15 maja 2013 roku, decyzją NSA, po blisko 25-letnich staraniach i walkach w sądach, bezprawnie zrabowany w 1945 roku Dwór na Woli Zręczyckiej pod Krakowem, został przekazany z powrotem rodzinie-spadkobiercom jego budowniczych i dawnych właścicieli.
Tego dnia postanowiliśmy porzucić całe swoje dotychczasowe życie i poświęcić się przywróceniu i zachowaniu pamięci o tym niezwykłym miejscu. Dwór i należace do niego obiekty przez dziesiątki lat rządów PRL zostały doszczętnie rozrabowane oraz zniszczone przebudową i rozbiórką. Mozolnie dokonujemy rewitalizacji tego miejsca, by uczynić go lokalnym centrum kulturotwórczym i turystycznym. Na terenie obiektu działa już Muzeum Dwór Feillów oraz agroturystyka. Klikając w zakładki, zapoznacie się z naszą ofertą.
Jest to opowieść o czasach dawnych i tych współczesnych, o naszych zmaganiach z materią, zarówno zabytkową, jak i tą żywą, o stosunkach z urzędami i sąsiadami. Jest to blog o życiu, do którego serdecznie Was zapraszamy.

środa, 28 maja 2014

Co nas we Dworze zadziwia i... straszy.

Oooo… zadziwia nas wiele spraw. Nieustannie, każdego dnia spotykają nas jakieś niespodzianki, głównie te mniej miłe, jak stan szamba, osypujące się samoistnie kafelki w strasznej kuchni, czy dziury w dachu. Zadziwia nas fakt, jak ta kuchnia przeszła kontrolę sanepidu? Jest to dla nas niewytłumaczalna zagadka podobna do nadprzyrodzonych zjawisk, które mają od wieków miejsce we Dworze. Ale o tym za chwilę.

Zadziwia nas, kiedy odkrywamy ślady powojennego użytkowania niektórych przestrzeni. Chyba najbardziej zaszokowani byliśmy faktem, że mamy własny podziemny bunkier. Oczywiście, jak można się było spodziewać po komunistycznej twórczości, nieco przecieka i jeśli chcemy go zachować (a chcemy bo cierpimy na brak pomieszczeń gospodarczych) i on będzie wymagał rewitalizacji.

Skąd wziął się bunkier przy zabytkowym Dworze? Niegdyś Dwór pełnił funkcję ośrodka wypoczynkowego Politechniki Krakowskiej. Ktoś wpadł na pomysł, że w przypadku wojny ośrodek ma pełnić rolę punktu ewakuacji kadry naukowej. Z tego względu wykopano podziemny bunkier i wywalono obok głęboką dziurę. Funkcji dziury nie znamy (mówi się, że miała tam być stołówka), ale ewidentnie zamysł nie został zrealizowany. Dziura zarosła chaszczami. Drapiemy się w głowę, co zrobić z tą wielką dziurą? Pewnie trzeba będzie ją zasypać. Będziemy mieć długą listę życzeń do Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków.

Przy okazji właśnie tej wizyty w osłupienie wprawiło nas coś, czego wcześniej nie zauważyłam. W domku-służbówce, która będzie przyszłym budynkiem dla naszego małego muzeum, ktoś wprawił okna w dziwny sposób. Powiedzcie, ile trzeba mieć fantazji, albo ile trzeba wypić samogonu, aby założyć okno o 90 stopni przekręcone? 



Być może uznałabym to za jakiegoś rodzaju ekstrawagancję, intencjonalny zamysł ogarniętego artystyczną weną umysłu, gdyby nie fakt, że okno obok na tej samej ścianie jest wprawione normalnie.
Konia z rzędem temu, kto odgadnie zamysł twórcy!



I to też jest zadziwiające.
Co za pomysł, aby do chatki z bali doklejać coś takiego?

A teraz nastąpi obiecana opowieść o zjawiskach nadprzyrodzonych. Tradycja rodzinna przechowała pamięć o dziwnych fenomenach, które nie dają się wytłumaczyć w sposób racjonalny. Są to przede wszystkim efekty dźwiękowe, jak pukanie do drzwi, za którymi nikt nie stoi, czy dziwne odgłosy na strychu. O przedwojennych zjawach będzie jeszcze kiedyś czas, by wspomnieć, dziś skupię się na teraźniejszości.

Pewnego dnia, kiedy siedzieliśmy z sąsiadami przy herbacie, usłyszeliśmy pytanie:
-Czy wy we Dworze dobrze śpicie?
-Śpi nam się wspaniale- odpowiedziałam zgodnie z prawdą, ale za bardzo nie wiedziałam, do czego nasz sąsiad zmierza. Wtedy J. rzekł:
-A nic tam was nie straszy?
Ach, to o to chodzi- pomyślałam sobie i uśmiechnęłam się. Nie jest żadną dla nas tajemnicą, że we Dworze „straszy”. Opowiadała o tym babcia, potem powojenni najemcy. Poza tym wszystkim my do duchów jesteśmy przyzwyczajeni. Co działo się po naszej przeprowadzce na Pogórze Izerskie, o tym nigdy nie odważyłam się napisać. Opowiedziałam za to owe historie naszym sąsiadom, co zachęciło ich do zwierzeń na temat przeżyć we Dworze.

