15 maja 2013 roku, decyzją NSA, po blisko 25-letnich staraniach i walkach w sądach, bezprawnie zrabowany w 1945 roku Dwór na Woli Zręczyckiej pod Krakowem, został przekazany z powrotem rodzinie-spadkobiercom jego budowniczych i dawnych właścicieli.
Tego dnia postanowiliśmy porzucić całe swoje dotychczasowe życie i poświęcić się przywróceniu i zachowaniu pamięci o tym niezwykłym miejscu. Dwór i należace do niego obiekty przez dziesiątki lat rządów PRL zostały doszczętnie rozrabowane oraz zniszczone przebudową i rozbiórką. Pragniemy dokonać rewitalizacji tego miejsca i uczynić go lokalnym centrum kulturotwórczym i turystycznym, poprzez stworzenie na terenie obiektu Muzeum oraz obiektu hotelowego.
Jest to opowieść o czasach dawnych i tych współczesnych, o naszych zmaganiach z materią, zarówno zabytkową, jak i tą żywą, o stosunkach z urzędami i sąsiadami. Jest to blog o życiu, do którego serdecznie Was zapraszamy.

wtorek, 26 sierpnia 2014

Jak Wojewódzki Urząd Ochrony Zabytków w Krakowie chroni zabytki?

Z przykrością muszę stwierdzić, że Urząd Ochrony Zabytków, w tym przypadku małopolski, jest ostatnią instytucją, która dba o zabytki. Dziś odebraliśmy telefon, dzięki któremu Chłop skutecznie zmienił zdanie o miłych urzędnikach. Ja nie miałam żadnych złudzeń, jak wynika to z wcześniejszych dwóch wpisów, ale Chłop tak bardzo chciał załatwiać na nowym terenie wszystkie sprawy po dobroci,  uprzejmie, bez uprzedzeń, z pozytywnym nastawieniem…
I przekonał się, że się nie da.

Pamiętacie z ostatniego wpisu, że po rozmowie z panem urzędnikiem od zieleni w małopolskim UOZ-ie, umówiliśmy się na przeprowadzenie postępowania administracyjnego w sprawie usunięcia dwóch drzew.
Oto nasze uzasadnienie poparte stosownymi fotografiami:

„Pierwsze drzewo- jodła (obwód 145 cm) jest obecnie od czubka do połowy swojej wysokości suche. Rośnie 7 metrów od zabytkowego dworu. Suchy czubek góruje nad dachem drewnianego budynku. Będąc usytuowanym w najwyższym punkcie okolicy, stanowi obiekt, który przyciąga pioruny. Suche, rosochate gałęzie w przypadku zapłonu od pioruna, natychmiast przeniosą ogień na drewniany budynek. Obecność suchego drzewa w takim miejscu nie tylko psuje harmonię otoczenia, ale stwarza realne zagrożenie pożarem, a co za tym idzie, bezpowrotną utratę zabytkowego dworu.
Drugie drzewo-modrzew (obwód 113 cm), usytuowane na obrzeżach działki wpisanej do rejestru zabytku, w jej południowej części, jest suche na całej swojej długości. Rosnąc pośród innych drzew, również stwarza zagrożenie pożarowe. Jego kondycja pozwala domniemywać, iż w każdej chwili samo się wywróci stanowiąc śmiertelne niebezpieczeństwo dla osób, które przypadkiem mogą znaleźć się w jego pobliżu.”

Na koniec wniosku napisaliśmy:

„Ze względu na dużą odległość zamieszkania wnioskodawcy od obiektu, proszę o wcześniejszy kontakt telefoniczny lub e-mailowy celem ustalenia możliwego terminu oględzin.”

Ustawa o ochronie zabytków nakazuje właścicielowi dołożenie wszelkich starań, by zabytek zabezpieczyć i otoczyć opieką. Nie powiem, bardzo się tym przejęliśmy. Ta sama ustawa nakazuje WKZ- owi nadzór nad wszelkimi pracami. Zdaje się, że inaczej niż urzędnicy rozumiemy znaczenie tego słowa. Bardzo nam zależy na naszym zabytku i na tym, by nikomu nie stała się krzywda z powodu zagrożenia, jakie stwarzają suche drzewa. A co na ten temat miała do powiedzenia urzędniczka?

Zadzwoniła do nas w tej sprawie kobieta. Odebrałam telefon i ze zdumieniem wysłuchałam pretensji.

-Gdzie państwo mieszkają?
-Obecnie na Dolnym Śląsku- odparłam.

Miałam wprawdzie nie rozmawiać więcej z urzędnikami, Chłopa miałam pod ręką, ale postanowiłam cierpliwie poczekać i sprawdzić, ile urzędniczego absurdu jestem w stanie wytrzymać.
Najpierw wysłuchałam, co było do przewidzenia, informacji, że nie da się tego zrobić.

-Ależ oczywiście, że się da- odparłam.
-Czy pani sobie zdaje sobie sprawę, ile ja będę musiała wykonać pracy, aby to przeprowadzić?
-Ale chyba nie mamy innego wyjścia, nie możemy wyciąć suchych drzew bez waszego pozwolenia- cierpliwie tłumaczyłam.
-Ale przecież to będzie bardzo długo trwało.
-Trudno, nie mamy innego wyjścia, tak nie może przecież być, drzewa stwarzają zagrożenie.
-A co wam przeszkadzają dwa suche cienkie drzewa? Wy pewnie po prostu chcecie pozyskać sobie drewno na opał.

Tutaj nie zdzierżyłam, cienkie drzewa? Drzewa o obwodzie 145 i 113 cm to są cienkie drzewa? Mamy ogrzewanie gazowe, nie mamy kominka, żaden opał nie jest nam potrzebny. Nie wiem, czy zasłużyliśmy sobie na wyraźną sugestię, że jesteśmy złodziejami. Poczułam, że dłużej takiej bezczelności nie wytrzymam i że zaraz zacznę się wydzierać.

-Wie pani co, ja pani dam męża, on pani może to lepiej wytłumaczy.

