15 maja 2013 roku, decyzją NSA, po blisko 25-letnich staraniach i walkach w sądach, bezprawnie zrabowany w 1945 roku Dwór na Woli Zręczyckiej pod Krakowem, został przekazany z powrotem rodzinie-spadkobiercom jego budowniczych i dawnych właścicieli.
Tego dnia postanowiliśmy porzucić całe swoje dotychczasowe życie i poświęcić się przywróceniu i zachowaniu pamięci o tym niezwykłym miejscu. Dwór i należace do niego obiekty przez dziesiątki lat rządów PRL zostały doszczętnie rozrabowane oraz zniszczone przebudową i rozbiórką. Pragniemy dokonać rewitalizacji tego miejsca i uczynić go lokalnym centrum kulturotwórczym i turystycznym, poprzez stworzenie na terenie obiektu Muzeum oraz obiektu hotelowego.
Jest to opowieść o czasach dawnych i tych współczesnych, o naszych zmaganiach z materią, zarówno zabytkową, jak i tą żywą, o stosunkach z urzędami i sąsiadami. Jest to blog o życiu, do którego serdecznie Was zapraszamy.

piątek, 24 stycznia 2014

Wizyta wrześniowa cz.3.

Z wizytą w Jolinkowie.

Przyznam się Wam szczerze, że od dziecka nie lubię „chodzić po ludziach”. Bardzo chętnie widzę u siebie gości, ale jak ja mam do kogoś iść, to pięć razy się zastanowię, a za szóstym razem rzucę monetą. Być może z tego powodu niektórzy mogą uważać mnie za osobę nietowarzyską, a ja najzwyczajniej w świecie nieśmiała i wstydliwa jestem! :-( Czasem jednak trzeba się przełamać i popracować nad tym „schorzeniem”. Jak wspomniałam we wcześniejszym wpisie, brakuje nam jeszcze, jako ludziom obcym w Małopolsce, odpowiednich kontaktów. Będąc czytelniczką bloga Jolinkowo, odkrywszy, iż jego właścicielka mieszka niemalże za płotem (tylko godzinka drogi od Woli, cóż to jest?!), uznałam, że się wproszę tam na krótką wizytę. Jola, na ile zdołałam wywnioskować z bloga, wydała mi się osobą sympatyczną, serdeczną, która mogłaby podpowiedzieć nam, czy doradzić w sprawach związanych z osiedleniem się. Nie pomyliłam się ani troszeczkę.

Do Joli wprosiłam się via e-mail jeszcze w Zapuście, by ustalić dogodny termin spotkania i nie zwalić się Joli nagle na głowę, jak zajęta jest przy gościach. Termin został pi razy oko ustalony, dostaliśmy wytyczne, jak do Jolinkowa dojechać. Wydrukowałam sobie opis trasy zdając sobie sprawę, jakie to ważne. Mieszkam na odludziu i na stronie internetowej publikuję mapkę dojazdu. Proszę swoich gości, aby wydrukowali sobie ten obrazek, a dojadą do nas, jak po sznurku. Niestety, mnóstwo ludzi lekceważy moje prośby i potem kręcą się po wsi, jak te zagubione pszczółki. Byłam zatem bardzo grzeczna, nie dosyć że wydrukowałam opis dojazdu to jeszcze wysłuchałam wskazówek Joli udzielonych nam telefonicznie dzień przed wizytą.

-Tylko jedźcie ten ostatni odcinek bardzo powoli- prosiła- Na jedynce.

Potem okazało się, że podobnie, jak w naszym przypadku, nie wszyscy jej turyści są zdyscyplinowani, co niekiedy kończy się awarią zawieszenia. O nie, my awarii mieliśmy już serdecznie dosyć!

Trasa do Jolinkowa okazała się być dokładnie taka, jak opisała ją Jola. Z kartką w ręku udało się nam bez żadnego błądzenia dotrzeć do celu na umówioną godzinę. Nie powiem, dojazd zrobił na nas kolosalne wrażenie. Byliśmy uprzedzeni, że jest to droga gruntowa przez las, ale do głowy nam nie przyszło, że to będą prawdziwe ćwiczenia terenowe 21 letnim seatem.