Ja chyba jestem trochę nienormalna, albo zapomniałam już o owych chwilach sprzed 10 lat w Zapuście, kiedy coś buszowało nam po domu, bo naprawdę szczerze się zmartwiłam, że nas we Dworze nic nie straszy. Odpowiedziałam sąsiadom:
-Myślę, że duchy przodków są zadowolone, że Dwór powrócił w ręce rodziny. Nie sądzę, abyśmy doznali z ich strony jakichś przykrości.

Mimo to, każdej nocy leżąc w łóżku na piętrze, wpatrywałam się w sufit i wsłuchiwałam się w odgłosy otoczenia. Każdej nocy towarzyszyła nam cisza. Nie to, żebym się bała, ale kiedy musiałam sama przejść wieczorem czy nocą przez ciemny korytarz dodawałam sobie otuchy słowami piosenki z kabaretu Potem:


Nie wiem, czy znacie to uczucie ciekawości pomieszanej ze strachem? Z jednej strony chciałam przeżyć dreszcz emocji, z drugiej drżałam na samą myśl spotkania się oko w oko, czy ucho w ucho z czymś nadprzyrodzonym. Nie spotkało nas żadne z opisywanych przez świadków tajemniczych zdarzeń. Ale czy naprawdę nie zetknęliśmy się z jakąś tajemnicą?

Krzyś nie rozstaje się ze swoim zegarkiem. Co noc w pokoju na piętrze, który zrobiliśmy sobie jako tymczasową sypialnię, kładł go na nocnej szafce. Rano okazywało się, że zegarek spóźnia się znacznie,  a to o 10, a to o 20 minut. I tak co noc, jakby ktoś zatrzymywał czas. Najpierw pomyśleliśmy, że zegarek się zwyczajnie zepsuł i zaczęliśmy go obserwować. Okazało się, że w ciągu dnia chodzi idealnie. W sypialni spędzaliśmy tylko 8 godzin na dobę. Tylko podczas tych 8 godzin, kiedy spaliśmy, zegarek się „psuł”. Uznaliśmy to za dziwne zjawisko, ale nie warte większej uwagi. Po prostu trzeba po powrocie kupić Krzysiowi nowy zegarek. Minęło już 2 tygodnie od naszego powrotu z Woli. Zegarek ani razu nie spóźnił się nawet o minutę, ani w dzień, ani w nocy.


To może budzić zdziwienie, prawda?

piątek, 23 maja 2014

40-stka pod psem i kotem.

6.05.2014

Z nieznanych mi powodów mam chody tam u góry. W dzień moich urodzin, czyli 4 maja, zaświeciło słońce. Zimno było wprawdzie pioruńsko, ale promienie słoneczne ogrzewały nasze wyziębione we Dworze ciała. W każdym razie, mimo syberyjskiego wyżu, na zewnątrz w słońcu było cieplej, niż we wnętrzu budynku. Ten dzień chciałam spędzić w psiejskiej atmosferze, dlatego zaprosiłam do Dworu swoje krakowskie koleżanki właścicielki i hodowczynie golden retrieverów. Sympatycznie spędziliśmy dzień przy grillu w towarzystwie szóstki goldenów. Dziewczyny przywiozły tort (nawet ze świeczkami!) oraz prezenty- książkę i zbiór wierszy wraz ze szkicami jednej z nich.

Zawsze podczas naszych psiejskich spotkań, robimy setki zdjęć naszym coraz już starszym pupilom. Spotkanie odbywało się w niedzielę, kiedy zarówno mieszkańcy, jak i turyści licznie spacerują koło naszego obejścia. Mieszkańcy wioski zapewne już przywykli do naszej trójki goldenów. ciekawe, co sobie pomyśleli, jak zobaczyli szóstkę takich samych psiaków? :-)

Ustawianie do wspólnej fotografii


Totalne rozprężenie

Udało się, ale szóste zniknęło :-)
Od lewej:Fiona, Mantra, Lula, Szyszka i Jaskier.



