15 maja 2013 roku, decyzją NSA, po blisko 25-letnich staraniach i walkach w sądach, bezprawnie zrabowany w 1945 roku Dwór na Woli Zręczyckiej pod Krakowem, został przekazany z powrotem rodzinie-spadkobiercom jego budowniczych i dawnych właścicieli.
Tego dnia postanowiliśmy porzucić całe swoje dotychczasowe życie i poświęcić się przywróceniu i zachowaniu pamięci o tym niezwykłym miejscu. Dwór i należace do niego obiekty przez dziesiątki lat rządów PRL zostały doszczętnie rozrabowane oraz zniszczone przebudową i rozbiórką. Pragniemy dokonać rewitalizacji tego miejsca i uczynić go lokalnym centrum kulturotwórczym i turystycznym, poprzez stworzenie na terenie obiektu Muzeum oraz obiektu hotelowego.
Jest to opowieść o czasach dawnych i tych współczesnych, o naszych zmaganiach z materią, zarówno zabytkową, jak i tą żywą, o stosunkach z urzędami i sąsiadami. Jest to blog o życiu, do którego serdecznie Was zapraszamy.

niedziela, 30 listopada 2014

Krakowiacy i górale.

Spór pomiędzy krakowiakami i góralami sięga jeszcze czasów króla Ćwieczka. Nikt nie zna jego początków, choć próbuje się doszukiwać jego genezy i jakiejś tam logiki.  W przeszłości może i był on uzasadniony, ponieważ im bliżej ośrodka miejskiego ludzie mieszkali, tym mieli lepszy dostęp do edukacji, kultury, czy dóbr konsumpcyjnych. Górale, którzy mieszkali dalej od Krakowa mieli więc kompleksy, które sobie uwalniali w sporze z „krakowiakami”, natomiast mieszkający bliżej miejskiego ośrodka lub w jego centrum góralami pogardzali, jako nieokrzesanymi chamami. Coś, co można usprawiedliwić sto lat temu, dziś wydaje się dla mnie nie do pojęcia.

źródło obrazka: 
http://www.galerialiber.pl/spoleczenstwo/537/Krakowiacy-i-Gorale.html


Urodziłam się i wychowałam we Wrocławiu, w mieście, które po wojnie było zasiedlone nowymi mieszkańcami pochodzącymi dosłownie z każdego zakątka naszego kraju. Nie jest prawdą, że osiedlono tam tylko ludzi z byłych kresów Rzeczypospolitej. Przykładem jest moja rodzina. Mój ojciec to beskidzki góral (tak, ja też wracam w swoje genetyczne okolice), a mama pochodzi ze wschodniej wielkopolski. Nigdy w życiu nikt nie uczył mnie, że ktoś urodzony i wychowany w innym niż ja zakątku kraju jest gorszy. Z tym problemem spotkałam się dopiero na studiach, gdzie poznałam osoby z różnych części kraju o złym względem siebie nastawieniu.  Wtedy i dziś był to dla mnie szok. Wyrażę się o tym dobitnie. Kierowanie się idiotycznymi stereotypami względem ludzi i ich pochodzenia to dla mnie coś obrzydliwego. To wyraz umysłowej ciasnoty, prymitywizmu, zaściankowości i zwykłej  głupoty.
Tylko dlatego, że podczas sprzedaży domu przewinęło się przez mój dom sporo rodzin z Warszawy z głupimi pomysłami na życie (lub bez pomysłu) mam uważać każdego Warszawiaka za debila? Coś tu chyba jest nie tak.

Niestety, tych kilka miesięcy życia w zawieszeniu, pomiędzy domami, uświadomiło mi, że na własnym podwórku też nie unikniemy sporu pomiędzy „krakowiakami” i „góralami”. Bardzo prawdopodobne, że rozszerzy się on i na nas, jako obcych, w dodatku jeszcze „Niemców”, bo urodzonych na byłych niemieckich terenach. Niejedna osoba przestrzegała nas przed tym mówiąc, że dla lokalnej społeczności nigdy nie będziemy „swoi”. Szczerze mówiąc, mało mnie to obchodzi. Z ludźmi o ciasnych umysłach nie zamierzamy się zadawać i nie będziemy się nigdzie na siłę wpychać. W naszej małej wsi, czy raczej w przysiółku, jest spory odsetek osiedleńców, z którymi znajdziemy wspólny język. Zdarzają się też niestety i konfliktowi „górale”.

