba. Wciąż jednak dba o swoje wykształcenie (jest moją koleżanką z ławki na Podyplomowym Studium Muzeologicznym), ale przede wszystkim , aby zachować jak najdłużej sprawność, Kasia musi uczęszczać na rehabilitację i spędzać tygodnie w ośrodkach dedykowanych stwardnieniu rozsianemu. To wszystko kosztuje mnóstwo pieniędzy, dużo więcej, niż wynosi Kasi renta.
Jeżeli nie macie jeszcze organizacji, którą wspieracie, w imieniu Kasi proszę o przekazanie jej 1% swojego podatku.

Kasia jest po opieką fundacji na rzecz chorych na stwardnienie rozsiane- Dobro Powraca.
KRS: 0000338878
Cel szczegółowy: Katarzyna Stwora

A że dobro powraca? Cóż, miałam okazję przekonać się o tym w swoim życiu wielokrotnie!

W imieniu Kasi serdecznie dziękuję.

poniedziałek, 11 stycznia 2016

Wino domowe.

I nadszedł wreszcie ten czas, gdyż jak powiada stare przysłowie, jest czas siewu i czas zbioru. Wino nastawione trzy miesiące temu, zostało zlane do butelek.


Na pierwszy ogień poszło wino jeżynowe. Pamiętam, z jakim trudem zbieraliśmy w październiku maleńkie owoce z ostrężyn, którymi jeszcze porośnięta jest nasza posesja. Udało nam się uzyskać z tych zbiorów 5 litrów nastawu. Dziś żałujemy, że tak mało. Z tej objętości uzyskaliśmy 3 butelki jeżynowego wina. Nawet młode, bez leżakowania w butelkach, jest bardzo smaczne. Nie mogliśmy odmówić sobie maleńkiej degustacji. Oczywiście, wino będzie smaczniejsze za około 2-3 miesiące.




W butli 20-stolitrowej czekał na swój dzień nastaw winogronowy. Owocami podzielili się z nami dobrzy sąsiedzi. Po degustacji okazało się, że wyszło nam wino wytrawne. Lubimy bardziej wina z odrobioną słodyczy, zazwyczaj udaje się nam wyprodukować wino półsłodkie. Mimo to napój jest smaczny, a będzie naprawdę znakomity, jak trochę dojrzeje w butelkach.



Przyznam się szczerze, że wino jeżynowe smakuje mi na dzień dzisiejszy bardziej. A to oznacza, że trzeba będzie kupić kilka krzaków jeżyny ogrodowej, bo zbierając maleńkie owoce leśnej kłującej ostrężyny można się załamać! Ostrężyny z resztą będą powoli, w miarę czyszczenia, znikać z naszej posesji.
Na swój dzień czeka jeszcze mnóstwo litrów wina z jabłek, owoców, których do końca życia będziemy mieli pod dostatkiem.

Uwielbiamy nasze domowe wina, gdyż jak mawiał pewien poeta, wino jest jak muzyka, nie zawsze wiesz, co jest dobre, ale wiesz, co lubisz.
Wino domowe jest smaczne i zdrowe. Do jego produkcji nie używa się środków chemicznych. Po stokroć wolę napić się mojego wina jabłkowego, niż markowego drogiego wina z tzw. "górnej półki" zaprawionego chemikaliami.


Jest to nasze pierwsze domowe wino wyprodukowane pod marką Dwór Feillów. Żeby nie było nieporozumień, ten wpis nie jest reklamą. Wino produkujemy wyłącznie na własne potrzeby, a z tego względu, że wciąż są to małe ilości, częstujemy nim wyłącznie naszych przyjaciół i to na specjalne okazje.

piątek, 1 stycznia 2016

W poszukiwaniu małopolskich grodzisk.

Stało się to już chyba tradycją, że kiedy tylko pogoda sprzyja, zamiast siedzieć w święta za suto zastawionym stołem, ruszamy w teren w poszukiwaniu śladów dawnego osadnictwa. Dwa lata temu (byłam pewna, że miało to miejsce w zeszłym roku, ale ludzka pamięć jest zawodna) prezentowałam Wam słowiańskie grodziska na Pogórzu Izerskim. W nowym miejscu też w pierwszej kolejności rozejrzeliśmy się za tymi dawnymi siedzibami naszych przodków.

