15 maja 2013 roku, decyzją NSA, po blisko 25-letnich staraniach i walkach w sądach, bezprawnie zrabowany w 1945 roku Dwór na Woli Zręczyckiej pod Krakowem, został przekazany z powrotem rodzinie-spadkobiercom jego budowniczych i dawnych właścicieli.
Tego dnia postanowiliśmy porzucić całe swoje dotychczasowe życie i poświęcić się przywróceniu i zachowaniu pamięci o tym niezwykłym miejscu. Dwór i należace do niego obiekty przez dziesiątki lat rządów PRL zostały doszczętnie rozrabowane oraz zniszczone przebudową i rozbiórką. Pragniemy dokonać rewitalizacji tego miejsca i uczynić go lokalnym centrum kulturotwórczym i turystycznym, poprzez stworzenie na terenie obiektu Muzeum oraz obiektu hotelowego.
Jest to opowieść o czasach dawnych i tych współczesnych, o naszych zmaganiach z materią, zarówno zabytkową, jak i tą żywą, o stosunkach z urzędami i sąsiadami. Jest to blog o życiu, do którego serdecznie Was zapraszamy.

niedziela, 5 lipca 2015

Paryż-ciemniejsza strona miasta.

Zanim opiszę ciąg dalszy wrażeń z wakacji w Paryżu, tym razem od strony ciemniejszej, nawiążę jeszcze do poprzedniego wpisu chwalącego miejską komunikację.
Po mieście kursują również autobusy. Nie są zbyt popularne, ponieważ Paryż jest z reguły zakorkowany. Ludzi w nich mało, a jak zdołałam zerknąć przez szybę, miejsca siedzące są zawsze. Przy okazji zastanawiałam się, kto wybiera podróż autobusami mając tak niezwykle wygodne i szybkie metro? Może jest jakiś odsetek ludzi w mieście, których przeraża ta podziemna aglomeracja?
Otóż zauważyłam ze zdumieniem, że podobnie jak sygnalizacja świetlna, przystanki autobusowe są tylko symboliczne. Stojąc w korkach, na skrzyżowaniach, kierowcy autobusów wpuszczają i wypuszczają ludzi na całej trasie. Wystarczy dać znać, machnąć ręką, a kierowca otwiera drzwi.
Po powrocie do Polski wsiadłam do lokalnego busa, który miał zawieźć mnie z Krakowa do Gdowa. Pierwsze, co rzuciło mi się w oczy, to ogromna kartka przyczepiona nad przednią szybą informująca, że zatrzymywanie się poza wyznaczonymi przystankami zagrożone jest karą do 3000 zł. Sarkastycznie uśmiechnęłam się pod nosem. Jeżeli ktoś mi powie, że zatrzymywanie się poza przystankami i przechodzenie na czerwonym świetle zwiększa ryzyko wypadków, to niech sobie spojrzy, w którym z tych krajów dochodzi do częstszych potrąceń pieszych i kolizji aut.

Ale wracam do tematu ciemniejszych stron Paryża.
W mieście jest bardzo dużo kloszardów o międzynarodowych korzeniach. Pod wieżą św. Jakuba trafił nam się nawet Polak. Rozmowa z nim była krótka, ale przekomiczna. Słysząc polski język, kloszard podszedł do nas, wyciągnął rękę z czapką i powiedział:

-Dzień dobry.
-O nie!- rzekłam na to bardzo stanowczo, obrzucając kloszarda ostrym spojrzeniem- My jesteśmy turystki z Polski, my jesteśmy biedne.
Kloszard jakby zbaraniał. Zebranie myśli zajęło mu jakieś dwie sekundy.
-A ja to co, z Nowego Jorku?- odparował.
-Ale ty zarabiasz tu w EURO!- podniosłam głos pokazując palcem na czapkę.

W tym momencie kloszardowi odebrało mowę definitywnie. Nie wiem, czym by się zakończyła ta wymiana zdań, ponieważ koleżanka widząc, że się nakręcam, spacyfikowała mnie i ruszyłyśmy w swoją stronę. Przez pewien czas targały mną sprzeczne uczucia. Gdyby tak dłużej z nim podyskutować, to może oddałby biednym turystkom z Polski cały swój dzienny utarg? :-) A może to jakiś niedostosowany do życia artysta? W końcu Paryż zna wiele takich przykładów. Nędzarzem w tym mieście był choćby Norwid.