-No, jak po tej wspinaczce seat nam się nie rozleciał, to znaczy, że już wszystko, co było konieczne zostało naprawione- stwierdził Chłop i pomaszerowaliśmy rozsiąść się u Joli, by ochłonąć po podróży.

Muszę szczerze przyznać, że krajobraz Małopolski mocno mnie dołuje. Rozumiem oczywiście, że nie możemy nikogo zmuszać, aby mieszkał w skansenie cierpiąc niewygody i rezygnując ze zdobyczy cywilizacyjnych współczesnego świata. Dlatego o taki, a nie inny krajobraz nie obwiniam mieszkańców, tylko stwierdzam fakt. We wsiach Małopolski w obecnych czasach znajdują się niemal tylko i wyłącznie nowe, współczesne domy. Jeśli gdzieś zachowała się stara chałupa, stanowi niebywałą rzadkość. Mogę sobie marudzić, gdyż jako Dolnoślązaczka jestem przyzwyczajona do XIX-wiecznych domów, które mają swój specyficzny klimat i piękny wygląd z epoki. Mamy tu zachowane całe wioski, gdzie praktycznie nie ma nowego budownictwa. W takich domach, po dołożeniu niezbędnej infrastruktury, mieszka się znakomicie. Małopolskę kształtowały zupełnie inne czynniki. Przed wojną były tu przede wszystkim małe drewniane chałupy. Po wojnie zakazano wznoszenia tradycyjnych drewnianych domów. Zmieniała się też mentalność ludzi, gdyż powoli zaczęliśmy wszyscy być globalną wioską. Każdy chciał mieć nowoczesny, murowany dom. Nasiliło się to w latach 90-tych. Drewniane domy popadały w ruinę, były małe i niewygodne. Obok nich lub na ich miejscu, powstawały domy murowane. Nie wiem, czy to tylko moje odczucie, ale te podkrakowskie nowe domy wydają mi się tak malutkie i ciasne, jakby tradycja pozostała, a zmienił się tylko materiał z którego są wznoszone. I w kontekście tego zapamiętanego małopolskiego krajobrazu ujrzałam dom Joli.



Owszem, widziałam dom Joli na blogu i na stronie internetowej. Żadne zdjęcie nie odda klimatu i uroku tego miejsca. Tam trzeba być i to zobaczyć. Naprawdę nie dziwię się, że mimo ekstremalnego dojazdu turyści do Joli pchają się drzwiami i oknami. Sama bym się pchała, gdyby nie moje obowiązki związane z tą samą branżą. Można mieszkać w starej drewnianej, małej chałupie po dawnemu, bez udogodnień choćby w postaci toalety. Wiem, że są miłośnicy takiego stylu życia. To jednak zdecydowanie nie moja bajka. W mojej bajce jest miejsce na styl, który obrała Jola. Znakomicie połączyła cechy tradycyjnej chałupy ze zdobyczami cywilizacji. Mało tego, potraktowała to wszystko na sposób artystyczny.





Ciekawiło mnie, z punktu widzenia zawodowego, jak udaje się jej tym swoim miejscem na ziemi oczarować turystów. Ludzie w dzisiejszych czasach mają spore wymagania, wiem to po swoim gospodarstwie. Dziś standardem jest jeśli nie toaleta w każdym gościnnym pokoju, to przynajmniej osobne WC, niezależne od gospodarzy. Jola nie ma miejsca na osobną toaletę. I jak widać, nie ma to żadnego znaczenia.

Spędziliśmy u Joli ponad godzinę jeśli nie dwie. Nagadać się nie mogliśmy do tego stopnia, że w połowie zdania wsiadłam do auta, bo zdałam sobie sprawę, że wątki nam się nie skończą. Po tym czasie, zjeżdżając wolno w dolinę (na jedynce oczywiście), zaczęłam się zastanawiać nad fenomenem Jolinkowa. Malutka chatka, fakt- śliczna, jak z obrazka, wspólna izba (kuchnia), malutkie pokoiki dla gości, wspólna łazienka (ale jaka!) i chętnych na wypoczynek nie brakuje. Odpowiedź jest oczywiście prosta. To Jola jest sprawcą tego wszystkiego z tą swoją  naturalną serdecznością, otwartością, autentyczną gościnnością i bezinteresownie ofiarowaną pomocą w nawiązaniu kontaktów. To ona sprawiła, że 5 minut po zapukaniu do jej chaty poczułam, że mogłabym tu spędzić życie.