Na pierwszy rzut oka zdaje się, że tutejsi przodkowie wydają się być genetycznie bliżsi, niż ci spod niemieckiej granicy. Może to być bardzo mylące. Na każdym kroku spotykamy tutaj ślady dawnego saksońskiego osadnictwa. Istnieje bardzo poważne przypuszczenie, że tutejsza małopolska gałąź rodu Gryfitów, posiadająca w tej okolicy do XIII wieku bardzo znaczne majątki, jest genetycznie spokrewniona z Gryfitami Śląskimi. Pisałam o tym szerzej tutaj.

Kiedy kilka dni przed świętami zobaczyliśmy prognozy pogody wieszczące ciepłe i słonecznie dni, postanowiliśmy ruszyć na poszukiwania tutejszych grodzisk. Jedno z nich, w Poznachowicach Górnych mieliśmy już zaliczone, ale na mapach w najbliższej okolicy zaznaczono ich więcej.
Wybraliśmy dwa najbliższe nam stanowiska -Chrostową i Sobolów. Posiłkowaliśmy się nie tylko mapą, ale i geoportalem, gdyż po Internecie krążyły słuchy, że Koci Zamek w Sobolowie jest źle zaznaczony, co okazało się prawdą. Bez pomocy geoportalu, gdzie po usunięciu widoku roślinności rzeźba terenu widoczna jest jak na dłoni, a grodziska same wskakują na monitor, szukalibyśmy tego Kociego Zamku po dziś dzień.

Oba stanowiska, które zaklasyfikowano, jako grodziska, były położonymi na stromych wzniesieniach wieżami mieszkalno-obronnymi, tzw. donżonami, lub rezyencjami typu motte, których genezy należy doszukiwać się w IX wieku we Francji. 
Na temat pozostałości wieży w Chrostowej znalazłam kilka informacji w książce „Leksykon zamków w Polsce” (praca zbiorowa pod red. nauk. L.Kajzera, Arkady 2004 r). W tym wypadku określenie "zamek" wydaje się być nieco na wyrost. Wykopaliska archeologiczne ujawniły w tym miejscu fundamenty kamiennej budowli na planie kwadratu o boku długości 7,5 m  i grubości murów ok 2 m. Wieża ta, stojąca na cyplu o wymiarach 20 x 28 m, otoczona była suchą fosą i ziemnym wałem. Ślady po fosie widoczne są po dzień dzisiejszy. 


A co na temat Chrostowej wzmiankują źródła? Otóż pierwsza informacja o tym miejscu pojawia się ok. roku 1404, a założenie określane jest jako "fortalicium Camyk". Należy tu nadmienić, że słowo Kamyk zachowało się po dziś dzień w nazwie wsi tuż obok Chrostowej. Miejsce to należało do rozległych majątków rodu Półkoziców. Straciło na znaczeniu w połowie XVI wieku. Tyle mówią nam źródła pisane i archeologiczne. Aby dopowiedzieć sobie całą resztę, udaliśmy się w okolice Chrostowej i Kamyka, aby na własne oczy zobaczyć, co też tam się tak naprawdę znajduje. To co zobaczyliśmy nie rozczarowało nas. Grodzisko było bardzo wyraźne, a o jego obronnej funkcji mógł chociażby świadczyć fakt, że nie wiadomo było, z której strony się do niego dobrać. Szczęście to wielkie, że drzewa były pozbawione liści, zatem cel, choć odległy i trudny do zdobycia, był widoczny. Dobrze też, że było sucho. Ruszyliśmy pod niezwykle stromą górkę, na przełaj, używając do wspinaczki również kończyn górnych. Gdyby tego dnia było choć trochę wilgoci, celu byśmy zapewne nie osiągnęli. Pod nogami leżały tony liści, które nawet suche były śliskie. Ciesząc się z przezorności, którą się wykazaliśmy zakładając na siebie turystyczny, mało świąteczny strój, osiągnęliśmy szczyt.








To było naprawdę wspaniałe miejsce na wzniesienie budowli obronno-mieszkalnej. Ze szczytu stromej górki rozciągał się widok na całą daleką okolicę. Mając taką lokalizację rycerz doskonale widział podchodzących zbyt blisko jego siedziby proszonych i nieproszonych gości.