wieża św. Jakuba


Fontanna Niewiniątek

Kiedy idzie się uliczkami Paryża i podziwia architekturę, nie zauważa się żebraków. Wystarczy jednak przysiąść na chwilę w parku czy na skwerku, aby zobaczyć, że kawałek dalej ktoś obszarpany śpi na trawie, inny budzi się i zaczyna grzebać w śmieciach w poszukiwaniu jakiegoś jedzenia. Z reguły kloszardzi nie podchodzą do ludzi, żebrak z Polski był jedynym, który to względem nas uczynił.
Nie brakuje oczywiście żebraków siedzących i machających kubkiem do przechodniów. Tak samo, jak u nas, siedzą oni często w towarzystwie zwierząt. U nas spotyka się raczej żebraków z psami, natomiast w Paryżu wykorzystuje się również koty. Najbardziej jednak wstrząsający był dla mnie widok żebraków w towarzystwie suk karmiących malutkie szczenięta.


Ma to w ludziach wzbudzić jeszcze większą litość, a tym samym hojność. Nie wiem, jakie obowiązuje we Francji prawo dotyczące ochrony zwierząt, zawsze wydawało mi się, że kraje Europy Zachodniej są pod tym względem bardziej cywilizowane od nas, lecz tutaj się nad tym zastanowiłam. W Polsce żebrak nie posiedziałby kilku minut z takimi szczeniętami. Miałby na głowie TOZ, a zwierzęta zostałyby mu odebrane. Tutaj chyba nikt na to nie zważa. 

Liczną grupą, bardziej niebezpieczną od nikomu nie wchodzących w drogę kloszardów, są złodzieje i kieszonkowcy. To realne zagrożenie i plaga w mieście. Pierwszą podstawową zasadą jest niepokazywanie gdzie masz schowane pieniądze. Jeśli ktoś do ciebie podchodzi i prosi o kilka centów na jedzenie, to jeśli nie masz pod ręką w kieszeni kilku drobnych, nie wyciągaj portfela i nie pokazuj, gdzie trzymasz gotówkę. Jeżeli nawet ci nie wyrwie portfela i nie ucieknie w siną dal, za twoimi plecami obserwuje cię jego kolega czy koleżanka. W stosownym momencie, nawet nie będziesz wiedzieć kiedy, wyciągną ci portfel z torebki czy kieszeni. Mają też bardzo wyrafinowane metody manipulacji, by dowiedzieć się, gdzie trzymasz gotówkę. Trzeba być niezwykle czujnym i pod żadnym pozorem nie sięgać po pieniądze. Nas próbowała tak "zrobić" jedna Rosjanka świetnie udająca Paryżankę, ale może o tym opowiem kiedyś indziej.

Trochę widoków z miasta:
fontanna św Michała

Kanał St Martin





cokolwiek to jest, jest niezykłe i odjechane! :-)


pod kościołem św Eustachego

Moją strategią było stanowcze odmawianie i ignorowanie zaczepek. Czasem miałam kaca moralnego, bo grajkom ulicznym, czy tancerzom mogłam sypnąć nieco centów. Niestety, zbyt późno wpadłam na pomysł, aby schować luzem kilka drobniaków. Może zrehabilituję się następnym razem. Nie wyobrażam sobie, bym nie wróciła do tego miasta.

Pomimo wszechobecnej radości, optymizmu, atmosfery zabawy, na każdym kroku coś przypomina, że znajdujemy się w strefie zagrożonej atakami terrorystycznymi. Przy każdym urzędzie, w każdym miejscu, gdzie gromadzą się ludzie, a więc również w parkach i w ogrodach obecni są żandarmi, czy żołnierze z gotowymi do strzału karabinami. Stoją dosłownie z palcem na cynglu. Początkowo mnie to szokowało, chyba wciąż pamiętam z dzieciństwa atmosferę stanu wojennego. Znów jakiś czas zajęło mi przeprogramowanie mózgu, że żołnierze stoją tu dla naszego bezpieczeństwa, a nie po to, by strzelać do zwykłych ludzi. Taka ochrona jest obecna w miejscach, gdzie mieszka znaczny odsetek ludzi pochodzenia arabskiego i przy wejściu do arabskich restauracji. Jestem pewna, że chodzi nie tyle o obronę reszty świata przed Arabami, ale przede wszystkim arabskich mieszkańców przed ewentualnym odwetem za ataki terrorystyczne. Szwendając się po „arabskich zaułkach” widok uzbrojonego po zęby z palcem na cynglu żołnierza, przypominał o niebezpieczeństwie, ale też dodawał otuchy, że miasto dba zarówno o turystów, jak i o spokój mieszkańców.