W dzisiejszym świecie, gdzie rządzi kasa, a wszyscy chcą się nachapać małym kosztem, dając innym od siebie jak najmniej, takie miejsca, jak Jolinkowo to prawdziwe perełki, wyspy na morzu komercji i degrengolady, które powinniśmy pielęgnować, jak skarb. I mówić o nich całemu światu. Po wielokroć mówić!

Wracając do Dworu zaczęłam się zastanawiać, czy mam taką osobowość, która pozwoli mi stworzyć miejsce, ciepłe i przytulne mimo swoich dużych rozmiarów? Przestrzeń, do której moi goście zechcą wracać?

10 komentarzy:

  1. Achhh, jak nie, jak tak?! A Tuskulum? Magia działa Riannon, my jesteśmy najlepszym przykładem:-)))

    OdpowiedzUsuń
  2. No właśnie, skąd takie wątpliwości, skąd dylematy? Dasz radę, bo jak nie Ty, to kto? Nie mniej jednak dwór nie będzie mała chatka, może i dobrze, klimat będzie inny, z racji samego budynku oczywiście. Ale atmosferę tworzycie Wy, nie nowoczesna łazienka i super telewizor. To jest wszędzie. Oprócz podstawowej wygody, ważne jest miejsce, jego urok, klimat, dusza. Magia zadziała, za co mocno trzymam kciuki i w co wierzę. W swej wierze z pewnością nie jestem odosobniona, bo masz swoich sympatyków:)
    Pozdrówka:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Sęk w tym, że ja z natury jestem/byłam odludkiem, dlatego schowałam się w chatce pod Izerami na lata długie. Z drugiej strony 12 lat odosobnienia spowodowało, że znów chcę wyjść do ludzi. Czy obsługa gości w takim dużym obiekcie mnie nie przytłoczy, nie spowoduje chęci ucieczki? Hm... mimo wszystko chcę podjąć to wyzwanie i zobaczyć, czy się sprawdzę.

      Usuń
    2. Zawsze możesz się schować na strych - chyba jest olbrzymi! Dasz radę. Wiesz, kiedy na blogu tuskulańskim piszesz o Chłopie, a tutaj o Krzysiu, to mnie się kręci w głowie. Ale z drugiej strony, od razu przypomina mi się Krzyś z Kubusia Puchatka i wszystko mam ustawione. :-)

      Usuń
    3. Tak, mamy jeszcze do dyspozycji prawdziwy betonowy podziemny bunkier :-) Efekt sraczki umysłowej decydentów z Politechniki Krakowskiej :-)

      Wiesz, ja na blogu Tuskulum to się głownie nabijam z Chłopa i z siebie samej. Tutaj mi nie bardzo wypada nabijać się ze spadkobiercy tak zacnego rodu :-) Rodzina czyta :-) Formy Krzyś używamy na co dzień, zatem jestem tu bardzo autentyczna.
      Jak mi się znudzi bycie grzeczną, to pociągnę bloga Tuskulum jako "Chłop i ja", albo "moje życie z Chłopem" :-)

      Agniecha, wprawdzie mam opory przed łażeniem po ludziach, ale wpadłabym jeszcze do Ciebie zerknąć na koniki zanim się wyniesiemy, ok?

      Usuń
    4. No wpadaj! Jak najbardziej!

      Usuń
    5. Ten bunkier na pewno się przyda na słoiki i inne przetwory.

      Usuń
  3. Bez zadnego problemu stworzysz taką atmosferę,że ludzie będą przyjeżdżać i WRACAĆ :) naprawdę nie mogę się doczekać aż obejmiecie włości i co z tego zrobićie. Przebieram nóżkami z niecierpliwości

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. My też niecierpliwi w tej materii jesteśmy, ale musimy jeszcze troszeczkę poczekać, choćby do wiosny :-)

      Usuń

Dziękuję za każdy miły komentarz :-)