Chłop wysłuchał cierpliwie identycznych argumentów, jaki to dla niej kłopot, ile to będzie trwało i ile ją to będzie kosztowało roboty. Z każdym następnym zdaniem Chłop coraz bardziej podnosił głos. 15 minut trwało wytłumaczenie pani urzędniczce jej obowiązków, Chłop cytował ustawę o ochronie zabytków i Konstytucję. Przez ostanie 5 minut darł się tak bardzo, że byłam pewna, iż sprawa zakończy się w sądzie administracyjnym. Pani urzędniczka miała do nas pretensję, że nie przyszliśmy do niej w lipcu podczas naszej wizyty w WKZ-cie. Rozmawialiśmy o tej sprawie z innym urzędnikiem, skąd niby mamy wiedzieć, iż ta pani była ważniejsza lub przynajmniej, że jej się tak wydaje? Pan urzędnik z kolei, jak zobaczył suche drzewa na fotografii, był oburzony, czemu tak późno z tym przychodzimy. Przecież drzewa stanowią zagrożenie nie od dziś. Dopiero niedawno Chłop nabył współwłasność nieruchomości i wcześniej nie mógł tej sprawy załatwić. Tymczasem od pani urzędnik Chłop przez telefon usłyszał, że jest niepoważny, że składa wniosek, a nie mieszka jeszcze w obiekcie. Przecież po to napisaliśmy ostatni akapit, aby umówić się na oględziny z urzędnikiem.

Ta rozmowa zawierała kilka pikantnych szczegółów, których teraz nie ujawnię. Pani urzędniczka przekroczyła wszelkie granice przyzwoitości i dobrego smaku i gdybym tylko miała możliwość nagrania tej rozmowy, moglibyśmy podać ją do sądu o pomówienie. Przebiła zarówno opisywaną przeze mnie panienkę z agencji jak i naszą Rozczochraną z Urzędu Gminy w Olszynie.

Na koniec udało się Chłopu znaleźć jakieś porozumienie z panią urzędniczką. Mam nadzieję, że zmusił ją do pracy. Nie wiemy jeszcze, jaki będzie skutek owej pracy.  Pikantne szczegóły będę zdradzać w miarę postępu sprawy. I oczywiście, będę publicznie zdawać relacje z postępu prac.

Chciałabym ten wpis zadedykować wszystkim tym, którzy na portalach społecznościowych wytykają właścicielom zabytków ich zaniedbania i zaniechanie opieki nad obiektami, które są tak naprawdę dziedzictwem całego społeczeństwa. W jaki sposób mamy otaczać opieką nasze zabytki, skoro najważniejszy urząd, zobowiązany do ich ochrony, nie pozwala nam na to? Tylko dlatego, że pani urzędniczce nie chce się wysłać kilku papierków, obiekt może być skazany na zniszczenie, a ludzie tam przebywający są narażeni na utratę zdrowia lub życia. Nie mówiąc już o tym, że pani ze zwykłej zemsty, czy nieżyczliwości może odmówić nam zgody.

W normalnym kraju właściciele zabytków są dumni ze swoich obiektów. Państwo ułatwia im życie, pozwala na wiele ulg i przywilejów. W Polsce posiadanie obiektu zabytkowego to przekleństwo. Koszmar, jaki fundują nam urzędnicy, niszczy wszelką pasję i radość z posiadania zabytku.

Trudno mi pogodzić się z faktem, że dokładamy tyle starań, by jak najlepiej otoczyć opieką obiekt, a jesteśmy traktowani, jak złodzieje.


wtorek, 19 sierpnia 2014

Urzędnicze tango, cz.2.

Bardzo nam się podoba system komunikacji w Małopolsce. Z Gdowa do Krakowa busy odjeżdżają niemal co 5 minut. Nie trzeba zatem jechać autem do nieznanego nam miasta, szukać parkingów i płacić za postój. Taniej i wygodniej jest zostawić auto na parkingu w Gdowie, podejść na przystanek, kupić bilet za 5 zł od osoby i wygodnie oraz bez stresu dostać się do centrum Krakowa. Jeśli nie ma korków, czas przejazdu to jakieś 40 minut. Lepiej jednak zarezerwować sobie całą godzinę.

Wstaliśmy o 6.00 rano, by o 8.00 stawić się na przystanku w Gdowie. Jak było do przewidzenia, busik podstawił się już po 3 minutach. Zaczynam kochać tę Małopolskę. O tak wczesnej porze nie było tłoku, nie było też specjalnych korków. Nie znamy Krakowa, ani przystanków, gdzie zatrzymują się busy, a mieliśmy wysiąść blisko Wawelu. Zapytałam kierowcę, czy jest możliwość wysadzenia nas koło Wawelu. 

-Tak, oczywiście, zatrzymuję się pod Jubilatem- odpowiedział. 
-Hmm-… mruknęłam, bo nazwa Jubilat w kontekście Krakowa niewiele mi mówiła. 
We Wrocławiu Jubilat to był nasz osiedlowy sklepik spożywczy. Spojrzałam na mapę i wijącą się tam Wisłę. 
-A to jest przed mostem, czy za mostem? 
-Zaraz za. 

Podziękowałam i skupiliśmy się na pilnowaniu królowej polskich rzek.

Jubilat krakowski okazał się jakimś dużym znanym na całe miasto, jeszcze od czasów komuny sklepem, zapewne tego typu, jak nasz dawny wrocławski PDT, dziś Renoma. Wyskoczyliśmy radośnie z busa i udaliśmy się w kierunku ulicy Kanoniczej, gdzie znajduje się Wojewódzki Urząd Ochrony Zabytków. Napisałam, że wyskoczyliśmy radośnie, ponieważ już widziałam oczami wyobraźni, jak biorę nikomu niepotrzebny kwitek w zęby i jeszcze tego samego dnia w tych samych zębach zanoszę go na biurko pani w Urzędzie Gminy. Pani w urzędzie gminy nalicza nam należny podatek pomniejszony o obiekt i teren zabytkowy, wszyscy rozstajemy się z uśmiechem na ustach i reszta pobytu to tylko wakacje, czyli ciężka harówka przy czyszczeniu posesji z chaszczy, chwastów i suchych gałęzi.

Moja naiwność czasem mnie przeraża.

W biurze podawczym powitała nas zasępiona osoba. Chłop stwierdził, że była zapłakana, ja odnotowałam, że raczej naburmuszona i nafochana.

