15 maja 2013 roku, decyzją NSA, po blisko 25-letnich staraniach i walkach w sądach, bezprawnie zrabowany w 1945 roku Dwór na Woli Zręczyckiej pod Krakowem, został przekazany z powrotem rodzinie-spadkobiercom jego budowniczych i dawnych właścicieli.
Tego dnia postanowiliśmy porzucić całe swoje dotychczasowe życie i poświęcić się przywróceniu i zachowaniu pamięci o tym niezwykłym miejscu. Dwór i należace do niego obiekty przez dziesiątki lat rządów PRL zostały doszczętnie rozrabowane oraz zniszczone przebudową i rozbiórką. Mozolnie dokonujemy rewitalizacji tego miejsca, by uczynić go lokalnym centrum kulturotwórczym i turystycznym. Na terenie obiektu działa już Muzeum Dwór Feillów oraz agroturystyka. Klikając w zakładki, zapoznacie się z naszą ofertą.
Jest to opowieść o czasach dawnych i tych współczesnych, o naszych zmaganiach z materią, zarówno zabytkową, jak i tą żywą, o stosunkach z urzędami i sąsiadami. Jest to blog o życiu, do którego serdecznie Was zapraszamy.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą muzeum. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą muzeum. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 5 czerwca 2016

Księga korespondencji obszaru dworskiego.

Leżała całe długie dziesięciolecia w rupieciach. Droga jaką przebyła z Dworu, by po latach powrócić na swoje miejsce jest nie do końca poznana. Była we Wrocławiu, pojechała z nami do Zapusty. Tam, ukryła się pod skrzynkami z narzędziami. Kiedy po przeprowadzce rozpakowywaliśmy te skrzynki, wyskoczyła niczym królik z kapelusza. Wróciła do domu.


Jej treść nas zadziwiła, choć pewnie w tamtych czasach nie była niczym niezwykłym.

Książka korespondencji, która ocalała i stała się jednym z naszych muzealnych eksponatów, obejmuje okres pomiędzy 12.08.1915 r., a 18.02.1916 r. Jest to czas niezwykle dla wszystkich trudny. I wojna światowa zbierała wówczas okrutne żniwo.



W książce znalazła się zarówno korespondencja prywatna rodziny Feill i skoligaconej z nią rodziny Jenkner, jak i listy urzędowe okolicznych mieszkańców, które przechodziły przez obszar dworski. Są niezwykle ciekawe. To one opowiadają prawdziwe historie, nierzadko tragedie ówczesnych ludzi.
Postanowiłam je opublikować, ale by nie mieszały się z naszymi prywatnymi sprawami, dokumenty muzealne zyskały osobną stronę w formie bloga. Mam nadzieję, że czasem tam zajrzycie.

Już pierwszy wpis jest dosyć intrygujący. Rzecz bowiem idzie o jałówkę i poduszkę, a sprawa ociera się o sąd. 

Od czasu publikacji Pamiętnika Ewy minęło już kilka lat. Znów mam okazję serdecznie Was zaprosić na kolejną wędrówkę w czasie. Tym razem cofamy się równo o 100 lat!

poniedziałek, 23 maja 2016

Co słychać w Muzeum?

Teoretycznie ekspozycja została ułożona, przynajmniej taka, jaka była w Zapuście, ale ja wciąż mam niedosyt. Nie przyszła jeszcze kolekcja obrazów Stefanii Feill, artystki malarki dwudziestolecia międzywojennego, prywatnie żony Antoniego Feilla z Woli Zręczyckiej. Te obrazy będą stanowiły bardzo ważną część naszych zbiorów.








Okolicznościowa pamiątka (pudełko na cygara/papierosy) związana z budową krakowskiej elektrycznej linii tramwajowej. Jest to wierny model tramwaju, jaki na przełomie XIX i XX wieku jeździł po mieście. Ten egzemplarz to tramwaj nr 31, który obsługiwał trasę Most Podgórski-Zielona. Jest to pamiątka po pradziadku Jenknerze, który brał udział w budowie krakowskiej linii tramwajowej.