Moje: Jaskier



Moje: Fiona

Nadal moje: Gaja


Nie moje: słitfocia Lula i Szyszka

Następnego dnia, z rozmowy telefonicznej z naszym przyszłym niedoszłym sąsiadem z Zapusty, dowiedzieliśmy się, że pod naszą nieobecność wybuchła tam awantura. Choć dla naszego sąsiada i przyjaciela nie było to zbyt zabawne, my pokładaliśmy się ze śmiechu. Rzecz bowiem poszła o to, że nasz przyjaciel został oskarżony, iż rozpił naszego drugiego sąsiada. Może nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że ów rzekomo rozpity sąsiad jest znanym na cały powiat wieloletnim pijakiem. Ja protestuję! Mieszkamy w Zapuście od lat i nigdy nie mieliśmy tam żadnych tego typu cyrków. Kiedy tylko wyjechaliśmy, zaczyna się dziać coś ciekawego, a nas tam nie ma. Czas już wracać do domu.

A propos powrotu do domu. Od jakiegoś czasu zastanawiamy się, czy nie zapomnimy zabrać naszego kotka, który jest zamknięty w kuchni. Kotek przez te 10 dni przybrał na wadze znacznie, gdyż z poczucia winy karmimy go szynkami i innymi specjałami. Myślę, że kicia nie ma się co uskarżać na warunki i chwilowy brak wolnego wybiegu. Po konsultacjach z mądrzejszymi od nas w sprawach kocich zdecydowaliśmy nie wypuszczać jej jednak z tej kuchni. Może się zdarzyć, że jak będziemy wracać, nie znajdziemy kici.

A propos kotka. Pewnego dnia, kiedy szłam przez wieś zobaczyłam podobną kotkę tricolorkę do naszej Tissai. Była tylko mniejsza i miała więcej białego koloru w umaszczeniu. Nie mogłam się oprzeć jej urokowi. Przykucnęłam, zawołałam kici-kici i kotka była już w moich ramionach. Szłam z kotkiem dobrych kilka metrów, kiedy ta zobaczywszy zbliżającego się do mnie psa, wymknęła mi się z objęć i zniknęła w gęstwinie przydrożnych krzaków. Zapomniałabym o tej przygodzie, gdyby nie fakt, iż następnego dnia znalazłam ową kicię pod drzwiami Dworu. Kicia zapewne uznała, że kot raz macany należy do macanta. Sekundę potem kot już był w moich ramionach. Próbowałam zdjąć z siebie czepliwe zwierzę, ale ta weszła mi na plecy. Tu już była potrzebna interwencja Krzysia. Zdjął kotkę i wystawił ją za bramkę. Ale z kotami to nie jest prosta sprawa. Wróciła jeszcze szybciej, niż wyszła. Trzeba było wyciągnąć większy kaliber, wypuściliśmy psy i dopiero wówczas kicia zniknęła.

To nie tak, że mamy nieczułe serca. Kicia ma właścicieli, to po pierwsze. Po drugie, nawet, gdyby chciała ich zmienić, to nie możemy przygarniać żadnych kotów i przyzwyczajać ich do miejsca i do siebie, ponieważ wyjeżdżamy i nie wiadomo, kiedy będziemy z powrotem. Po trzecie nie wiemy, jak zareagowałaby nasza stara kotka na towarzystwo. Po czwarte i najważniejsze- nie chcemy mieć żadnych więcej kotów.

Kicia każdego ranka stawia się przed drzwiami Dworu, ale tym razem tylnymi, którymi nie chodzą psy. Niezależnie od tego, co dzieje się w moim sercu, ignoruję ten fakt, bo gdybym rozczulała się nad każdym zwierzakiem, skończyłabym, jak Violetta Villas.  Brr…!

wtorek, 20 maja 2014

Przygoda Mantry.


3.05.2014.

Dlaczego złe prognozy pogody sprawdzają się częściej niż te dobre? W dodatku w rzeczywistości są dużo gorsze, niż podawana w radio temperatura? Dziś przyszło zapowiadane od kilku dni ochłodzenie. I tak jesteśmy w lepszej sytuacji, niż na Pogórzu Izerskim. Kontaktując się z domem dowiedzieliśmy się, że piątkowy poranek, który był tutaj ciepły i słoneczny, w naszym jeszcze właściwym domu był przejmująco zimny, z temperaturą plus 1 st. Kiedy my tutaj w Małopolsce cieszyliśmy się do popołudnia słońcem i ciepłem, na zachodzie notowano plus 5 st. Nic jednak, co piękne nie trwa wiecznie, ochłodzenie dotarło do nas w nocy. Dziś bezustannie mamy plus 8 stopni, a w radio uporczywie podają, że mamy 16. Martwię się o jutrzejszy dzień. Ma być zimniej, bo do 13 st (to co, u nas śnieg spadnie?), a ja zaprosiłam swoje krakowskie koleżanki na urodzinowego grilla. Jak mam przebłagać siły natury, by w dzień moich 40 urodzin zaświeciło słońce?