-Proszę pani- usiłowałam nawiązać dialog- potrzebujemy taki świstek do Urzędu Gminy, że obiekt jest utrzymywany zgodnie z zaleceniami konserwatora.
-Na potwierdzenie, że obiekt jest wpisany do rejestru zabytków czeka się 7 dni.
-Nie proszę pani. To że jest wpisany do rejestru zabytków, to wszyscy wiedzą, nawet w Urzędzie Gminy. To sobie można nawet sprawdzić w Internecie samemu, nie czekając 7 dni. My potrzebujemy taki papierek do zwolnienia z podatku, że obiekt jest utrzymywany zgodnie z zaleceniami konserwatora. Cokolwiek miałoby to znaczyć- dodałam pod nosem. Ciekawa bowiem byłam, czy są jakiekolwiek zalecenia konserwatorskie dotyczące naszego obiektu. Białą kartę mieliśmy obejrzeć za chwilę.
Miałam wrażenie, że pani nie do końca łapie, o co chodzi, ale w każdym urzędzie, gdy zapada konsternacja, urzędnika ratuje jedno zdanie:

-Proszę napisać podanie.
-Dobrze- westchnęłam- Napiszemy podanie, ale czy my dostaniemy ten papier od ręki?
-Na potwierdzenie oczekuje się do 7 dni. Ale proszę podejść bezpośrednio do osoby, która się tym zajmuje i porozmawiać.

Napisałam ręcznie podanie, Chłop się pod nim podpisał i pomaszerowaliśmy na piętro. I tak mieliśmy w planie obejrzeć całą dokumentację związaną z dworem. Zaczęliśmy jednak od meritum.

-Czy my możemy uzyskać od pani oświadczenie, że dwór jest utrzymywany zgodnie z zaleceniami konserwatorskimi? Powiedziano nam, że można uzyskać ten papier od ręki.
-Ale ja nie mogę wydać takiego oświadczenia od ręki, bo muszę zobaczyć obiekt i dopiero wtedy stwierdzić, czy jest utrzymywany zgodnie z zaleceniami konserwatorskimi.

Tu już mi się zrobiło trochę słabo, bo głowę dałabym sobie uciąć, że w zeszłym roku taki papier został załatwiony korespondencyjnie bez żadnych komisyjnych wizyt. Nie widziałam go jednak na własne oczy, więc może szkoda tej głowy?

-Dobrze. Pani w biurze podawczym powiedziała, że czeka się na ten papier do 7 dni. My jesteśmy jeszcze tydzień, a nawet 10 dni na miejscu. To kiedy możemy umówić się na wizytę?
-Nie, nie- skorygowała moją wiedzę rozmówczyni- 7 dni to się czeka na potwierdzenie, że obiekt jest wpisany do rejestru zabytków, a na potwierdzenie, czy jest konserwowany zgodnie z ustawą, to ja muszę mieć dowody. Na pewno nie znajdę czasu, aby przyjechać w ciągu tego tygodnia.

Już pękłam, już wszystko się we mnie zagotowało, już powoli ciśnienie zaczynało podchodzić mi do gałek oczu. Zebrałam w sobie resztki spokoju i pozornie słodkim tonem zapytałam:

-To proszę mi powiedzieć, co my mamy zrobić? Mieszkamy 430 km stąd, pani z Urzędu gminy rwie sobie włosy z głowy, bo nie może naliczyć nam podatku, domaga się tego potwierdzenia. My będziemy następnym razem może za 2, może za 3 miesiące.
Pani urzędniczka chyba intuicyjnie wyczuła, że zaraz będzie źle się działo.

-A mają może państwo zdjęcia?- zapytała.
-Oczywiście, że mamy- odparłam zadowolona, że uprzedziłam myśl urzędniczą i zabrałam aparat z fotografiami. 
Dwór się spodobał.

-A są wnętrza?- zapytała pani.
-Nie ma, wnętrza przecież nie są zabytkowe.
-A nie nie nie… ochrona obejmuje cały budynek.
„Fajnie”- pomyślałam sobie- „Będziemy dbać o komunistyczną boazerię i równie zabytkowy parkiet”

Było mi już wszystko jedno, ponieważ już na początki rozmowy zorientowałam się, że niczego dziś konkretnego nie załatwimy i nasza wizyta, podobnie, jak tamta w Urzędzie Gminy była na darmo. Poprosiliśmy o wgląd w białą kartę obiektu. Porozmawialiśmy na temat przyszłości i naszych planów związanych z dworem. Pomysł Muzem bardzo się pani urzędniczce spodobał. Umówiliśmy się, że zrobimy płytkę ze zdjęciami wszystkich fasad i wnętrza, podrzucimy ją za kilka dni, a papier dostaniemy korespondencyjnie do domu na Dolnym Śląsku. 
„To się pani w UG ucieszy”- pomyślałam.

Myślicie, że to koniec? Nie, nie… Do WKZ-tu przyszliśmy w sprawie równie ważnej, jak nie ważniejszej od podatków. Z chwilą otrzymania przez Chłopa aktu własności okazało się, że przejmujemy nie tylko śliczny dwór, ale i wszelkie kłopoty z nim związane. Najbardziej widocznym i działającym na wyobraźnię był ten dotyczący dwóch suchych drzew znajdujących się na posesji objętej nadzorem konserwatora. Postanowiłam dopilnować tej sprawy i osobiście przycisnąć urzędnika odpowiedzialnego za decyzje, ponieważ analogiczną sprawę związaną z pozwoleniem z Urzędu Gminy na wycinkę suchego drzewa z innej działki, Chłop sobie odpuścił.

Do UG wysłaliśmy jakiś czas temu korespondencyjnie prośbę o pozwolenie na usunięcie zagrażającego życiu przechodniów drzewa, które znajduje się tuż przy uczęszczanej drodze. Ze względu, iż nie podpisali się pod tym wnioskiem pozostali współwłaściciele, sprawę odrzucono. Prosiłam Chłopa, by napisał odwołanie i zmusił urząd do pracy, ponieważ to oni, a nie my powinni zwrócić się do pozostałych współwłaścicieli, ale Chłop sobie odpuścił. Jeśli komuś nie daj boże stanie się krzywda, zacznie się polowanie na czarownice. Za stworzenie zagrożenia zdrowia i życia odpowiadają właściciele posesji, na którym stoi suche drzewo ale skoro urząd odmówił nam pozwolenia na wycinkę, wziął tym samym winę na siebie.