Tymczasem podjęliśmy decyzję, aby wziąć udział w bardzo ciekawym projekcie- Znaczek Turystyczny. Jest to odznaka, która jest przyznawana zabytkom, miejscom ciekawym, wartym odwiedzenia. Niektórzy kolekcjonują takie znaczki. Szczerze mówiąc, patrząc na ten krążek, sama mam ochotę pojeździć po miejscach ciekawych nie tylko, by je zobaczyć, ale i nabyć znaczek. Jestem gadżeciarą i tego nie ukrywam. 



Znaczki są już w naszym Muzeum. Nabyć je można po wpłaceniu darowizny w wysokości minimum 7 zł na cele statutowe Muzeum. Dodam jeszcze, że zwiedzanie Muzeum Dwór Feillów jest bezpłatne. Z tej racji, że jeszcze mam niedosyt jeżeli chodzi o ekspozycję, to na razie zapraszam do nas bardzo nieśmiało. Najwyżej będzie po co przyjechać drugi raz. Jesteśmy ludźmi skromnymi i nie lubimy wyskakiwać z fajerwerkami, zatem jakiegoś oficjalnego otwarcia Muzeum nie planujemy.

Goście, którzy zechcą nas odwiedzić, zobaczą nie tylko nasze zbiory, lecz posłuchają historii naszego Dworku i to również tej najnowszej. Opowiemy Wam o gospodarzach przedwojennych i powojennych i o tym, kto nam się na dziko do Dworku wprowadził, jak już zapadły wszystkie prawomocne wyroki, na mocy których Dwór został oddany rodzinie.


Zanim nas odwiedzicie, poczytajcie sobie o koncepcji naszego Muzeum na przygotowywanej przeze mnie (jeszcze wybaczcie, nie do końca gotowej) stronie internetowej. Serdecznie zapraszam.

środa, 3 lutego 2016

Muzeum Dwór Feillów

Pragniemy wszystkich oficjalnie poinformować, że Muzeum Techniki i Rzemiosła Wiejskiego w Zapuście, decyzją Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego, wicepremiera prof. Glińskiego, dnia 31 grudnia 2015 roku, zostało przekształcone w Muzeum Dwór Feillów z siedzibą w Zręczycach nr 51 (Wola Zręczycka Dwór). Jest to pierwsze i jak do tej pory jedyne muzeum na terenie gminy Gdów oficjalnie zarejestrowane w Ministerstwie Kultury i Dziedzictwa Narodowego.


Jeszcze mamy odrobinę bałaganu przy reorganizacji ekspozycji i remoncie pokojów. Ustaliliśmy termin otwarcia dworku dla gości na połowę maja. Pragniemy stworzyć dla Was gościniec muzealny, gdyż muzeum jest integralną częścią naszego gospodarstwa agroturystycznego.
Jesteśmy już zmęczeni remontami, ale pracujemy intensywnie, aby dopełnić terminu otwarcia dworku dla gości. Przygotowujemy dla Was na ten sezon 5 pokojów o różnym standardzie. Prócz noclegów i posiłków zamierzamy dla naszych gości organizować pokazy i warsztaty rzemiosł. Zobaczymy, jak nam się to wszystko ułoży, trzymajcie za nas kciuki.

Mamy też plany, co do naszego Muzeum. Dzięki temu, że działamy już formalnie, jako instytucja, jak tylko ruszą możliwości związane z pozyskiwaniem unijnych funduszów, będziemy starali się korzystać z dotacji przeznaczając środki na zakup muzealiów (pierwszy będzie fortepian wiedeński!), renowację naszych zbiorów oraz wirtualne projekty, których nie udało mi się zrealizować w poprzedniej siedzibie.

Przed nami jeszcze dopełnienie kilku ważnych formalności. Trzeba odwiedzić GUS w Krakowie i Urząd Skarbowy w Wieliczce, aby pozmieniać dane Muzeum. Za kilka dni mam nadzieję uruchomić stronę internetową Dworu Feillów-wspólną dla gospodarstwa i Muzeum, nad którą obecnie usilnie pracuję.

Mamy też prawdziwą niespodziankę, szczególnie dla miłośników historii naszej najbliższej okolicy, W domowym archiwum znalazła się książka korespondencji, w której zebrano treść listów mieszkańców najbliższej okolicy, kierowaną do urzędów. Dokumenty mają 100 lat! Pochodzą z czasów I wojny światowej!  Podobnie, jak Pamiętnik Ewy, będę w miarę wolnego czasu publikować te listy na osobnym blogu w odcinkach.

