15 maja 2013 roku, decyzją NSA, po blisko 25-letnich staraniach i walkach w sądach, bezprawnie zrabowany w 1945 roku Dwór na Woli Zręczyckiej pod Krakowem, został przekazany z powrotem rodzinie-spadkobiercom jego budowniczych i dawnych właścicieli.
Tego dnia postanowiliśmy porzucić całe swoje dotychczasowe życie i poświęcić się przywróceniu i zachowaniu pamięci o tym niezwykłym miejscu. Dwór i należace do niego obiekty przez dziesiątki lat rządów PRL zostały doszczętnie rozrabowane oraz zniszczone przebudową i rozbiórką. Pragniemy dokonać rewitalizacji tego miejsca i uczynić go lokalnym centrum kulturotwórczym i turystycznym, poprzez stworzenie na terenie obiektu Muzeum oraz obiektu hotelowego.
Jest to opowieść o czasach dawnych i tych współczesnych, o naszych zmaganiach z materią, zarówno zabytkową, jak i tą żywą, o stosunkach z urzędami i sąsiadami. Jest to blog o życiu, do którego serdecznie Was zapraszamy.

piątek, 1 sierpnia 2014

Sprawa kryminalna, czyli zagadka zaginionej latarni.

Omiotłam wzrokiem wszystkie kąty w Zapuście; dom, podwórko, skalny ogród. Był 14 lipca tego roku. Wszystko wyglądało nienagannie. Róże kwitły jak szalone, nie niepokojone chwastami, bujny winogron sięgał swoimi pędami miejsc dozwolonych, a wszystkie pająki, którym udało się przeżyć generalne porządki, pouciekały w najciemniejsze kąty chaty.

„Wyobrażam sobie, jak będzie to wszystko wyglądać tuż po naszym powrocie”- pomyślałam sobie. "Dom zarośnie pajęczynami, obejście chwastami i trawą, a w winogronie trzeba będzie wycinać dziury na okna". 
Oczywiście, nic się wówczas nie pomyliłam.

Może zanim opowiem Wam o kolejnej podróży do naszego drugiego domu w Małopolsce wyjaśnię, że jeżeli znikam z sieci na dłużej, to znaczy, że jesteśmy we Dworze. Jeśli natomiast piszę o pobycie na Woli, jestem w domu w Zapuście. Trochę to pokręcone, ale takie jest teraz nasze życie.


Westchnęłam, zapakowałam kotka do nowego transportera, który przyszedł dosłownie w ostatniej chwili, przeliczyliśmy wszystkie zwierzątka w aucie upewniając się, że na pewno nikogo z naszych podopiecznych nie zostawiliśmy i ruszyliśmy w długą drogę. Niestety, nie było już z nami Fiony.

Na miejsce dojechaliśmy bez żadnych niespodzianek. Zrobiliśmy krótki postój na parkingu przy autostradzie, gdzieś w połowie drogi. Wyprowadziliśmy pieski na siusiu, napoiliśmy je, bo pogoda była upalna, napiliśmy się kawy i ruszyliśmy w dalszą drogę. Zaczynało się chmurzyć. Miny nam zrzedły, ponieważ ciągnęliśmy przyczepę. Wprawdzie Krzyś stara się zawartość przyczepy porządnie zabezpieczyć przed deszczem, ale już nie raz bywało, że coś podmokło. Bałam się o moją starą gitarę, że się może rozkleić. 

Przelotne deszcze, które łapały nas po drodze, nie były groźne. Dopiero, jak przejechaliśmy Wieliczkę, zrobiło się groźnie na horyzoncie. Z tej trasy mieliśmy cudowny widok na Beskidy, nad którymi kłębiły się czarne chmury i sypały się po niebie błyskawice. Zrobiło się ciemno. Do Dworu mieliśmy już tylko kilka kilometrów, ale mój wrodzony pesymizm nie pozwolił mi mieć nadziei, że dojedziemy tam na sucho. Mimo to nie tylko dojechaliśmy, ale i rozpakowaliśmy wszystkie rzeczy przenosząc je pod dach, zanim nastąpiła ulewa i mało spektakularna, jak na czarne chmury kłębiące się ponad naszymi głowami, burza. Pomyślałam sobie, że z jednej strony chciałabym przeżyć swoją pierwszą burzę we Dworze, by zobaczyć, czy napełnia mnie trwogą, ale z drugiej strony truchlałam na samą myśl, że znajdujemy się w najwyższym punkcie okolicy a ponad budynkiem, dosłownie siedem metrów od domu, tkwi suchy do połowy iglak. 