Biorąc to wszystko pod uwagę, postanowiłam nie dopuścić, by w WKZ-cie sprawa się powtórzyła. Tutaj zagrożenie jest naprawdę poważne.

Podczas oglądania dokumentów i rozmowy na temat przyszłości dworu, pojawił się pan odpowiedzialny za zieleń. Przedstawiliśmy mu pokrótce naszą sprawę.

-To się nie da- rzekł- bo muszą się podpisać pod podaniem wszyscy współwłaściciele.

Stłumiłam w sobie brzydką odpowiedź, która mówi, że jedyne, czego się nie da, to otworzyć parasolki w pewnej bardzo spektakularnej części ciała. Westchnęłam i rzekłam: 
-Proszę pana, wszystko się da, trzeba tylko chcieć.

Najpierw Chłop konkretnie wytłumaczył rozmówcy, czym jest postępowanie administracyjne w takich sprawach i kto ma obowiązek poinformować strony postępowania. Później ja przystąpiłam do tłumaczenia obrazkowego, a mówiłam, jak do małego dziecka cały czas mając na uwadze to, że nie rozmawiam z człowiekiem, ale z urzędnikiem:

-Proszę sobie wyobrazić następującą sytuację- włączyłam aparat i na wyświetlaczu pokazałam fotkę:


-Jest wieś, którą usytuowano w najwyższym punkcie okolicy. W tej wsi jest zabytkowy drewniany dwór, który zbudowano na samym szczycie wzgórza. 7 metrów od obiektu rośnie sobie iglaste drzewo, które jest od czubka do połowy swojej wysokości suche. Ów suchy czubek wznosi się  ponad drewnianym dworem, a suche gałęzie tego drzewa dotykają w górnej części zabytkową materię. Górujący suchy czubek w najwyższym punkcie okolicy jest znakomitym celem dla piorunów. Jest tylko kwestią czasu, kiedy drzewo zapali się od pioruna, a wtedy… bum! I nie mamy już drewnianego, zabytkowego dworu.

Po minie urzędnika dostrzegłam, że zrozumiał przekaz. Sprawa drugiego suchego drzewa, które zagraża nie samemu budynkowi, ale znajdującym się w jego pobliżu osobom nie musiała być już opisana tak szczegółowo i sugestywnie.

Umówiliśmy się, że jak przyjedziemy do domu, to wyślemy wniosek o wszczęcie postępowania administracyjnego dotyczącego wycinki obu suchych drzew na terenie objętym ochroną konserwatorską. Z chwilą wysłania takiego wniosku, jesteśmy zwolnieni z odpowiedzialności, gdyby któreś z tych dwóch drzew narobiło szkody. W interesie urzędu jest, by rozpatrzyć tę sprawę jak najszybciej i nie odpowiadać za ewentualny wypadek. W praktyce nikomu na tym nie zależy, bo w razie czego i tak koszty ponosić będzie podatnik. Taka polska urzędnicza mentalność.

Oczywiście podanie wiąże się z jeszcze jedną niedogodnością. Urzędnik musi zobaczyć owo zagrożenie w obecności wnioskodawcy, co oznacza, że czeka nas dodatkowa podróż tylko po to, by stawić się w danym dniu i o określonej godzinie, którą to porę wyznaczy urzędnik. Nie muszę chyba wspominać, że zaprosiliśmy pana do odwiedzenia nas podczas tego pobytu, ale również wykręcił się brakiem czasu. Cóż, czeka nas jesienią ekstra jazda w tę i z powrotem, a to są koszty.  Nie wiem jeszcze, ile kosztuje pozwolenie na wycinkę drzew, ale również nie jest to mała kwota.

A propos kwot. W sprawie tego nieszczęsnego kwitka potwierdzającego opiekę obiektu zgodną z wytycznymi konserwatorskimi (jedyne wytyczne konserwatorskie, jakie wyczytaliśmy w białej karcie to polecenie wymiany siatki na bardziej dworską, cokolwiek to oznacza :) zostaliśmy wysłani do Urzędu Skarbowego, by wnieść opłatę 17 zł za owo potwierdzenie, które obiecano nam przesłać pocztą w późniejszym terminie. Z potwierdzeniem wpłaty zameldowaliśmy się znów pod drzwiami biura podawczego. Tym razem odbiliśmy się od zamkniętych drzwi i usiedliśmy na ławce naprzeciwko wejścia. 
Czekamy, czekamy, panienki z mokrymi oczami nie ma. W WUOZ-ie muszą być przyzwyczajeni do niezłych awantur, które robią „zadowoleni” właściciele zabytków, ponieważ przechodząca przypadkiem obok nas pani z sekretariatu zmartwiła się, że siedzimy i zaczęła nas przepraszać. 
-Pewnie pani z biura roznosi korespondencję, bo tak dużo jej dziś przyszło. 
Uśmiechnęłam się wyrozumiale, ale tak naprawdę było mi wszystko jedno. Pół godziny udowadniania urzędnikom, że wszystko można załatwić, trzeba tylko chcieć i niestety, znać swoje prawa, bo inaczej człowieka spławią, panujący upał, wizyta w skarbówce (na szczęście strategicznie usytuowanej obok) to wszystko sprawiło, że popadłam w apatię. Wyrwał mnie z niej osobnik, który zlany potem żwawo wpadł do wnętrza kamienicy, rozejrzał się, chwycił dziarsko za klamkę drzwi biura podawczego i …nic więcej nie zdziałał.

-No tak!- zagrzmiał, a echo poniosło się po zabytkowej kamienicy- Znów nikogo nie ma! Państwo czekają?
Zwrócił się do nas przycupniętych cichutko na ławce.
-Ano czekamy.
-Co oni sobie wyobrażają!?-   kontynuował zapewne „dumny” właściciel zabytku- że co, że my jesteśmy dla nich, a nie oni dla nas!? Nic się nigdzie nie załatwi bez grubej koperty, co to za kraj, panie!? -Tu zwrócił się do Chłopa, który wyrwany do odpowiedzi chętnie wtórował grubaskowi na swój ulubiony temat, czyli w opisywaniu politycznej rzeczywistości Rzeczypospolitej Polskiej.
-Tak, to wszystko wina Tuska, że siedzimy tutaj pod tym biurem podawczym- mruknęłam pod nosem i z ulgą powitałam widok pani z biura. Miała oczy jeszcze bardziej mokre niż o poranku.