Jest zimno, siedzę w puchatym futerku w pustym pokoju, który kiedyś w przyszłości będzie naszą przytulną sypialnią, ale przynajmniej nie pada deszcz. Krzyś kończy rozprawiać się z berberysem. Mówi, że jeśli berberys w nowym miejscu się nie przyjmie, to trafi go jasny szlag. Poświęciliśmy tydzień na przycięcie, a potem na przesadzenie tych krzaków. Przypomniałam mu, że na samym początku, kiedy osiedliśmy w Zapuście, przyszło mu przesadzać całkiem sporego orzecha, który rósł nam ni z gruszki ni z pietruszki na środku podwórka. Takie duże drzewo się przyjęło, to dlaczego berberys miałby z tym kłopot? Wszystko będzie dobrze. Klomb jest powoli przygotowywany do przebudowy, a żywopłot z wykopanego berberysu będzie oddzielał część publiczną od naszego prywatnego warzywniaka-owocniaka. Nie przelezie przez niego ani pies, ani łakomy turysta.

Dziś podjęliśmy kolejną próbę odszukania śladów po domu Antoniego na Rasikach. Wydaje się, że znaleźliśmy miejsce, które nadawało się na postawienie zabudowań. Tuż nad łąką, którą oglądaliśmy zeszłym razem jest wyrównany teren. Niestety, jest on gęsto porośnięty krzakami. Zostałam z Mantrą na łące, podczas gdy Krzyś poczynił próbę wbicia się w krzaki. Kiedy przyszedł, miał obiecujące informacje. Nie znalazł wprawdzie żadnych fundamentów, ale zatrzymał go gąszcz krzewów (berberys? tarnina?) oraz winobluszczu. Są to rośliny ogrodowe, sadzone ręką człowieka, które mogły przez dziesiątki lat rozrosnąć się i przeistoczyć w gęstwinę. Najlepiej wrócić i spenetrować to miejsce późną jesienią lub wczesną wiosną, kiedy nie ma liści na drzewach. W wiosce mieszkają jeszcze starsze panie, urodzone przed wojną, które prawdopodobnie pamiętają lokalizację tego domu. Tylko nie wyobrażam sobie zaciągać 80 letnie staruszki w głąb lasu, gdzie nie ma dojazdu autem i nakazywać im szukanie po krzakach resztek zabudowań. Z opisu jednej z tych pań mniej więcej lokalizacja się zgadza. To jednak dla nas jest za mało, musimy mieć pewność i zapewne za jakiś czas dojdziemy prawdy.


Na Rasikach już drugi raz towarzyszyła nam Mantra. Biedulka przeżyła dwa dni temu nieprzyjemną przygodę. Kiedy szliśmy do sąsiadki O. postanowiłam zostawić pieski w ogrodzie i nie zamykać ich w budynku. Mantra tak się przelękła, że znalazła dziurę w płocie i wyszła na zewnątrz. Nas już nie było, bała się zapuszczać w nieznany jej teren. Słyszała też pewnie wiejskie psy, co skutecznie zniechęciło ją do podążenia naszym śladem. Nie wiedziała, jak wrócić do pozostawionego w ogrodzie reszty stada (furtkę zamknęłam na klucz, by ktoś przypadkiem nie otworzył jej i nie wypuścił psów), zatem biegała niespokojnie wzdłuż płotu. Na szczęście w tę samą stronę, kilka minut po nas, szli sąsiedzi, którzy powiadomili mnie o ucieczce psa. Pobiegłam czym prędzej do Dworu, gdzie spanikowana Mantra dosłownie rzuciła mi się w ramiona. Przez cały wieczór, do czasu pójścia spać, wtulała się na przemian to we mnie, to w Krzysia skarżąc się i przeżywając swoją przygodę. Mantra to niebywale wrażliwa, spokojna i grzeczna suczka. Taka przygoda, która na żadnym moim innym psie nie zrobiłaby najmniejszego wrażenia, wytrąciła ją z równowagi na dłużej.

Bardzo mnie cieszy fakt, że Mantra nie oddaliła się od miejsca pobytu, nie poszła z obcą osobą (sąsiadka całkiem mądrze wymyśliła, żeby ją do nas podprowadzić, ale zamysł się nie udał), czyli w sytuacji kryzysowej jej zachowanie jest przewidywalne i rozsądne. Muszę też mimo wszystko uważać i nie zostawiać jej samej na terenie, gdzie ma możliwość się wydostać. 

niedziela, 18 maja 2014

Niespodzianka


2.05.2014

Po śniadaniu Krzyś odpalił Fiskarsa tak skutecznie, że w pół godziny wyrobił dzienną normę przy wykopywaniu berberysu. Ja miałam gorszy dzień, kiepsko się czułam, lecz mimo to udało mi się do końca przyciąć berberys. 
Po zakończeniu swojej roboty miałam jeszcze pomóc Krzysiowi, ale jedyne na co było mnie stać, to zwinięcie się w kłębek w nagrzanym od słońca samochodzie i ucięcie sobie drzemki. Jeśli nie przeszkodzi nam pogoda i zapowiadany na jutrzejszy dzień deszcz, uporamy się z tymi krzakami do jutra.