Rekonstrukcja fortalicji Kamyk. Żródło: bochenskiedzieje.pl

Zrobiłam kilka fotek i postanowiliśmy udać się na widoczny z górki następny szczyt, gdzie miał znajdować się obiekt znany pod nazwą Koci Zamek.

Niestety, o Kocim Zamku w Sobolowie niewiele jest wiadomo. Pomimo nazwy „zamek” nie widnieje on w popularnych leksykonach zamków. Naszym zdaniem obiekt ten jest źle zbadany, gdyż według dostępnych w Internecie skąpych informacji, nie doszukano się ponoć śladów kamiennej budowli. Na tej postawie wysnuto wniosek, że na cyplu, położonym, jak w poprzednim przypadku, na stromym wzniesieniu, o wymiarach 19 x 15, otoczonym rowem i wałem, stała niegdyś drewniana wieża. Datuje się to stanowisko na II poł XIII wieku. Nie wiem, kto i w jaki sposób badał to stanowisko, ale już po 5 minutach pobytu na cyplu, Chłop zauważył regularny, kamienny, wzniesiony ręką człowieka fragment ściany. Stanowisko to jest częściowo zniszczone, ponieważ mieszkańcy w przeszłości traktowali to miejsce, jako kamieniołom. Dzięki temu widać całkiem dobrze przekrój przez majdan, a pod nogami walają się skorupy średniowiecznych garnków. Jaki z tego wynika wniosek? Na górze zwanej Koci Zamek (sama nazwa powinna dać do myślenia) stała wieża, która najpewniej również była murowana, lub posiadała murowany fundament.









Oto plan wykonany na postawie wykopalisk (źródło: bochenskiedzieje.pl). Kamienny mur, widoczny dziś jak na dłoni, znajduje się mniej więcej po wewnętrznej stronie zaznaczonego kamieniołomu. Wieża mieszkalna została usytuowana na majdanie w taki sam sposób, jak w fortalicji Kamyk. Czemu nie była znaleziona w momencie badań? Być może wydobycie kamienia poczas istnienia kamieniołomu nie sięgnęło tego miejsca, a archeolodzy z niewiadomych powodów nie znaleźli resztek kamiennej budowli.

Dwa „rasowe” grodziska zaliczone w jednym dniu wydały się nam satysfakcjonujące. Wspinaczka wzmogła uczucie głodu, lecz zanim skierowaliśmy się do domu, postanowiliśmy odwiedzić dwa zaznaczone na mapie cmentarze z okresu I wojny św. 

Na Dolnym Śląsku cmentarze z tego okresu są w dużej liczbie zaniebane i zdewastowane (choć zdarzają się nieliczne wyjątki), czasem trudno odszukać je w zaroślach. Wiadomo, niemieckie, obce kulturowo, wrogie. Tutaj sprawy mają się chyba zupełnie inaczej. Ze zdumieniem ujrzeliśmy we wsi Zonia ślicznie utrzymany cmentarz, z kwiatami, wstążkami i lampionami, a na tabliczkach widniały austriackie i rosyjskie nazwiska. 











Po stronie lewej złożono rosyjskich żołnierzy, po prawej austriackich. O wszystkich tak samo zadbano. Mogliśmy się spodziewać podobnego widoku zdewastowanych nagrobków, jak na Dolnym Śląsku, wszak przecież byli to zaborcy. Jednak na tych ziemiach nie było wymiany ludności. Zaborcy, czy nie, mieszkańcy byli tak samo zaangażowani w tę wojnę. Potomkowie walczących ramię w ramię z poległymi opiekują się tymi grobami do dziś. Przynajmniej ja tak sobie to tłumaczę. Jeżeli ktoś z czytelników jest bardziej obeznany z tym tematem, proszę o komentarz tutaj, lub na adres e-mail.


Cmentarz w Sobolowie, po tym wspaniale utrzymanym w Zoni, nieco nas rozczarował, ponieważ nagrobki z czasów I wojny zostały pozbawione tablic, a w dawnej wydzielonej dla żołnierzy kwaterze już po II wojnie św. zaczęto chować zmarłych mieszkańców wsi. Trwa to do dziś. Krzyże z czasów I wojny są ledwo zauważalne pomiędzy współczesnymi bogatymi nagrobkami. Ale są obecne i to jest bardzo pozytywne.

A jak i gdzie spędziliśmy drugi dzień świąt? O tym napiszę na blogu w następnym wpisie.