Jeszcze jedna pieczątka i ksero. Ubożsi o 17 złotych, wymóżdżeni jak cielaki na święta, nie załatwiwszy nic konkretnego, udaliśmy się spacerkiem na dworzec autobusowy, by złapać busa na przystanku początkowym. Wracałam załamana i zdegustowana. Czeka nas jeszcze jedna wizyta w Małopolskim WUOZ-ie w tym upale w celu podrzucenia płytki z fotkami obiektu. No dramat. Po godzinie jazdy w zatłoczonym już o tej porze busie wytoczyłam się półprzytomna z pojazdu i siłą woli potoczyłam w kierunku Urzędu Gminy. Odnaleźliśmy panią od podatków.

-Niestety, proszę pani- zaczęłam- Tego kwitu o opiece nad zabytkiem nie dostaniemy od ręki, otrzyma go pani pocztą. 
Odwróciłam się na pięcie, ponieważ tego dnia było to wszystko, na co było mnie stać. W drzwiach jeszcze usłyszałam:
-Proszę pamiętać, że ja czekam, a jak nie dostanę tego kwitu, będę się uporczywie upominać.

Kwit przyszedł do nas tydzień po naszym powrocie z Woli. Został odesłany natychmiast do Urzędu Gminy. Na razie nie mamy żadnych informacji, czy dotarł. Jesteśmy w trakcie pisania podania o wszczęcie postępowania administracyjnego do WUOZ-u w sprawie pozwolenia na wycinkę zagrażających bezpieczeństwu obiektu i ludzi dwóch suchych drzew. Prawdopodobnie dziś jeszcze zostanie ono wysłane.

Na tym w zasadzie powinnam była zakończyć, ale pojawiła się zaskakująca puenta. Otóż Chłop stwierdził, że mam złe podejście i że w rzeczywistości wszyscy urzędnicy przecież byli dla nas mili i starali się pozytywnie załatwić nasze sprawy.

Ależ nigdzie nie napisałam, że byli niemili! Co więcej, te wszystkie perypetie, których opisanie zajęło mi sporo miejsca, nie wynikały bezpośrednio z podejścia urzędnika do petenta, ale z chorych przepisów, szczególnie dotyczących ochrony zabytków. Ustawa o ochronie zabytków to jeden wielki bubel, o czym wie każdy, kto miał styczność z zabytkową materią, czy to właściciel zabytku, czy urzędnik sprawujący nad tym zabytkiem nadzór. Z powodu chorej ustawy, z której zdają sobie sprawę wszyscy, prócz jej twórców, od takich jak opisany grubszy pan, obrywają urzędnicy, bo na kim właściciele zabytków mają wyładować swoją frustrację? Znając specyfikę tematu z obu stron, jako opiekun zabytku ze strony praktycznej, a z racji wykształcenia ze strony teoretycznej, próbuję zachować jakiś dystans i znaleźć w sobie pokłady wyrozumiałości dla procedur, którymi jesteśmy poddawani. Ale:


Po pierwsze: Nie zamierzam pisać laurek dla urzędników, którzy po prostu wykonują swoją robotę opłacaną z kieszeni podatnika. Łaski nie robią, że nas uprzejmie obsługują, to jest ich obowiązek. Po drugie: Obiecałam rzetelnie opisywać wszelkie kroki, które podejmujemy w sprawie obiektu. Blog jest pisany w formie pamiętnika i subiektywnie opisuje moją rzeczywistość, pod którą tylko i wyłącznie podpisuję się ja sama. Jeśli ktoś mojego pisania nie wytrzymuje nerwowo, proszony jest o niewchodzenie na bloga. Najwyraźniej mojego subiektywnego odczucia, co do wyżej opisanych działań nie podziela Chłop, gdyż dostałam zakaz pokazywania się w urzędach na terenie Małopolski. Naruszam podobno swoją twórczością delikatną wrażliwość uprzejmych urzędników, którzy nieba nam przychylają, a nie daj boże urażeni mogliby się obrazić i traktować nas nieco mniej uprzejmie. 
Owa sankcja niewątpliwie korzystnie wpłynie na mój układ nerwowy. 
Ja dysponuję poważniejszymi sankcjami :-)

Ciekawe, co Chłop powie, kiedy przez tydzień dostanie na obiad mielonkę turystyczną na przemian z paprykarzem szczecińskim? ;-)

sobota, 16 sierpnia 2014

Urzędnicze tango, cz.1.

Jakiś czas temu blogerka Mika pisała o swoim lekarzu, który na klapie od fartucha nosi znaczek z rozcapierzoną dłonią i napisem- nie biorę! Przypomniało mi się to, kiedy sytuacja zmusiła nas do udania się do Urzędu Gminy w sprawie podatków, a potem do małopolskiego WKZ-tu. Rozmawiając z panią z Urzędu Gminy przez telefon, niemal słychać było, jak rwie sobie włosy z głowy. Nikt tam nie panuje nad zmieniającymi się jak w kalejdoskopie współwłaścicielami, bo jesteśmy w trakcie załatwiania tych wszystkich skomplikowanych formalności. To było dla mnie mniej więcej zrozumiałe, gdyż każdy z urzędów, sądy, księgi wieczyste, potrzebują kilku tygodni na wprowadzenie nowych danych i puszczenie ich dalej w świat. Niezrozumiałe dla mnie było, iż w wykazie gminnym figurują jeszcze zabudowania, które zniknęły z powierzchni ziemi 30, a może 40 lat temu. Umówiliśmy się z panią prowadzącą sprawę podatków, iż przyjdziemy do niej osobiście i skorygujemy stan wiedzy urzędniczej ze stanem faktycznym.

-Ciekawa jestem, czy gdybym na każdą wizytę w urzędzie wkładała koszulkę z przekreśloną ręką i napisem „nie daję”- zagaiłam naiwnie Chłopa- to korzystnie wpłynęłoby na wynik wizyty, czy wręcz przeciwnie?
-Moim zdaniem wyleciałabyś za drzwi, pomiędzy „puk, puk”, a „dzień dobry”.