Uporaliśmy się

Po południu ośmieleni obecnością naszych już poznanych sąsiadów, których gościliśmy na kawce,  ruszyliśmy z nimi na obchód okolicznych domów. Wpadliśmy na herbatkę do domu pewnej artystki O., która również jest osiedleńcem oraz do jej sąsiada J., który z kolei miał dla nas niebywałą niespodziankę, o czym za chwilę. 

U O. podziwialiśmy prawdziwy kunszt i smak, z jakim powoli wyposaża wnętrze. Największe jednak wrażenie robi sam dom, który z drogi wydaje się być malutki do bólu, a wewnątrz jest całkiem przestronny i przede wszystkim przytulny. Tego dnia z powodu między innymi złego samopoczucia, miałam kryzys związany z naszym przedsięwzięciem. Odczuwałam, że porywamy się z motyką na słońce i że ten projekt absolutnie nas przerasta. Poczucie to spotęgowała rozmowa z jedną ze starszych mieszkanek wioski, której chyba w głowie się nie mieściło, że będziemy mieszkać we Dworze tylko we dwoje. „A sprowadźcie tu sobie jakąś rodzinę”- radziła. Mogliśmy tylko wzruszyć ramionami. Tego dnia marzyłam o małym, białym domku z kilkumetrowym ogródkiem.

Skąd wzięło się to moje poczucie rezygnacji? Myślę, że załatwił mnie psychicznie widok szamba. Pogodziliśmy się z tym, że trzeba wymienić piec c o na bardziej ekonomiczny i że nie wchodzi w rachubę montaż pompy ciepła, jak pierwotnie zakładaliśmy. Pogodziliśmy się z tym, że trzeba wymienić część instalacji. Podczas tego pobytu okazało się, że nie ominie nas modernizacja łazienek, ponieważ czego nie ruszymy, to zaczyna się sypać. Szambo, które wydaje się być w fatalnym stanie (po pobieżnych oględzinach), to już było dla mnie za wiele, jak na jeden dzień. 


Szambo porastają wieloletnie chaszcze.

Wywrócony kominek szamba


A to jest basen przeciwpożarowy.
Cholera wie, co z nim zrobić.
Na oczko wodne za duży, na basen za mały.

Miałam jednak tego dnia jakiś znaczny spadek endorfin. Po przebudzeniu się następnego dnia pogodziłam się i z modernizacją szamba. Wpływ na moje lepsze samopoczucie mieli też nasi sąsiedzi, którzy zapewnili nas o swojej pomocy i chęci współpracy przy organizacji różnego typu imprez. Jak jest się zupełnie nowym w środowisku, każdy taki miły gest daje poczucie bezpieczeństwa.


Ten pracowity dla Krzysia, a dla mnie trudny dzień zakończył się bardzo optymistycznie. Od sąsiada J. dostaliśmy w prezencie oryginalną, pochodzącą z Dworu szafę na broń, którą babcia wymieniała pośród dworskich mebli, jakie przepadły w mroku historii. 




Jest to drugi mebel, który udało się odzyskać. Pierwszym był majolikowy stolik, który został rodzinie oddany zaraz po wojnie. Ciekawe, ile jeszcze kryje się po tutejszych stodołach elementów  dworskiego wyposażenia? Liczymy na to, że kiedy ludzie dowiedzą się, że Dwór powrócił do potomków rodziny Feill, być może sami zechcą przekazać niepotrzebne im już graty? Jak bowiem takie stare struple mogłyby konkurować z nowoczesnymi meblami ze sklepu? :-) A nam się przydadzą, choćby jako muzealne eksponaty ;-) Szafa na broń zachowała się w dużo lepszym stanie, niż to wynikało ze wcześniejszych opowieści darczyńcy. Czytelnicy mojego bloga Magia w Tuskulum wiedzą, że nie z takimi stanami zachowania starych mebli mieliśmy już do czynienia i sobie poradziliśmy.

piątek, 16 maja 2014

Wtargnięcie do Dworu.

1.05.2014

W niedzielę, przy okazji spotkania z sąsiadami, wybraliśmy się na wieczorny spacer do miejsca zwanego Rasiki. Na Rasikach Antoni Feill i jego żona Stefania wybudowali sobie tuż przed wojną dom w stylu tyrolskim. Niestety, długo się nim nie nacieszyli. Po wybuchu wojny Antoni trafił do obozu jenieckiego, a dom na Rasikach (zwany przez miejscowych również dworem) służył za szpital polowy dla partyzantów. Został on spalony przez Niemców razem z pacjentami. Po domu na Rasikach nie pozostał ponoć kamień na kamieniu. Trudno mi uwierzyć w to, by rzeczywiście tak było. Zawsze pozostaje coś, co może świadczyć o miejscu osiedlenia. Od spalenia domu minęło około 70 lat. Cóż to jest w porównaniu ze znajdowanymi przez archeologów śladami osadnictwa sprzed tysięcy lat?