Wystarczy, że piorun w niego uderzy, ogień przeniesie się na dom i z drewnianego zabytkowego Dworu pozostaną jedynie same zgliszcza. W końcu stary dwór spalił się w latach 30-tych ubiegłego wieku właśnie od uderzenia pioruna. Sprawa załatwienia pozwolenia na ścinkę tego i jeszcze jednego suchego drzewa stała się priorytetem. Nie jest to takie proste, ponieważ teren podlega nadzorowi konserwatora zabytków, a jak się w Polsce chroni zabytki, napiszę w stosownym czasie, kiedy dojdę do naszej wizyty w małopolskim WKZ.

Kiedy niebo się rozjaśniło, a rozpakowane rzeczy zostały ulokowane na swoim miejscu, usiedliśmy przy herbatce. Omiotłam teren wzrokiem, cała zwarta i gotowa do ogarniania tutejszej roślinności i zapytałam Krzysia:

-To od czego zaczynamy prace ogrodowe?
-Czekaj, czekaj, ty od razu o jakiejś pracy myślisz. Najpierw pójdziemy policzyć koniki w sadzie.
-I gąski- dodałam.

Niestety, tego dnia nie było nam dane wyprawić się do sadu, gdyż znów pojawiły się problemy z uruchomieniem krematorium (pieszczotliwa nazwa pieca c.o zaprojektowanego i zbudowanego chyba przez jakiegoś zboczeńca za pomocą przecinaka i młotka, bo takiego cudu świat nie widział, a w każdym razie Internet, gdzie ponoć jest wszystko). Słabo mi się zrobiło na myśl, że jechałam kilka godzin w upale, pocąc się obficie i mam teraz w perspektywie mycie się w grzanej w czajniku wodzie w małej misce, bo dużej nie mamy jeszcze na stanie.

Krzyś popatrzył na mnie rozczarowany, że po tylu latach wspólnego dzielenia radości i trosk, mam małą ufność w jego umiejętności rozwiązywania tego typu problemów. Kilka minut później piec był rozłożony na czynniki drugie (nie wiem, czy jest takie wyrażenie, ale na pierwsze, to byłoby do ostatniej śrubki, tymczasem Krzyś powyciągał jedynie bebechy krematorium ze środka). Coś podmuchał, coś przeczyścił, wsadził na swoje miejsce i zanim się obejrzałam, mieliśmy już ciepłą wodę w kranach.

bebechy od krematorium


Zrobił się zmierzch i fotokomórka zapaliła przed Dworem latarnie. Wybraliśmy się na spacer po hektarowym obejściu. W pewnym momencie zaniepokojony Krzyś zapytał:

-Nie wydaje ci się, że na trawniku powinny być trzy latarnie, a nie dwie?

Popatrzyłam uważnie. Rzeczywiście, w krajobrazie wyraźnie mi czegoś brakowało.

-Porównam ze zdjęciami z ostatniego pobytu, ale chyba rzeczywiście w środku pomiędzy dwiema skrajnymi, powinna być jeszcze jedna latarnia.


zdjęcie archiwalne od drugiej strony

Sytuacja mocno nas ubawiła, ponieważ uważamy, że te plastikowe latarnie są okropnie obciachowe. Docelowo na pewno się ich pozbędziemy. Owszem, miło będzie mieć jakieś punkty świetlne, ale raczej bliżej ziemi. Niemniej jednak usilnie zastanawialiśmy się, co stało się z tą latarnią? Krzyś przyniósł latarkę, dzięki której znaleźliśmy miejsce, gdzie stała. Ślad po niej został starannie zamaskowany.

-Mało prawdopodobne, żeby ktoś połakomił się na plastikową latarnię, zadał sobie trud kradzieży na odsłoniętym terenie, gdzie w każdej chwili mógłby zostać nakryty przez czujnych sąsiadów- zaczęłąm głośno mysleć.

