15 maja 2013 roku, decyzją NSA, po blisko 25-letnich staraniach i walkach w sądach, bezprawnie zrabowany w 1945 roku Dwór na Woli Zręczyckiej pod Krakowem, został przekazany z powrotem rodzinie-spadkobiercom jego budowniczych i dawnych właścicieli.
Tego dnia postanowiliśmy porzucić całe swoje dotychczasowe życie i poświęcić się przywróceniu i zachowaniu pamięci o tym niezwykłym miejscu. Dwór i należace do niego obiekty przez dziesiątki lat rządów PRL zostały doszczętnie rozrabowane oraz zniszczone przebudową i rozbiórką. Pragniemy dokonać rewitalizacji tego miejsca i uczynić go lokalnym centrum kulturotwórczym i turystycznym, poprzez stworzenie na terenie obiektu Muzeum oraz obiektu hotelowego.
Jest to opowieść o czasach dawnych i tych współczesnych, o naszych zmaganiach z materią, zarówno zabytkową, jak i tą żywą, o stosunkach z urzędami i sąsiadami. Jest to blog o życiu, do którego serdecznie Was zapraszamy.

środa, 8 stycznia 2014

Partyzanci na Woli Zręczyckiej.

Kiedy w 1939 roku Polska dostała się pod okupację niemiecką i sowiecką, majątek na Woli Zręczyckiej znalazł się pod stałą kontrolą Niemców, którym właściciele musieli dostarczać deputaty w postaci mleka, mięsa, zboża i drewna. Nie przeszkodziło to jednak, aby w najbliższej okolicy Dworu ulokowali się partyzanci Armii Krajowej ze zgrupowania „Szczerbiec”, głownie pochodzący z okolic Poznania, a zatem władający doskonale językiem niemieckim.

Las Wólczański to 150 ha drzew, leśnych ścieżek i wąwozów, które przed wojną były własnością rodziny Feill. Takie okoliczności przyrody sprzyjały ukrywaniu się partyzantów i prowadzeniu przez nich działań dywersyjnych.

Fragment lasu pomiędzy wsią Podolany, a Wolą Zręczycką

Lata wojny były dla mieszkańców Dworu niezwykle trudne i niebezpieczne. Obecność partyzantów tuż pod bokiem, udzielanie schronienia i dostarczanie im jedzenia, narażało rodzinę na niebezpieczeństwo utraty życia lub w najlepszym wypadku, na wtrącenie do obozu koncentracyjnego. Podczas wojny we Dworze na stałe przebywał Stefan Feill, jego matka Malwina oraz siostra Kamila. Czasowo przebywała ich siostra Malwina z mężem Władysławem Jenknerem, jej córka Ewa Urbanowicz i jej malutki syn Jan. Brat Stefana- Antoni, który również mieszkał na Woli, w wybudowanym w stylu tyrolskim drewnianym domu w przysiółku Rasiki, został zmobilizowany w 1939 roku, jako rezerwista do wojska i trafił do niemieckiej niewoli. Przebywał między innymi w Offlag II c Woldenburg.
Dom Antoniego i jego żony, artystki-malarki Stefanii Bujańskiej na Rasikach służył partyzantom za szpital polowy. Szpitalem opiekował się prof. dr chirurg Glatzel z Krakowa oraz dr Pszon z Gdowa. W szpitalu tym dokonywano całkiem skomplikowanych zabiegów medycznych. Dr Glatzel usunął nawet nerkę jednemu z przywiezionych przez partyzantów pacjentów, który potrzebował tego typu pomocy. Niestety, willa na Rasikach została doszczętnie spalona przez Niemców przy okazji większej akcji mającej na celu pacyfikację oddziałów partyzanckich. Niemiecki oddział, który po spaleniu Wiśniowej (17 września 1944), przemieszczał się w stronę Dworu, spalił szpital wraz ze znajdującymi się tam rannymi ludźmi. Niemcy niechybnie spaliliby Dwór i wymordowali mieszkańców, gdyby nie wydarzyło się coś na miarę cudu. Przybył bowiem posłaniec z jakąś ważną wiadomością, która spowodowała zmianę kierunku niemieckiego natarcia. 

Wydawać by się mogło, iż wrzesień 1944 roku był dla Dworu miesiącem cudów. Drugi cud, czy raczej pierwszy, gdyż miał miejsce 13-14 września wydarzył się, kiedy przybyła z jakiejś podróży babcia (Ewa Urbanowicz) w sieni dworskiej zobaczyła duży skład różnego rodzaju produktów, alkoholi, papierosów, etc. Okazało się, że partyzanci zrobili napad na magazyny niemieckie i za bardzo nie mając gdzie, cały łup zrzucili we Dworze. Byli przyzwyczajeni, że od czasu do czasu mogą tam coś we Dworze przechować, ale to był już szczyt wszystkiego. Babcia wzięła sobie dowódcę partyzantów na stronę i go najzwyczajniej w świecie opieprzyła. Zbulwersowany dowódca rzekł:
-A co, bo się pani?
-A boję się- odpowiedziała babcia- Bo mam o co się bać!
Obrażony dowódca kazał spakować łup i chłopcy rozpłynęli się w ciemnym lesie.