Miejsce po dawnym siedlisku kompletnie zdziczało.


Sąsiedzi zaprowadzili nas na łąkę w środku lasu, na której można było zauważyć stare owocowe drzewa. Niewątpliwie miejsce to było użytkowane przez ludzi. Rzut oka wystarczył mi, by stwierdzić, że ja bym tutaj nie postawiła domu. W naszym klimacie stok północny, zimny, wilgotny, zacieniony lepiej nadaje się na pastwisko dla zwierząt, niż na osiedlenie się. Późniejsza rozmowa z Mamuśką utwierdziła nas w tym przekonaniu. Drzewa owocowe były sadzone ręką Antoniego, a na łące pasły się jego krowy. Poznaliśmy zatem miejsce zwane Rasiki, lecz nadal zagadką jest dla nas umiejscowienie domu Antoniego. Musimy poszukać go na szczycie zbocza, lub na jego południowym stoku.

Dziś odwiedził nas człowiek. Generalnie ludzi kręci się tu sporo, szczególnie w dni wolne od pracy. Przyjeżdżają, zaglądają, podziwiają, wyrażają zaniepokojenie, wreszcie cieszą się, że obiekt wkrótce będzie funkcjonował. Człowiek, który nas dziś odwiedził, organizuje lokalną imprezę Limanowa Cup. Z tego, co się zorientowałam, jest to weekendowy bieg na orientację, który gromadzi kilkuset uczestników. Szybciutko zleciłam przez telefon siostrze poszperanie w Internecie i poszukanie informacji dotyczących poprzednich edycji tej imprezy. W ocenie mojej siostry jest to fajne przedsięwzięcie, które gromadzi wielu sponsorów. Mimo, że nie mamy jeszcze żadnej infrastruktury i dysponujemy jedynie terenem oraz domkiem-służbówką zdecydowaliśmy, że możemy  sobie pozwolić na tego typu współpracę. Podaliśmy człowiekowi nasze numery telefonów i jeśli zgłosi się do nas, myślę, że zgodzimy się na przyjęcie kilkuset osób na naszym terenie. Ta liczba nieco mnie przeraża, ale skoro w Zapuście na niewielkim podwórku zmieściło się 60 osób, czemu na hektar nie wejdzie 400? Postanowiłam przygotować na ten dzień ulotki informujące o historii Dworu oraz o jego mieszkańcach. Na końcu znajdzie się informacja, jak obiekt będzie funkcjonował w przyszłości oraz zaproszenie do ponownych odwiedzin. W sumie to takie ulotki przydałyby się na stałe, nie ma bowiem dnia, by ktoś nie przyjechał, nie zatrzymał się i nie zapuścił żurawia na teren Dworu.

Całkiem niedawno zdarzyła się pewna historia, o czym z oburzeniem opowiadają nam nasi sąsiedzi z obu stron. Ktoś dostał się na teren Dworu pokonując ogrodzenie oraz lekceważąc ostrzeżenia o opiece firmy ochroniarskiej, o alarmie i monitoringu obiektu. Para owa została nakryta przez sąsiadów na zaglądaniu w okna. Wybuchła z tego powodu niezła awantura. Ja rozumiem zainteresowanie obiektem, ale na boga, jeśli teren jest zamknięty i ogrodzony, nikt nie ma prawa tam wchodzić. Dwór jest widoczny bardzo dobrze z drogi i to z obu stron, a wnętrze nie powinno nikogo interesować. Po pierwsze, jest tam pusto, a po drugie stanowi przestrzeń prywatną nie objętą ochroną konserwatorską. Dwór będzie udostępniony do zwiedzania kiedy przeniesiemy tam nasze zbiory muzealne. Prosimy o cierpliwość i zrozumienie. Być może owi ludzie nie mieli złych zamiarów i powodowała nimi jedynie ciekawość, niemniej jednak zawsze liczymy się z faktem, iż na świecie nie brakuje wandali i złodziei. Każde naruszenie prywatności i wtargnięcie bez zgody na teren Dworu będzie traktowane, jak włamanie i zgłaszane organom ścigania.

środa, 14 maja 2014

Kupujemy markowy dopalacz.

30.04.2014


Berberys nas wykończył zarówno fizycznie, jak i psychicznie. Kładąc się do snu ubiegłej nocy widzieliśmy pod zamkniętymi powiekami jego kłujące gałęzie. Krzyś nie wytrzymał i zarządził rankiem wyjazd do Gdowa po jakiś solidny, markowy szpadel. Wybraliśmy Fiskars z metalową rączką. Kupione dnia poprzedniego oba trzonki do szpadla pękły, jak zapałki przy próbach wyrwania z ziemi krzaków. Krzyś szarpał się z kilkoma krzakami przez pół dnia większość czasu spędzając na naprawach szpadla. To wydawało się nie mieć sensu. W tym tempie berberys przesadzalibyśmy do jesieni. Potrzebowaliśmy solidnego "dopalacza".