Dzieje się zatem, oj dzieje, czasem mam wrażenie, że za dużo, jak na naszą dwójkę. Ale... damy radę! :-)

niedziela, 23 sierpnia 2015

Ekomuzeum w Sobolowie

Jakie to ja miałam ambitne plany, aby przynajmniej raz na tydzień robić krajoznawcze wycieczki. Głupio mieszkać w okolicy, której kompletnie się nie zna. Tymczasem wygrzebać się nie możemy z prac remontowych, porządkowych, urządzania wnętrz, ogólnego ogarniania ogrodu.

Lato dało nam nieźle popalić. Rośliny, które kupiłam w doniczkach, rzekomo do całorocznego wsadzania w grunt, w większości się nie przyjęły. Koszmarna susza i prawdopodobnie zbyt ciężka gliniasta gleba załatwiła połowę lawendy i prawdopodobnie wszystkie 30 sztuk wrzosów. 


Podarowałam sobie zakupy w taką pogodę, bo szkoda pieniędzy. Ogród więc leży i kwiczy, a ja jedynie usuwam „złe zioło”, czyli zajmuję się plewieniem.

Tygodnie upałów wybiły nam też z głowy wszelkie wycieczki, bo to żadna przyjemność prażyć się w słońcu i dusić w aucie. Wprawdzie w naszym terenowym Mitsubishi odkryliśmy klimatyzację (nieźle, przez dwa miesiące byliśmy przekonani, że takowej nie ma) ale stoi on od kilku tygodni w warsztacie we Wrocławiu, czyli jakieś 350 km od nas i „się naprawia”, a my jeździmy naszym niezawodnym, niezniszczalnym 22-letnim seatem.

Jak wcześniej wspominałam, mam wiele zaległości w zdawaniu relacji z bieżących spraw. Ma to swoją przyczynę w tym, że po zadanej sobie robocie jestem często już tak zmęczona, że stać mnie jedynie na sprawdzenie poczty. Jedyne zajęcie, miłe memu orgaznimowi po fizycznej pracy, to leżenie po zmroku na leżaku w towarzystwie Chłopa i gapienie się w gwiazdy, tudzież czytanie książki.

Jeszcze zanim wyjechałam na wakacje do Paryża, a pogoda nie dawała się tak we znaki, postanowiliśmy z Krzysiem odwiedzić ogłaszane w lokalnym folderze Ekomuzeum w Sobolowie. Pan Józef, właściciel zbiorów, zgromadził na swojej posesji ogromną liczbę przedmiotów związanych z ogólnie pojętą etnografią. Nasza wycieczka miała charakter małych przeszpiegów, gdyż bardzo chcieliśmy porównać nasze przywiezione z Dolnego Śląska zbiory z lokalnymi kolekcjami. Dręczyło mnie bowiem to, że nijak poniemieckie przedmioty nie będą pasowały do Małopolski. Jak bardzo się myliłam, zorientowałam się przeglądając kolekcję w Sobolowie. Czego tam nie było!? Zegary, żelazka, maszyny do szycia, fisharmonia, obrazy, maselnice, koszyki, meble, stroje ludowe, beczki, talerze, kufry, samowary, narzędzia kowalskie, młynki, maszyny rolnicze. A to wszystko nie tylko z Małopolski, ale i z terenów poniemieckich, które po wojnie stanowiły raj dla szabrowników, a nawet z Europy zachodniej.























Niestety, pan Józef zmarł w zeszłym roku, ale duchem był chyba z nami obecny. Pomimo, że po ekomuzeum oprowadzała nas jego żona i kolekcjonera osobiście nie poznałam, myślę o tym miejscu jako o własności pana Józefa.

Zachęcam czytelników do wizyty w Sobolowie i wsparcia choćby niewielkim groszem Ekomuzeum pana Józefa. Obecnie zbiorami zajmuje się jego rodzina z przyjemnością witająca gości pragnących poznać tę niezwykłą kolekcję.