Obawy babci okazały się mocno uzasadnione, żeby nie rzec prorocze. Bezmyślność partyzantów mogła kosztować życie wielu ludzi. Następnego dnia (13 września) na zboczu góry, tuż przy Dworze, rozbił się amerykański bombowiec. (Można o tym wydarzeniu przeczytać tutaj.) Załoga samolotu uratowała się, gdyż tuż przed upadkiem, wyskoczyła z samolotu na spadochronach. Niemcy pierwsze co zrobili, to kipisz we Dworze. Zagladali wszędzie, do szaf, a nawet do szuflad. Strach pomyśleć, co byłoby gdyby znaleźli w sieni zrzut łupów z obrabowanych magazynów. Kiedy Niemiec zaczął przetrząsać szuflady, babcia zapytała:
-Czy chcecie znaleźć lotnika w szufladzie? Może tak do lasu byście sobie poszli poszukać?
Niemiec nie kwapił się zagłębiać w las, gdzie za każdym drzewem mogła czekać na niego kulka.

Stosunki pomiędzy partyzantami a dworem i niemiecką komendanturą były niezwykle misterne i skomplikowane. Kiedy przy okazji obowiązkowych danin babcia odwiedzała posterunek niemiecki, oficer pytał:


-Jak tam, ukrywacie we dworze partyzantów?
-Ależ skąd?!- zarzekała się babcia
-To co, można was odwiedzić?
-Eeee… może lepiej nie?- odpowiadała.

To, że Dwór był okolicznym azylem dla partyzantów stanowiło dla Niemców tajemnicę poliszynela. Wszyscy o tym wiedzieli, ale wygodniej było tego nie zauważać. Las wokół Dworu był przecież naszpikowany partyzantami. Jeśli nie było wyraźnego, nie dającego się zlekceważyć powodu, takiego, jak chocby upadek samolotu, nikt z Niemców nie wyrywał się, aby wizytować Dwór położony w środku lasu. Mieli rację, by tego nie robić. Kilkukrotnie zdarzyło się, że mieszkańcy Dworu prosili partyzantów, aby nie strzelali do robiących kontrolę w majątku Niemców argumentując to faktem, że okupanci w odwecie spalą całą wioskę i zabiją wszystkich mieszkańców.

Dziś patrzymy na pozostałych przy życiu partyzantów, jak na nobliwych staruszków, którzy poświęcili się walcząc i ginąc za ojczyznę. Tak właśnie było, lecz nie możemy zapominać, że w czasie wojny byli to młodzi ludzie, pełni zapału, którym często w głowie rodziły się mniej lub bardziej mądre pomysły.

Pewnego letniego dnia, roku 1944, przyprowadzili do Dworu na Woli Zręczyckiej państwowego ogiera pełnej krwi angielskiej o imieniu Indo, którego odbili z transportu do Niemiec w Kłaju. Koń miał na zadzie wypalone znaki, a jako ogier, z powodu temperamentu, nadawał się do służby w partyzantce mniej, niż wół do karety. Niewiele myśląc, partyzanci przyprowadzili ogiera do Dworu, gdzie zamieszkał w stodole obok bardzo złego buhaja. Koń stale na zadzie miał założoną derkę, ponieważ do budynków gospodarczych miał wolny wstęp kontrolujący majątek bezirkslandwirt (powiatowy agronom), nawiasem mówiąc Niemiec (Volksdeutsch?) o nazwisku Jarosz. Indo dostał zaciszny kąt w głębi stodoły, natomiast przy wejściu ulokowano groźnego buhaja. Indo był na tyle miłym ogierem, że podczas wizytacji siedział cicho, jakby rozumiał powagę sytuacji. Widok buhaja zaś skutecznie zniechęcał wizytatora do eksplorowania pozostałej części budynku. Indo po wojnie został zwrócony do stadniny.

W rodzinie przechowywana jest pamięć o innych wybrykach partyzantów. Pewnego, zapewne zimnego, czy deszczowego dnia, zamiast w lesie, chłopaki postanowili zanocować w dworskiej stodole na niewymłóconym jeszcze zbożu. Problem polegał na tym, że w kieszeniach mieli mnóstwo granatów, które podczas snu powypadały. Nie trzeba zbyt bujnej wyobraźni, aby sobie uzmysłowić, jaką traumą tamtego roku była dla właścicieli majątku młocka. Granaty, wszystkie, co do jednej sztuki, znalazły się po ukończeniu prac na samym spodzie stodoły.