Najbardziej zmęczeni są nasi pomocnicy :-)
Jaskier nie może się już na to wszystko patrzeć :-)


Pod Gdowem zatrzymał nas korek. Wychyliłam się z okna auta i zobaczyłam sznur samochodów stojących jeden przy drugim. Nie wyglądało to optymistycznie. Później dowiedzieliśmy się od sąsiadów, że ów korek to impreza cykliczna z powodu odbywającego się co drugą środę targu. Chwilę poczekaliśmy i widząc, że korek stoi bez ruchu, zawróciliśmy by przez Zręczyce dojechać do Dobczyc. Nie znamy jeszcze wszystkich małych lokalnych dróżek, a oznakowanie na tym terenie jest fatalne, by nie powiedzieć, żadne. Zatoczyliśmy, jak się później okazało potężne koło, lecz dojechaliśmy bez błądzenia do Dobczyc. Tam zakupiliśmy szpadel Fiskars. Powiedziałam Krzysiowi, że jeżeli połamie Fiskarsa, to nie dostanie przez tydzień obiadu. Najwyraźniej za dobrze go karmię, skoro ma tyle siły w rękach. W Dobczycach zrobiliśmy zakupy spożywcze, ponieważ dnia następnego, tj. 1 maja wszystko jest pozamykane. Cóż, to takie polskie… świętować dzień pracy leżeniem brzuchem do góry. Zapytałam Krzysia, czy będzie to obraza boska, jeśli 1 maja będziemy pracować w ogrodzie, bo nie wyrobimy się z tym berberysem do naszego wyjazdu, na co rzekł mi Krzyś, że co najwyżej obrazimy partię robotniczą. Na zdaniu partii robotniczej raczej mi nie zależy. Prawdę mówiąc nie przejęłabym się również obrazą boską. Mam taką filozofię życiową, że jak jest robota do zrobienia, to się robi, czy jest to świątek, piątek, czy niedziela. 



Widok z jeszcze innej strony na Dwór, takiej bardziej gospodarczej.


Prócz klombu, mam do ogarnięcia jeszcze 
dwie reprezentacyjne połacie przed Dworem.



Z Dobczyc wracaliśmy przez Gdów. Była okazja, aby odwiedzić sympatyczną starszą panią i jej sklep z meblami komisowymi w Niezdowie. Tym razem rozglądałam się za kuchennym kredensem w stylu wiejskim. Niestety, ani tego dnia, ani w poniedziałek po nowej dostawie nie udało mi się wypatrzyć czegoś, co nadawałoby się do kuchni. Spotkała mnie za to miła niespodzianka. Jesienią, podczas zeszłego pobytu we Dworze, napisałam na blogu kilka miłych słów na temat tego sklepu, a kupowałam tam wówczas łóżko z szafkami nocnymi. Okazało się, że taka spontaniczna, szczera opinia jest cenna dla czytelników. Ktoś, kto przeczytał mój wpis, pojechał do sklepu, zrobił zakupy i powiedział o wpisie właścicielom. Pani sprzedająca prawidłowo skojarzyła wpis z nami, ucieszyła się na nasz widok i osobiście nam podziękowała. Mnie też zrobiło się miło, gdyż do tej pory wystawiałam w Internecie jedynie opinie nieprzychylne, kiedy jakiś wredny i niekompetentny urzędnik uprzykrzał nam życie.



Po powrocie i wypiciu kawy poznaliśmy, co oznacza mieć do dyspozycji dobre narzędzie pracy. Krzyś wystartował z robotą, jak na dopalaczach. Praca, która zajęła Krzysiowi poprzedniego dnia pół dnia, teraz trwała pół godziny. Fiskars wytrzymał, Krzyś zasłużył na obiad- prowansalskie pesto. Cóż, trzeba mi będzie w końcu podszkolić się w kuchni małopolskiej. Kuchnia małopolska to dla mnie niezgłębiona tajemnica, już bardziej znam się na kuchni hinduskiej, a nawet chińskiej, czy japońskiej. Nie wydaje mi się jednak właściwe, by we Dworze podawać sushi, czy kaczkę po pekińsku. Na szczęście działają tu prężnie liczne koła gospodyń wiejskich. Zanim ja zacznę gościom gotować, zdążę nauczyć się kilku regionalnych potraw.

poniedziałek, 12 maja 2014

Nawiązujemy stosunki.