Dalsza dyskusja na ten temat była jałowa, ponieważ i tak nie mamy gotówki na łapówki i wszystko musimy załatwiać zgodnie z przepisami pomnożonymi przez dobry/zły humor urzędnika.
W Urzędzie Gminy okazało się, że dwór na Woli Zręczyckiej ma osobną teczkę. Stan skomplikowania tej sprawy musi być zatem ponadprzeciętny.

Zacznę może od tego, iż zwróciliśmy się z podaniem o zwolnienie z podatku części objętej ochroną konserwatorską, czyli dworu wraz z działką, na której stoi, ponieważ takie prawo daje nam ustawa o ochronie zabytków. Pani urzędniczka prowadząca tę sprawę zażyczyła sobie, abyśmy uzyskali od konserwatora zabytków dokument potwierdzający, że dwór i otoczenie jest konserwowane i utrzymywane zgodnie z przepisami o ochronie zabytków i opiece nad zabytkami.
Ręce mi opadły. Dopiero od niedawna Chłop ma akt własności i nie w naszej mocy było to, jak dwór był do tej pory konserwowany i utrzymywany. Teoretycznie, gdybyśmy przejęli rozlatującą się ruinę, to nie uzyskalibyśmy zwolnienia z podatku? Kolejny polski urzędniczy absurd.

Zazgrzytałam zębami. Nie będę- przynajmniej na początek- robiła żadnych rewolucji w kolejnym po Olszynie Urzędzie Gminy. Zacisnęłam zęby i grzecznie poinformowaliśmy panią, że pojedziemy do Krakowa i postaramy się uzyskać ten papier. Przy okazji zapytaliśmy, czy Politechnika będąca w przeszłości użytkownikiem zabytkowej posesji również składała tego typu dokumenty. Nie uzyskaliśmy jednoznacznej odpowiedzi prócz takiej, że z Politechniką nie było żadnych problemów, płacili podatki zawsze i na czas. A pewnie, z pieniędzy publicznych to sobie mogli pozwolić na płacenie kosmicznej kwoty nawet za budynki, które wyburzyli 30 lat temu.

Kilka następnych minut zajęło nam tłumaczenie pani, że na posesji są 2 budynki, a nie trzy, jak ma to w swoim aktualnym wykazie.

-Bardzo proszę do nas przyjechać i sobie policzyć zabudowania- zachęcaliśmy panią, jak tylko mogliśmy.
Pani urzędniczka nie była zainteresowana wizytą, uwierzyła nam na słowo.
-Czekam na ten papier od konserwatora- rzekła na pożegnanie.
-Boże, jaka ja byłam naiwna myśląc, że uda się to wszystko załatwić podczas jednej wizyty- jęknęłam zlana potem nie tylko z powodu panujących dzikich upałów.

Cdn…

sobota, 9 sierpnia 2014

Jaki los czeka naszego kota?

Podczas podróży na Wolę towarzyszyła nam mała troska. Chodziło o kotka. Zeszłym razem baliśmy się wypuścić ją luzem na nieznanym jej terenie. Nasza Tissaya była do tej pory kotem pół dzikim. Wiele lat spędziła z nami, czy też bardziej obok nas, wychodząc nocą, a podczas dnia jedząc i śpiąc w pomieszczeniu gospodarczym. Taki tryb życia narzuciliśmy kici po tragicznej śmierci jej brata, który w wieku pół roku zginął w paszczy jednej z moich nieżyjących już goldenek. Postanowiliśmy chronić pozostałą nam jedyną kotkę nie dopuszczając do jej kontaktów z psami. Lata mijały, nasze suczki, które polowały na koty, umarły ze starości.  W pomieszczeniu gospodarczym, gdzie w ciągu dnia mieszkała kicia, urządziliśmy izbę Muzeum. Kotek zaczął spotykać się w ciągu dnia z psiakami, ale trzymał się od nich na dystans. Owszem, nasze psy gonią kota, ale tylko wtedy, gdy ucieka. Z każdym miesiącem zwierzęta oswajały się ze sobą, a Tissaya ćwiczyła odwagę i charakter starając się nie uciekać z podwórka za każdym razem, kiedy zobaczyła psa. Nadal jednak nie wiedzieliśmy, jak bardzo związana jest z nami, a jak mocno ze swoim terytorium, dlatego kiedy pierwszy raz, rok temu, wyjechaliśmy na kilka dni na Wolę, zostawiliśmy ją w domu oczywiście umożliwiając jej dostęp do jedzenia i picia. Do tamtej chwili kotka traktowała nas jak powietrze, no może jako dostawców pełnej miski i nie zdradzała żadnego przywiązania. Kiedy zniknęliśmy jej na 10 dni musiała przeżyć tak wielki szok, że od naszego powrotu nie spuszcza nas z oczu. Zaczęła się do nas łasić, wchodzić na kolana i domagać pieszczot. Przestała bać się psów, a kiedy ona nie ucieka, psy ją ignorują. Postanowiliśmy zabierać zatem kotka ze sobą. 


Podczas poprzedniego pobytu we Dworze nie wypuszczaliśmy jej z kuchni. Miała tam dużo przestrzeni i dobre jedzenie, ale baliśmy się, że nam gdzieś zaginie, lub coś się jej stanie. Ten pobyt jednak postanowiłam wykorzystać, by oswoiła się z otoczeniem.
Po spędzeniu nocy w znajomej sobie kuchni, kicia wyszła na podwórko. Początkowo z obawą błądziliśmy za nią wzrokiem, gdzie pójdzie, czy wróci, czy nie oddali się za bardzo. Kicia cały dzień wykorzystała na obejście wszystkich granic i trzeba jej przyznać, że w mig pojęła zasięg terenu. Całą resztę pobytu spędziła przy nas przed domem, wylegując się na klombie lub towarzysząc nam przy jedzeniu. Wykazywała szczególną bezczelność wchodząc na stół, lecz rozumiała, kiedy sobie tego nie życzymy. Odetchnęłam z ulgą kiedy dotarło do mnie, że przeprowadzka nie zrobi na kici zbyt dużego wrażenia. Nie znam się za bardzo na kotach i ich psychice, ale teraz uważam, że to mit, iż koty przywiązują się do terenu, nie do człowieka. Na Woli będzie jej tak samo dobrze, jak w Zapuście.