Pewnego dnia partyzanci postanowili włamać się do mleczarni, skąd zabrali wszelki znajdujący się tam nabiał. Po ogromnej ilości spożytego mleka i śmietany, odwykłe  od tłustego jedzenia żołądki odmówiły im posłuszeństwa. 80 chłopów tak zasrało cały las wokół Dworu, że aby uniknąć dalszego smrodu i kłopotów, mieszkańcy leczyli ich wypalanym naprędce węglem drzewnym.

Rodzina i prawdopodobnie niektórzy mieszkańcy Gdowa i okolic pamiętają brawurową akcję partyzantów, którym chyba z nudów strzeliło do głowy ukraść Niemcom opancerzony samochód. Chłopaki byli na style radośnie bezczelni, że obwożąc się po mieście opancerzonym samochodem, zatrzymali się tuż pod posterunkiem niemieckim, ponieważ drzewo blokowało im przejazd. Niemcy zabarykadowali się na posterunku myśląc, że nadeszła ich ostatnia godzina, partyzanci jednak pożyczyli od kogoś piłę i spokojnie utorowali sobie przejazd. Tego typu wybryki nie były niczym dziwnym, ponieważ partyzanci liczebnością górowali nad Niemcami sprawującymi władzę i kontrolę w Gdowie.

Pomimo iż we Dworze mieszkała lub pomieszkiwała cała rodzina wolańskiej gałęzi Feillów, całym majątkiem w głównej mierze opiekowała się Kamila Feill przy ogromnej pomocy leśniczego Karola Dobosza oraz starszego już wiekiem zarządcy, zwanego karbowym. Nazwa pochodziła ponoć od karbowanego kija, który ów zarządca dzierżył i który pomagał mu w obliczeniach. Można sobie wyobrazić, że kij był narzędziem poręczniejszym niż liczydło przy pracy w terenie.

Kamila podczas wojny często opiekowała się rannymi partyzantami. O jednym takim wypadku pisała lokalna gazeta.




10 komentarzy:

  1. Jak zwykle z wielkim zainteresowaniem przeczytałam kolejny wpis. Najbardziej uśmiałam się przy fragmencie nabiałowym. Nic dziwnego, że przy takim nawożeniu lasy wyrosły piękne:)
    Ciekawe dzieje, dobrze, że znacie te rodzinne historie, że zostały zapamiętane i przekazane, że teraz Ty je utrwalasz.
    Czekam na kolejne dzieje, kolejne odsłony tej ciekawej historii.
    Buziaki:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo wiele historii przepadło, ponieważ nie żyje już żaden przedwojenny mieszkaniec Dworu. Na szczęście Mamuśka zachowała w pamięci opowieści swojej mamy, wujków i ciotek, a ja mam ogromną przyjemność by zachować je na pismie dla czytelników.

      Usuń
  2. Rewelacyjnie się czyta! Z niecierpliwością czekam na następne wpisy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, dopiero się rozkręcam :-) Mam nadzieję, że z czasem będzie jeszcze ciekawiej :-)

      Usuń
  3. I znów dzięki Tobie Anetko przeniosłam się do innego świata....
    Dziękuję i czekam na jeszcze!!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo mi miło. Obiecuję, że z czasem znajdą się tutaj ciekawe opowieści z przeszłości :-)

      Usuń
  4. Super opowieści, niech się Chłop nie boczy ;-)) Jednak musiał być Wam już od dawna Dwór pisany, od momentu, gdy cud się wydarzył i Dwór ocalał...
    A te zdjęcia... fantastyczne. Uwielbiam takie ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak mi się też wydaje, że było nam pisane. Dlatego tak szybko pogodziłam się z decyzją, jak się już zdecydowaliśmy na transfer.

      Usuń
  5. To jest niezwykle cenne co robisz. Historia rodziny ,którą można opisać ,aby przetrwała. Moja spłonęła w powstaniu warszawskim ,sprzed wojny ma,y nieliczne ocalone zdjęcia,parę drobiazgów i niewiele już w pamięci.
    Czytam z ogromnym zainteresowaniem i:))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zatem bardzo się cieszę :-) Niestety, też zachowały się nam jedynie szczątki po tych rodzinnych wspomnieniach i pamiątkach. Ale są i to co jest trzeba ocalić. Czuję, że to mój obowiązek.

      Usuń

Dziękuję za każdy miły komentarz :-)