29.04.2014

Jedną z najprzyjemniejszych chwil, które są naszym udziałem w tych spartańskich warunkach jest poranna kawa, którą podaję do łóżka. Budzimy się już coraz później. Wstaję, schodzę na dół, gdzie oczekują na mnie już stęsknione psiaki. Otwieram im drzwi na podwórko, załączam czajnik elektryczny, sypię do kubeczków kawę. Następnie z cieplutkim parującym moim narkotykiem zagrzebuję się na powrót w puchową kołdrę. Sypialnia jeszcze przez pół dnia pachnie kawą.

Winna jestem moim czytelnikom kilku informacji dotyczących samej wioski Wola Zręczycka, czy też Wólka Zręczycka, jak to jest zanotowane w rejestrze urzędowym TERYT. Wólka nie jest wioską, ale przysiółkiem Zręczyc. Wszystkie znajdujące się tam domy mają adres na Zręczyce. Panuje totalny chaos w numeracji. Numery setne są obok dziesiętnych. Listonosz zapewne się już przyzwyczaił, tym bardziej, że domów na Wólce jest kilkanaście. Pośród mieszkańców wioski przynajmniej 1/3 to osiedleńcy z miast. Mamy osiedleńców z Krakowa i z Warszawy, a wkrótce osiądziemy tam my- neowieśniacy z Wrocławia.

W niedzielę zostaliśmy zaproszeni do najbliższych sąsiadów- osiedleńców z Krakowa- na małe pogaduchy. Mamy ogromne szczęście, że niedaleko nas mieszkają ludzie w naszym wieku, z którymi mamy wspólne tematy. Rodzi to nadzieję na przyszłą współpracę, wzajemną pomoc, czasem na miłe spędzenie czasu. Zostaliśmy obdarowani przez sąsiadów dwoma gęsimi jajami. Ucieszyłam się, jak dziecko z cukierka. Nigdy wcześniej nie kosztowałam gęsich jaj. Zrobiłam z nich jajecznicę, choć szkoda było mi rozbijać skorupek. Gęsie jaja kojarzyłam do tej pory z wydmuszkami, z których zdolnie kobiety robiły wielkanocne pisanki. Jajecznica była bardzo smaczna, choć prawdopodobnie, gdybym nie wiedziała, że jest zrobiona z gęsich jaj, nie uchwyciłabym różnicy. Teraz czekam na okazję, aby odwdzięczyć się sąsiadom za ten miły gest i zaprosić ich na tuskulańskie wino.

Czas, który spędzimy teraz na Woli zamierzam wykorzystać na prace ogrodowe. Niestety, dotkliwie odczuwamy brak narzędzi. Udało mi się nabyć sekator, choć początkowo były z tym spore kłopoty. W sklepach, do których trafiałam, akurat oczekiwano na przyjęcie towaru. Zaczął się sezon ogrodniczy, większość narzędzi zostało wykupionych. W poniedziałek natrafiliśmy w Gdowie na dwa bardzo dobrze zaopatrzone sklepy ogrodnicze. Wybór sekatorów i innych narzędzi był spory. Chwilowo, kiedy jeszcze nie możemy sobie pozwolić na większe inwestycje, nabyłam tańszy sekator, jednak mając w posiadaniu tak wielki ogród, który wymaga niebywałej pracy, zamierzamy w przyszłości zainwestować w bardzo solidne, markowe narzędzia.


Uff... pierwszy dzień pracy.

Jako pierwszy pod nóż poszedł berberys okalający klomb. Był on sadzony kilkadziesiąt lat temu. Wymaga solidnego przecięcia, oczyszczenia z suchych i starych pędów. Długo się zastanawiałam nad formą klombu i zastanawiam się nadal. Jedno wiem na pewno, że nie może tam być berberysu. Klomb nie może dominować nad bryłą Dworu, a do tej pory tak było. Berberys zasłaniał i dusił rośliny wewnątrz klombu. Z resztą i tam wszystko zdziczało i zarosło trawą i pokrzywami. Klomb zostanie całkowicie przebudowany tak, by nie stanowił konkurencji dla Dworu. Niestety, nie nastąpi to tak szybko, jakbyśmy chcieli, ponieważ musimy zwrócić się do Konserwatora Zabytków o pozwolenie na usunięcie schorowanej jodły, która nie dosyć, że ma suchy czubek, to rośnie tak blisko budynku, że zasłania go oraz stanowi zagrożenie. Po poprzednikach odziedziczyliśmy jeszcze kilka innych chorych, pousychanych drzew, które będziemy musieli zgłosić Konserwatorowi do usunięcia.



Berberys przycinam sekatorem do 1/3 wysokości, Krzyś wykopuje go i sadzi w innym miejscu. Żywopłot z berberysu będzie oddzielał część rekreacyjną od ogrodowej, gdzie rosnąć będą maliny i jeżyny. Ich owoce wykorzystamy do produkcji pysznego wina i soków. Dla nas i dla naszych gości będą rarytasem i witaminową bombą, szczególnie podczas długich, zimowych wieczorów.