Następnego dnia po przyjeździe zrobiliśmy obchód całej reszty dworskich włości, czyli urządziliśmy sobie spacerek po sadzie i łące. Bardzo lubimy wszystkie zwierzęta, ale ogrom prac renowacyjnych jakie nas czekają i organizacja obiektu na potrzeby turystyczne, uniemożliwiają nam opiekę nad zwierzętami gospodarskimi. Z terenu, który przynajmniej na razie nie wykorzystujemy, korzystają zwierzęta sąsiadów. Z przyjemnością rzuciliśmy na nie okiem.






Gęsi są niezwykle pocieszne. Gdyby nie gryzące nas komary i gzy, nie oderwałabym oczu od ich komicznych ruchów. Każdego ranka przy śniadaniu słyszeliśmy ich gęganie, a gdzieś z oddali roznosiło się gdakanie kur. W Zapuście już tego nie usłyszymy. Prawdziwe odgłosy wsi są często wypierane przez puszczaną na pełny regulator muzykę disco-polo. Niestety, w piątek i my staliśmy się mimowolnymi słuchaczami tego typu rytmów zaserwowanych przez jakiegoś sąsiada ze wschodniej strony. Trochę obawialiśmy się, że każdy dzień każdego weekendu będzie nas żegnał znienawidzonymi rytmami (mam silną alergię na disco-polo, już wolę ludowe z dwojga złego), ale okazało się, że był to jedynie incydent. Nie wiem, skąd nagle wzięło się u mnie umiłowanie sielskiej wsi z jej zapachami obornika, widokiem oraz odgłosami zwierząt gospodarskich. Uczciwie jednak muszę powiedzieć, że wygodnie jest mieć tego typu atrakcje za płotem, nie mając obowiązku opieki nad inwentarzem.


W końcu przyszła jednak taka chwila, kiedy trzeba było skupić się na swojej robocie i ogarnąć przestrzeń dookoła dworu. Przede wszystkim zrobiliśmy obchód w celu sprawdzenia, czy sadzone przez nas maliny i winogrona oraz przesadzany berberys się przyjęły. Najpierw jednak trzeba było uwolnić je z chwastów. Serce zabiło nam żywiej, a buzie same się uśmiechnęły. Trzy winogrona (z czterech) wypuściły pędy, a maliny przyjęły się wszystkie. Berberys przyjął się w stu procentach. Będzie z niego piękny żywopłot i to już niebawem. Już na wiosnę, jak podejrzewam, będzie można zdjąć okropną, starą, szpecącą otoczenie siatkę.











Plewienie klombu, koszenie dalszej części posesji, przycinanie wybujałych iglaków oraz porządkowanie terenu z suchych gałęzi, jakie pospadały podczas wiosenno-letnich nawałnic, zajęło nam cały pobyt. Z każdym nowo oczyszczonym kawałkiem coraz bardziej rozjaśniało mi się w głowie. Rozplanowaliśmy teren, wyznaczyliśmy miejsce na ogródek warzywny oraz przyszły plac zabaw dla dzieci. Nie ukrywam, że myślę również o placu zabaw dla psów naszych gości. Kynologia jest naszą pasją, czemu mamy tego nie wykorzystać?

Chcielibyśmy stworzyć przestrzeń, w której każdemu będzie wygodnie i miło spędzić czas.

piątek, 1 sierpnia 2014

Sprawa kryminalna, czyli zagadka zaginionej latarni.

Omiotłam wzrokiem wszystkie kąty w Zapuście; dom, podwórko, skalny ogród. Był 14 lipca tego roku. Wszystko wyglądało nienagannie. Róże kwitły jak szalone, nie niepokojone chwastami, bujny winogron sięgał swoimi pędami miejsc dozwolonych, a wszystkie pająki, którym udało się przeżyć generalne porządki, pouciekały w najciemniejsze kąty chaty.

„Wyobrażam sobie, jak będzie to wszystko wyglądać tuż po naszym powrocie”- pomyślałam sobie. "Dom zarośnie pajęczynami, obejście chwastami i trawą, a w winogronie trzeba będzie wycinać dziury na okna". 
Oczywiście, nic się wówczas nie pomyliłam.

Może zanim opowiem Wam o kolejnej podróży do naszego drugiego domu w Małopolsce wyjaśnię, że jeżeli znikam z sieci na dłużej, to znaczy, że jesteśmy we Dworze. Jeśli natomiast piszę o pobycie na Woli, jestem w domu w Zapuście. Trochę to pokręcone, ale takie jest teraz nasze życie.


Westchnęłam, zapakowałam kotka do nowego transportera, który przyszedł dosłownie w ostatniej chwili, przeliczyliśmy wszystkie zwierzątka w aucie upewniając się, że na pewno nikogo z naszych podopiecznych nie zostawiliśmy i ruszyliśmy w długą drogę. Niestety, nie było już z nami Fiony.

Na miejsce dojechaliśmy bez żadnych niespodzianek. Zrobiliśmy krótki postój na parkingu przy autostradzie, gdzieś w połowie drogi. Wyprowadziliśmy pieski na siusiu, napoiliśmy je, bo pogoda była upalna, napiliśmy się kawy i ruszyliśmy w dalszą drogę. Zaczynało się chmurzyć. Miny nam zrzedły, ponieważ ciągnęliśmy przyczepę. Wprawdzie Krzyś stara się zawartość przyczepy porządnie zabezpieczyć przed deszczem, ale już nie raz bywało, że coś podmokło. Bałam się o moją starą gitarę, że się może rozkleić. 