A było to tak. Po 1945 roku tereny należące do dworu były państwowe, czyli jak to w naszym kraju bywa- niczyje. Nie wiem, jaka tam była polityka dotycząca korzystania z tych zielonych terenów, w każdym razie miejscowi byli przyzwyczajeni, że gospodarza nie ma, zatem hulaj dusza. Po odzyskaniu dworu wraz z pięcioma hektarami ziemi, sąsiad W. zwrócił się do nas z prośbą o udostępnienie terenu pod koniki. Nie widzieliśmy żadnego problemu, ponieważ póki co z tych terenów sami nie korzystamy. Kiedy tylko dowiedział się o tym sąsiad J., zaczęły się kłopoty. Okazało się, że sąsiad J. ma krowę (nikt jej wprawdzie na oczy nie widział, ale chyba rzeczywiście ma, tylko trzyma w stajni non stop) i rzekomo korzystał z trawy, a teraz zostało mu to uniemożliwione. Do sąsiada J. nie dociera, że sąsiad W. zgodził się na korzystanie z kawałka terenu dla owej krowy. Nie dociera, ponieważ spór nie toczy się o pożywienie dla krowy, tylko o to, że to właśnie sąsiadowi W., pochodzącemu z miasta, udostępniliśmy teren na wyłączność, a nie sąsiadowi J. Do sąsiada J. co gorsza nie dociera też to, że to właściciel terenu decyduje o tym, kto będzie korzystał z podległego mu obszaru, a nie sąsiad J. Wiele się słyszało i czytało o zaciętych, ciasnych umysłowo chłopkach, ale dopiero pierwszy raz spotykam się oko w oko z tym problemem. Aby być sprawiedliwym, na razie spotykam się jedynie z tym ucho w ucho, ponieważ tak regularnie co miesiąc sąsiad J. dostaje ataku i wydzwania do nas lżąc w najobrzydliwszych słowach sąsiada W. Ręce opadają, a uszy więdną.

Chłop twierdzi, że jak tylko się ostatecznie przeprowadzimy i będziemy stale na miejscu, sprawy się unormują i wszystko przycichnie. Ja jestem pesymistką, Moim zdaniem spór się rozszerzy, a nienawiść rozleje na nas, jako na obcych, bo zabraliśmy mu „jego własność”, z której korzystał przez całe swoje dotychczasowe życie, albo przynajmniej mógł w każdej chwili skorzystać.

7 komentarzy:

  1. Mnie tak w życiu przydzielono, że urodziłam się i wychowałam w Warszawie. I moi rodzice też. A z dziadków to tylko jedna babcia - w 1913 roku, ale za to rodzice jej matki też się tu urodzili. Z tego wniosek, że to miasto przypadło mi z dziada pradziada. Przed wojną mieszkało tu 1.200.000 osób, z czego 1/3 stanowili Żydzi. Oni wyginęli prawie co do jednego istnienia (400tys.). W Powstaniu Warszawskim zginęło 200tys., a w czasie całej okupacji jeszcze 200tys. Pozostałych warszawiaków po powstaniu wygnano, wielu nie przeżyło, a wielu nie powróciło, bo trauma była zbyt wielka. Ilu zatem jest warszawiaków wśród 4 milionów mieszkających tu warszawiaków ? :) Pewnie tyle ile cukru w cukrze :)
    Myślę, że takie spory, kto jest skąd nie mają sensu, a już na pewno chełpienie się swoim takim czy innym pochodzeniem. Dowodzi chyba tylko jakichś kompleksów. Wychodzi na to, że wszyscy skądś jesteśmy i to nie powinno przesadzać jakimi jesteśmy ludźmi. Dzięki blogosferze poznałam wiele bardzo pozytywnych, wrażliwych i mądrych ludzi - też takich urodzonych na wsi - z dziada pradziada.
    Współczuję Ci Riannon sąsiada i takich smutnych przeżyć. To żadna pociecha, ale ja w bloku też ma za sąsiada chama-warszawiaka , pierwszej wody :( Może czas sam przyniesie jakieś rozwiązanie.
    Serdecznie pozdrawiam, Beata

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niestety, nigdzie chyba na świecie nie ma miejsca w stu procentach idealnego. Dobrzy sąsiedzi to prawdziwy skarb. Mam nadzieję, że jakoś to się wszystko unormuje, albo przynajmniej spory nie będą kłopotliwe. Na razie bardzo mocno to wszystko przeżywamy.

      Usuń
  2. Zostaw to czasowi i aż tak nie przeżywaj. Takie osobniki są wszędzie. Tam jesteście nowi i będą Was "próbować". Wiem z doświadczenia, że trzeba być asertywnym i nie pozwolić sobie wejść na głowę. Możesz jeszcze odciąć od wypasu jednego i drugiego i spokój. Autochtoni na ogół myślą, że "miastowi" to głupole i nie mają pojęcia o znoju życia na wsi, więc można im wcisnąć wszystko.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, wiem, mamy doświadczenie 13 lat na wsi w dodatku w innych czasach, kiedy nawet kamieniami w nas dzieci rzucały, taki społeczeństwo miało stosunek do "obcych". Na szczęście mnie asertywności nie brakuje, co nie znaczy że ta sytuacja mnie nie dotyka.

      Usuń
  3. Naprawdę? Kamieniami? Czy to tylko przenośnia?
    W nas nie rzucali, ale na głowę próbowali wejść. Miarka szybko się przebrała i szybko próby się skończyły.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To nie jest przenośnia. W 2002 roku, podczas przejazdu przez sąsiednią wieś na rowerze, dzieci goniły i rzucały w nas kamieniami wrzeszcząc "niemce, niemce!". "Niemce" to był synonim obcego.

      Usuń
  4. Powiem synowi, bo on nie wierzy, ze sie takie rzeczy dzieja na polskich wsiach..
    Zreszta mnie tez sie nie chce wierzyc, z naciskiem na"nie chce".
    A przeciez mam podobne doswiadczenia. I to z dobrymi znajomymi. Dobra, fuuu wyrzucam z pamieci, niech te wspomnienia nie wracaja.

    Mam nadzieje, ze bedzie tak, jak pisze Hana, ze sie uspokoi!

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za każdy miły komentarz :-)