Mamy swoją teorię na rozwiązanie owej zagadki, ale nie chcę rzucać na nikogo bezpodstawnych oskarżeń. Sprawę traktujemy na wesoło i nawet nam nie zależy na dojściu do prawdy. Prawda może, (ale powtarzam, nie musi) mieć związek z tym, że człowiek, który kosi trawnik przed Dworem przy pomocy traktora, rzadko robi to na trzeźwo :-)

Na drugi dzień spotkaliśmy owego człowieka. Zdał nam relację z wszystkich rzeczy, które wydarzyły się od czasu naszej ostatniej bytności na Woli, obgadał wszystkich sąsiadów, znanych nam i nieznanych, skarżył się na turystów próbujących siłą wdzierać się na teren Dworu przy pomocy dziur w płocie, które to dziury człowiek solidnie za każdym razem uzupełnia drutem kolczastym. No, jak tak dalej pójdzie, to pojawi się plotka, że we Dworze powstaje więzienie, a nie obiekt turystyczny. Krzyś przy rozmowie przyjął strategię potakiwania.

-No co za ludzie, niczego nie uszanują, włażą tu, pchają się…- lamentował człowiek.
-No właśnie widzę!- rzekł na to poważnie Krzyś- Ktoś nam podprowadził latarnię!!!
-Yyyy… ja nic nie wiem, ja nic nie wiem- zapowietrzył się nasz rozmówca, po czym szybko się pożegnał i nie widzieliśmy go już przez cały nasz pobyt.


-Wiesz- zagaiłam melancholijnie, kiedy następnego wieczora siedzieliśmy przy lampce wina i kontemplowaliśmy sielskie widoki dookoła siebie- Nie miałabym nic przeciwko, gdyby i te dwie latarnie pewnego dnia zostały wykoszone.

7 komentarzy:

  1. O, dobrze, że już jesteś dostępna:)) Fajna historia z tą latarnią:)) U mnie cały lipiec lało równo, wyliczono, że przez cały miesiąc były 4 dni bez deszczu... Wszystko jest tak namoknięte, że ziemia już wody nie przyjmuje, kiedy to wyschnie to ja nie wiem. Szkoda, że nie udał wam się wypad w moje okolice, może następnym razem. Czekam niecierpliwie na dalsze relacje.
    Zapraszam do lektury wpisów o moich przodkach na naszym blogu (byłaś też mi inspiracją:)) Uściski!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. U Was był ponoć najbardziej mokry lipiec od dziesiątek, jak nie setki lat. Nam się też dostało rykoszetem na tym Przedgórzu Beskidzkim. Pogoda była dynamiczna, ale wiele udało się zrobić. Jeśli chodzi o wycieczki, to połowy nie zrealizowaliśmy, tak nas pochłonęly prace ogrodowe, co zatem mówic o Zakopanem.
      Nadrobiłam już wpisy w Kurniku, przed weekendem, ale nadal byłam zabiegana, ponieważ w weekend brałam udział w warsztatach serowarskich. Dopiero się ogarniam.

      Usuń
  2. Jejku, taka fajowa latarnia...
    Bardziej jednak urzekło mnie wejście do Dworu - na przestrzał.
    Są widoki na rychłą przeprowadzkę?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Po ostatnich doświadczeniach już nie chcę nic prorokować na temat widoków na rychłą przeprowadzkę. Chętnych mamy (wstrzymują ich jedynie wymogi banku co do kredytu) i wciąż nowi ludzie umawiają się na oględziny.

      Usuń
  3. Mój kumpel kupił do domu piec, chwalił się, że jakiś wypas, super sprawny. Jak chcesz to dam Ci namiar na priv.

    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A chętnie, może skorzystam. Mamy już jakies swoje typy, ale doświadczenie i opinia uzytkowników jest zazwyczaj bezcenna.

      Usuń
  4. Czytam Twoje opowiesci z wypiekami na twarzy!;)
    A , gdy wyobraznia swtorzyla w mej glwoie, goscia na tarktorze, koszacego lataenie, niezle sie usmialam;)

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za każdy miły komentarz :-)