Przyszedł w końcu czas na zrobienie miejsca dla naszych zbiorów. Korzystając z przykrych okoliczności, że żaden z umówionych dekarzy wciąż nie zjawił się, by naprawić nasz dach, przez co nie możemy ruszyć z remontem pokojów gościnnych, bo je zalewa, postanowiliśmy przeznaczyć kilka dni na przygotowanie domku-oficyny.  Jest on w opłakanym stanie technicznym, niemniej jednak jakąś ekspozycję w lepszej części domku powinno się dać zrobić. Zanim jednak nasze zbiory zajmą swoje miejsce, trzeba było uprzątnąć wieloletni kurz, pajęczyny, a co gorsza zwietrzałą podłogę na stryszku. Choć dzielnie pomagała nam jedna czytelniczka-wolontariuszka, urobiliśmy się po pachy, a Chłop to nawet poszkodował sobie kręgosłup znosząc po drabinie ciężkie wory z gruzem. Stęka do tej pory.







Przy temperaturze 36 st, pracując w pyle, wyglądaliśmy wszyscy, jak górnicy dołowi.


Nie mam już kompleksów, że nasze zbiory średnio przystają do miejsca. Będą po prostu stanowiły świadectwo naszych dziejów. Myślę, że nasi goście, a dla nich przede wszystkim powstaje ta ekspozycja, z przyjemnością poznają nie tylko dawną historię związaną z rodziną Feillów, ale i nasze własne dzieje, które zaprowadziły nas przez Dolny Śląsk do Małopolski. 

Pieczołowicie zatem, mając świadomość odwalania chałtury, bo żadna ze mnie artystka, maluję na ścianie dom przysłupowy, obok którego stanie nasz największy hit- nieznany na wsi małopolskiej drewniany rurociąg wraz ze świdrem. 


To jeszcze nie ekspozycja, ale pierwsze przymiarki:



Przed przeprowadzką przyrzekłam, że będę ambasadorem Krainy Domów Przysłupowych w Małopolsce. Poza miejscem ich występowania, niewielu ludzi w Polsce ma świadomość piękna tej oryginalnej, jedynej w swoim rodzaju architektury. Ciekawi mnie też, na ile w Małopolsce występuje zjawisko germanofobii? My, Dolnoślązacy, często już drugie, a nawet trzecie pokolenie urodzone na dawnych poniemieckich terenach, w dużej mierze zaadoptowaliśmy przedwojenną kulturę materialną traktując ją, jako dziedzictwo ponadnarodowe. Czy opowiadając o bardziej przed wojną zaawansowanym pod względem cywilizacyjnym regionie współczesnej Polski, narażę się na etykietkę germanofila? 

środa, 22 października 2014

Nowy Wiśnicz- stolica regionu.

Jeszcze do końca nie ochłonęliśmy po intensywnie spędzonym dniu w lokalnym muzeum w Lanckoronie, ale chyba było nam wciąż mało, gdyż w niedzielę postanowiliśmy odwiedzić stolicę naszego regionu, czyli Pogórza Wiśnickiego- Nowy Wiśnicz. 

Jest to miejscowość związana ze sławnymi rodami Kmitów i Lubomirskich oraz miejsce urodzenia artysty Juliusza Kossaka. Akurat zaczytuję się we wspomnieniach Magdaleny Samozwaniec („Maria i Magdalena”) i zwróciłam na ten fakt uwagę. Byliśmy przede wszystkim zainteresowani zamkiem i oczywiście znów napaliliśmy się na lokalne muzeum mając nadzieję, że zobaczymy jakieś etnograficzne zabytki, które dadzą nam pogląd na temat przedmiotów będących w codziennym użytku właściwych dla tego terenu. 

Niestety, nie dane nam było zobaczyć cokolwiek z owych rzeczy, ale jak to w naszym życiu bywa, czekała na nas w lokalnym muzeum następna niespodzianka.