O zagrożeniu atakami terrorystycznymi przypomina również rewizja torebek w każdym muzeum oraz w każdej galerii handlowej. Do żadnego z tych miejsc nie wejdzie się, jeżeli nie otworzysz przy ochroniarzu torebki i nie pokażesz zawartości. To również pierwszego dnia było dla mnie szokiem, ponieważ nie spodziewałam się takich praktyk. Szybko jednak przypomniałam sobie masakrę turystów w jednym z muzeów w Tunisie i nie miałam więcej żadnych pytań, ani wątpliwości co do słuszności tego typu nakazu.


Polska to nasz bezpieczny zaścianek. Mimo toczącej tej kraj zarazy w postaci niekompetentnych, rozwarcholonych urzędników, kolesiostwa na każdym szczeblu urzędniczych stanowisk, korupcji i nepotyzmu, chorego prawa i szykan w stosunku do zwykłych obywateli, nie wyobrażam sobie żyć w innym kraju. Mimo wszystko czuję się tutaj bezpiecznie. 

11 komentarzy:

  1. A wiesz, że ja też nie mam ochoty stąd uciekać. Też mi tu dobrze mimo wielu uciążliwości.

    OdpowiedzUsuń

  2. -Dzień dobry.
    -O nie!- rzekłam na to bardzo stanowczo, obrzucając kloszarda ostrym spojrzeniem- My jesteśmy turystki z Polski, my jesteśmy biedne.
    Kloszard jakby zbaraniał. Zebranie myśli zajęło mu jakieś dwie sekundy.
    -A ja to co, z Nowego Jorku?- odparował.
    -Ale ty zarabiasz tu w EURO!- podniosłam głos pokazując palcem na czapkę.
    -Dobra, daj pani w złotówkach. Ino papierowe, bo inaczej mi nie wymienią!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Żeby mu wymienili, kloszard musiałby mieć konto w banku. Jeżeli we Francji jest tak, jak u Niemców, to nie ma czegoś takiego jak kantory. Znajomi próbowali kiedyś wymienić dolary na euro w Goerlitz. O kantorach nikt nie słyszał, a panienka w banku powiedziala, że najpierw musi mu założyć konto. Łatwiej było podejść do Zgorzelca do kantoru.
      Myślę, że na widok polskiego papierka, kloszard splunąłby nam pod nogi z obrzydzeniem.

      Usuń
  3. No jak to, to odjechane to przecież Centuś! Fragment pt. Poniekąd ciąg dalszy "Burzliwa wiosna pana U."
    http://dzikakurawpastelowym.blogspot.com/p/szary-dzien-pana-x.html
    Centuś jak żywy!

    OdpowiedzUsuń
  4. Szkoda, że nie pogadałyście dłużej z clochardem Polakiem, ciekawa bym była jego losów i co go tam przywiodło. Przeglądanie toreb przy wejściu do muzeów to nie nowa sprawa, pamiętam jak przy wejściu do Tower było to samo, a był to rok 1989. Bardzo podejrzliwie przyglądali się mojemu różowemu misiu z plastiku, z którym zawsze jeździłam...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja musiałam być chyba tego dnia w bojowym nastroju, bo ostatnie, co by mi do głowy przyszło, to pytać go o powody żebrania na ulicach Paryża.
      W Londynie trzepanki były z powodu zamachów IRA jak sądzę. Nie przypominam sobie rewizji w Paryżu w 1992, kiedy byłam tam poprzednio.

      Usuń
  5. Namiętnie i od wielu lat kocham miłoscią szczerą trzy miasta Paryż ,Lwów i Wrocław. Paryż jest jak stara ladacznica z wierzchu przypudrowana a pod spodem wiadomo co;) ale i tak go uwielbiam:)
    A kloszardzi i żebracy wycwanieni są na całym świece. Taki ich los-przetrwa ten ,kto większym sprytem się wykaże

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Świetne porównanie Paryża do ladacznicy i wiesz, że chyba trafne? :-) Ale to dodaje temu miastu pikanterii.
      Wrocławianką jestem i zawsze nią będę, Wrocław uwielbiam. Próbuję teraz pokochać Kraków, ale na razie to we Wrocławiu czuję się jak w domu.
      Nie znam Lwowa, nigdy tam nie byłam, nie mam tam żadnych korzeni, więc nawet nie mam powodów. Ale jeśli kiedyś będzie okazja, z przyjemnością tam zawitam.

      Usuń

Dziękuję za każdy miły komentarz :-)