Przelotne deszcze, które łapały nas po drodze, nie były groźne. Dopiero, jak przejechaliśmy Wieliczkę, zrobiło się groźnie na horyzoncie. Z tej trasy mieliśmy cudowny widok na Beskidy, nad którymi kłębiły się czarne chmury i sypały się po niebie błyskawice. Zrobiło się ciemno. Do Dworu mieliśmy już tylko kilka kilometrów, ale mój wrodzony pesymizm nie pozwolił mi mieć nadziei, że dojedziemy tam na sucho. Mimo to nie tylko dojechaliśmy, ale i rozpakowaliśmy wszystkie rzeczy przenosząc je pod dach, zanim nastąpiła ulewa i mało spektakularna, jak na czarne chmury kłębiące się ponad naszymi głowami, burza. Pomyślałam sobie, że z jednej strony chciałabym przeżyć swoją pierwszą burzę we Dworze, by zobaczyć, czy napełnia mnie trwogą, ale z drugiej strony truchlałam na samą myśl, że znajdujemy się w najwyższym punkcie okolicy a ponad budynkiem, dosłownie siedem metrów od domu, tkwi suchy do połowy iglak. 


Wystarczy, że piorun w niego uderzy, ogień przeniesie się na dom i z drewnianego zabytkowego Dworu pozostaną jedynie same zgliszcza. W końcu stary dwór spalił się w latach 30-tych ubiegłego wieku właśnie od uderzenia pioruna. Sprawa załatwienia pozwolenia na ścinkę tego i jeszcze jednego suchego drzewa stała się priorytetem. Nie jest to takie proste, ponieważ teren podlega nadzorowi konserwatora zabytków, a jak się w Polsce chroni zabytki, napiszę w stosownym czasie, kiedy dojdę do naszej wizyty w małopolskim WKZ.

Kiedy niebo się rozjaśniło, a rozpakowane rzeczy zostały ulokowane na swoim miejscu, usiedliśmy przy herbatce. Omiotłam teren wzrokiem, cała zwarta i gotowa do ogarniania tutejszej roślinności i zapytałam Krzysia:

-To od czego zaczynamy prace ogrodowe?
-Czekaj, czekaj, ty od razu o jakiejś pracy myślisz. Najpierw pójdziemy policzyć koniki w sadzie.
-I gąski- dodałam.

Niestety, tego dnia nie było nam dane wyprawić się do sadu, gdyż znów pojawiły się problemy z uruchomieniem krematorium (pieszczotliwa nazwa pieca c.o zaprojektowanego i zbudowanego chyba przez jakiegoś zboczeńca za pomocą przecinaka i młotka, bo takiego cudu świat nie widział, a w każdym razie Internet, gdzie ponoć jest wszystko). Słabo mi się zrobiło na myśl, że jechałam kilka godzin w upale, pocąc się obficie i mam teraz w perspektywie mycie się w grzanej w czajniku wodzie w małej misce, bo dużej nie mamy jeszcze na stanie.

Krzyś popatrzył na mnie rozczarowany, że po tylu latach wspólnego dzielenia radości i trosk, mam małą ufność w jego umiejętności rozwiązywania tego typu problemów. Kilka minut później piec był rozłożony na czynniki drugie (nie wiem, czy jest takie wyrażenie, ale na pierwsze, to byłoby do ostatniej śrubki, tymczasem Krzyś powyciągał jedynie bebechy krematorium ze środka). Coś podmuchał, coś przeczyścił, wsadził na swoje miejsce i zanim się obejrzałam, mieliśmy już ciepłą wodę w kranach.

bebechy od krematorium


Zrobił się zmierzch i fotokomórka zapaliła przed Dworem latarnie. Wybraliśmy się na spacer po hektarowym obejściu. W pewnym momencie zaniepokojony Krzyś zapytał:

-Nie wydaje ci się, że na trawniku powinny być trzy latarnie, a nie dwie?

Popatrzyłam uważnie. Rzeczywiście, w krajobrazie wyraźnie mi czegoś brakowało.

-Porównam ze zdjęciami z ostatniego pobytu, ale chyba rzeczywiście w środku pomiędzy dwiema skrajnymi, powinna być jeszcze jedna latarnia.


zdjęcie archiwalne od drugiej strony

Sytuacja mocno nas ubawiła, ponieważ uważamy, że te plastikowe latarnie są okropnie obciachowe. Docelowo na pewno się ich pozbędziemy. Owszem, miło będzie mieć jakieś punkty świetlne, ale raczej bliżej ziemi. Niemniej jednak usilnie zastanawialiśmy się, co stało się z tą latarnią? Krzyś przyniósł latarkę, dzięki której znaleźliśmy miejsce, gdzie stała. Ślad po niej został starannie zamaskowany.

-Mało prawdopodobne, żeby ktoś połakomił się na plastikową latarnię, zadał sobie trud kradzieży na odsłoniętym terenie, gdzie w każdej chwili mógłby zostać nakryty przez czujnych sąsiadów- zaczęłąm głośno mysleć.

Mamy swoją teorię na rozwiązanie owej zagadki, ale nie chcę rzucać na nikogo bezpodstawnych oskarżeń. Sprawę traktujemy na wesoło i nawet nam nie zależy na dojściu do prawdy. Prawda może, (ale powtarzam, nie musi) mieć związek z tym, że człowiek, który kosi trawnik przed Dworem przy pomocy traktora, rzadko robi to na trzeźwo :-)

Na drugi dzień spotkaliśmy owego człowieka. Zdał nam relację z wszystkich rzeczy, które wydarzyły się od czasu naszej ostatniej bytności na Woli, obgadał wszystkich sąsiadów, znanych nam i nieznanych, skarżył się na turystów próbujących siłą wdzierać się na teren Dworu przy pomocy dziur w płocie, które to dziury człowiek solidnie za każdym razem uzupełnia drutem kolczastym. No, jak tak dalej pójdzie, to pojawi się plotka, że we Dworze powstaje więzienie, a nie obiekt turystyczny. Krzyś przy rozmowie przyjął strategię potakiwania.

-No co za ludzie, niczego nie uszanują, włażą tu, pchają się…- lamentował człowiek.
-No właśnie widzę!- rzekł na to poważnie Krzyś- Ktoś nam podprowadził latarnię!!!
-Yyyy… ja nic nie wiem, ja nic nie wiem- zapowietrzył się nasz rozmówca, po czym szybko się pożegnał i nie widzieliśmy go już przez cały nasz pobyt.


-Wiesz- zagaiłam melancholijnie, kiedy następnego wieczora siedzieliśmy przy lampce wina i kontemplowaliśmy sielskie widoki dookoła siebie- Nie miałabym nic przeciwko, gdyby i te dwie latarnie pewnego dnia zostały wykoszone.