Wysiedliśmy z auta w centrum Nowego Wiśnicza. Miłego mieszkańca, który wytoczył się z osiedlowego sklepu monopolowego w upalny niedzielny poranek, zapytaliśmy o drogę na zamek. Pokazał nam palcem kierunek, wyraził zaniepokojenie, że przyjechaliśmy aż tutaj, ponieważ pod zamkiem jest parking. „Nic nie szkodzi”- rzekłam- „przy okazji zwiedzimy sobie miejscowość”.
Trochę się zmartwiłam, że przyjdzie nam iść jakiś spory kawał drogi, ale widocznie moje pojęcie odległości jest zupełnie inne niż człowieka, którego jedynym ruchem w przestrzeni jest zejście z piętra bloku do monopolowego sklepu usytuowanego na parterze. W każdym razie, już po kilku krokach zobaczyliśmy górujący nad okolicą zamek. Po drodze jednak wpadła mi w oko tablica informująca, że w budynku, który mijaliśmy znajduje się regionalne muzeum. Świetnie, to będzie nasz następny cel. Podeszłam do drzwi, by sprawdzić, do której godziny placówka jest czynna i czy w ogóle dostaniemy się do muzeum w niedzielę. Nagle zza drzwi wyłonił się człowiek i… nas złowił.
-Państwo do muzeum?- zapytał, a ja natychmiast po głosie i błysku w oku zidentyfikowałam kolejnego miłośnika swojego regionu, który jest gotowy za cztery złote od osoby poświęcić nam cały swój dzień. 
–Yyyy… tak, ale najpierw chcielibyśmy zwiedzić zamek i przyszlibyśmy do pana za jakąś godzinkę, dwie.
-Ale my mamy w południe spotkanie rodziny naszego regionalnego malarza Stanisława Klimowskiego. Wejdźcie teraz, bo potem będzie sporo zamieszania.
-Jeśli tak, to oczywiście wejdziemy.

Wiecie chyba, co się stało później? Wsiąknęliśmy na dłużej w muzeum regionalnym, które było przede wszystkim galerią malarstwa, a nie etnograficzną wystawą. I wiecie, że też nam się podobało? 





Oczywiście, nasze zauroczenie miało przede wszystkim swoje źródło w entuzjazmie naszego gospodarza. A był nim artysta malarz pochodzący z Wiśnicza -Ryszard Goliński. Pan Ryszard ma na swoim koncie wiele prestiżowych wyróżnień, jego prace były prezentowane w wielu europejskich ośrodkach, doceniona została również jego praca, jako pedagoga w Liceum Sztuk Plastycznych.
Choć z początku poczułam się rozczarowana brakiem zabytków etnograficznych, to już po chwili chłonęłam informacje i opisy poszczególnych dzieł lokalnych malarzy. Niestety, niewiele znam się na malarstwie, nie umiem nawet patrzeć na obraz we właściwy sposób, po prostu nikt mnie tego nigdy w życiu nie uczył. Tymczasem te dwie godziny spędzone na rozważaniu, czy autor dobrze uchwycił perspektywę, gdzie popełnił błąd, kiedy poczuł się znudzony i dokończył dzieło na odczepnego, nie tylko mnie zainteresowały, ale też sporo nauczyły. Tego dnia, przede wszystkim ze względu na rodzinny zjazd, w galerii królował artysta Stanisław Klimowski.  Kiedy podziwialiśmy jego sztukę portretowania dzieci, zarówno pana Golińskiego, jak i mnie zaskoczył Chłop. Poinformował nas, że w rodzinie znajduje się portret babci autorstwa Klimowskiego. Artysta namalował go, kiedy babcia była małym dzieckiem. Na panu Golińskim zrobiło to spore wrażenie. Obiecaliśmy podesłać zdjęcie obrazu, z czego muszę z przykrością przyznać, jeszcze się nie wywiązaliśmy. Po powrocie z wycieczki i zrelacjonowaniu jej telefonicznie Mamuśce dowiedzieliśmy się, że w rodzinie są jeszcze dwa obrazy Klimowskiego. Myślę, że trzeba je ujawnić światu, bo wszystko na to wskazuje, że lokalny malarz Klimowski wielkim i uznanym artystą był.

Rzuciliśmy okiem i przeanalizowaliśmy innych autorów prezentowanych w muzeum, między innymi Jana Stasiniewicza. 


Przed wojną mieszkał on i tworzył w Wiśniczu -rodzinnej miejscowości swojej żony. Podczas wojny, żyjąc w skrajnych warunkach, brał czynny udział w ruchu oporu a ten w Nowym Wiśniczu był niezwykle prężny. Partyzanci AK „Szczerbiec” przeprowadzili udaną akcję w miejskim ratuszu rabując żołnierzom Wehrmachtu kasę i przeznaczając ją na dalszą walkę z okupantem.


Obrazy naszego gospodarza p.Golińskiego


Dzwonek... Loretański (?)

lufa armaty



ruchoma szopka

Wisienką na torcie była prezentacja przez pana Golińskiego własnych prac na wyświetlaczu aparatu. Muszę przyznać, że zrobiły na nas pozytywne wrażenie. Zaczęłam się nerwowo kręcić, kiedy prace okazywały się coraz śmielsze, a ekran ukazywał momenty historycznych erotycznych olśnień autora, takie jak nagie dziewczęta w łaźni. Sama nie mogę ze sobą dojść do ładu- uwielbiam dekadencję i chaos, z lubością zaczytuję się w ekscesach narkotykowych, pijackich i erotycznych bohemy różnych epok, a bezpośredni kontakt z cudzymi fantazjami wprowadza mnie w stan delikatnej paniki. „Nie, nie”-jęczałam sobie w duchu cichutko, by nie urazić autora- „ więcej nie chcemy widzieć” :-)

Jeszcze tylko wpisaliśmy się do księgi pamiątkowej i po dwóch godzinach wyszliśmy na zalane słońcem miasto. Udaliśmy się na zamek, ale tam nie było już tak fajnie. Lokalni miłośnicy regionu rozpieścili nas swoim zaangażowaniem i poświęcaniem czasu tylko nam. Zamek zwiedzaliśmy z grupą około dwudziestu osób, nie było zatem czasu na pytania, czy rozwinięcie zagadnień nas interesujących. Mnie interesowały sprawy własnościowe rodziny Lubomirskich, gdyż zamek popada może jeszcze nie w ruinę, ale na pewno w zapomnienie. Podobno ta drażliwa kwestia została omówiona na początku, a my dołączyliśmy do grupy ze trzy minuty spóźnieni.





Chyba najciekawszym miejscem na zamku jest krypta grobowa. Mieści ona kilka bogato zdobionych sarkofagów, między innymi Stanisława Lubomirskiego uznawanego za twórcę potęgi rodu Lubomirskich.

Zwróciłam uwagę na późnorenesansowy (manierystyczny) ornament okuciowy, ponieważ bardzo mi się on podoba.



Sam zamek, wzniesiony w stylu renesansowym, przebudowany za czasów Stanisława Lubomirskiego w stylu wczesno barokowym z elementami manieryzmu został w XVII wieku otoczony pięciobocznymi fortyfikacjami. Nawiązują one do włoskiego stylu związanego z renesansem „palazzio in fortezza” (cóż, z przykrością trzeba stwierdzić, że zawsze Polska stanowiła zaścianek Europy i nowe mody przybywały do nas ze sporym opóźnieniem). Najważniejszą cechą tego typu założeń są oczywiście walory obronne, mnie jednak zawsze bardziej pociąga filozofia, niż pragmatyzm. A filozofia architektury renesansu włoskiego opierała się na odkrytych na nowo traktatach Witruwiusza, a przez to zrozumieniu proporcji oraz matematycznego porządku we wszechświecie. Koło symbolizowało Boga, kwadrat ziemię, a pięciobok człowieka z głową  na górze oraz czterema kończynami (człowiek witruwiański). Takie założenie miało więc swoje głęboko ukryte symboliczne znaczenie.

człowiek witruwiański (źródło Wikipedia)

wzorcowa "palazzo in fortezza" Caprarola

I jeszcze trochę fotek z zamku:



Ówczesna technika 3D. 
To wygląda na trójwymiarowe, ale w rzeczywistości 
jest namalowane.



łoże- domyślam się po dekoracji, że w męskiej sypialni :-)


współczesna koronka klockowa- szacun!


oryginalne freski

trwały przygotowania do ślubu


fragment po fortyfikacji

piękne widoki z zamku


troszkę obciachowe sklepienie :-)

ale ten portal mi zaimponował!


Zawsze mnie zastanawiało,
po co stawiać takie dziwactwa w historycznych miejscach
tu na dziedzińcu zamkowym




Po wyjściu z zamku miałam ochotę na podjechanie kilka kilometrów do Lipnicy Murowanej, gdzie ponoć znajdują się ciekawe drewniane domy podcieniowe. Trochę mnie rozbawił fakt, że szukam drewnianego budownictwa w miejscowości określanej mianem „murowanej”.  Niestety, kilka kroków pod smażącym niemiłosiernie słońcu sprawiło, że zasłabłam. Tamtego dnia pozostało nam już tylko wrócić do domu i leniwie spędzić resztę dnia, między innymi na dopieszczaniu kotka, nieco rozzłoszczonego naszą długą nieobecnością.