15 maja 2013 roku, decyzją NSA, po blisko 25-letnich staraniach i walkach w sądach, bezprawnie zrabowany w 1945 roku Dwór na Woli Zręczyckiej pod Krakowem, został przekazany z powrotem rodzinie-spadkobiercom jego budowniczych i dawnych właścicieli.
Tego dnia postanowiliśmy porzucić całe swoje dotychczasowe życie i poświęcić się przywróceniu i zachowaniu pamięci o tym niezwykłym miejscu. Dwór i należace do niego obiekty przez dziesiątki lat rządów PRL zostały doszczętnie rozrabowane oraz zniszczone przebudową i rozbiórką. Pragniemy dokonać rewitalizacji tego miejsca i uczynić go lokalnym centrum kulturotwórczym i turystycznym, poprzez stworzenie na terenie obiektu Muzeum oraz obiektu hotelowego.
Jest to opowieść o czasach dawnych i tych współczesnych, o naszych zmaganiach z materią, zarówno zabytkową, jak i tą żywą, o stosunkach z urzędami i sąsiadami. Jest to blog o życiu, do którego serdecznie Was zapraszamy.

piątek, 7 lutego 2014

Władysław Jenkner, sylwetka twórcy Dworu Feillów.

Na potrzeby artykułu do Gazety Kolekcjonera opracowałam swojego czasu życiorys Władysława Jenknera, który był główym architektem i wykonawcą Dworu w latach 30-tych. Stary Dwór bowiem spłonął w pożarze. Nowy budynek, który został posadowiony na fundamentach i piwnicy dawnego, znacznie powiększono, a jednocześnie zachowując klasyczny styl, dostosowano go do wymogów czasów współczesnych.

Dwór podczas budowy

We wspomnianym artykule skupiłam się przede wszystkim na sprawach związanych ze służbą wojskową, ponieważ zachowały się zdjęcia i dokumenty pozwalające odtworzyć dzieje budowniczego Dworu. Jakież było nasze zdumienie, kiedy okazało się, że dzięki tej publikacji wypełniła się jedna z białych kart historii polskiej piłki nożnej. Wiktor Jenkner- ojciec Władysława, właściciel posiadłości w niedalekich Zalesianach w gminie Gdów, był bowiem sponsorem i opiekunem formacji sportowej "Klub Jenknera", który z czasem wszedł w skład jednej z krakowskich drużyn piłkarskich. Władysław, zanim został powołany do wojska, był czołowym członkiem tej drużyny. Po fuzji Klubu Jenknera z Wisłą Kraków, drużyna przejęła barwy klubowe od formacji Jenknera. W rodzinie przetrwała pamięć o sportowym zacięciu pradziadka, jednak nie mieliśmy pojęcia, iż zarówno Wiktor, jak i Władysław stanowią ważną część historii polskiej piłki nożnej.

Zainteresowanych wkładem Władysława w historię sportu zapraszam pod ten link
Ze względu na chęć skupienia wszystkich spraw, dokumentów i zdjęć, które dotyczą Dworu w jednym miejscu, czyli tutaj, na tej stronie, pozwolę sobie przytoczyć obszerne fragmenty mojego opublikowanego w Gazecie Kolekcjonera artykułu.

Historia Władysława Jenknera może być modelowym przykładem wojskowej kariery przeciętnego mężczyzny z jego pokolenia, który wychował się w zaborze austriackim, będąc jednocześnie synem przedsiębiorcy budowlanego.


Władysław Jenkner urodził się w 1887 roku i jego los zdawał się być z góry przesądzony. Podobnie, jak jego ojciec i brat, ukończył Politechnikę Wiedeńską zdobywając zawód inżyniera budowlanego, specjalisty od obiektów przemysłowych, kolejowych, lotniczych oraz mostów. Gdyby nie przełomowe historyczne wydarzenia, jakie były udziałem pokolenia naszych pradziadków, zapewne spokojnie budowałby mosty i dworce kolejowe na Kresach Wschodnich, najpierw wraz z ojcem i bratem, w prężnie działającej firmie „Wiktor Jenkner i Synowie”, a w przyszłości poprowadziłby samodzielnie rodzinny interes.
Jego losy z rodziną Feillów z Woli Zręczyckiej splotły się dzięki małżeństwu z Malwiną Feill, córką Antoniego i Malwiny.

Sielankę związaną z życiem zawodowym i rodzinnym przerwał jednak wybuch wielkiej wojny, który ku uciesze narodów pozbawionych państwowości, zrujnował stary porządek naszej części świata. Zanim to jednak nastąpiło, Władysław został powołany w 1907 roku do armii austriackiej, gdzie przez rok odbywał służbę w stopniu szeregowego żołnierza.

Władysław w mundurze C.K Armii

Od wybuchu I wojny światowej, Władysław Jenkner rozpoczął karierę oficera Cesarsko-Królewskiej Armii. Do roku 1918 służył w jednostce artylerii górskiej, regiment 11. Starsi członkowie rodziny pamiętają jego opowieści o wojennych przygodach na Bałkanach.
Z racji tego, że Władysław Jenkner interesował się fotografią, zachowało się sporo zdjęć jego autorstwa z czasów pobytu w armii C.K. Oto kilka z nich:










Dokumenty związane ze służbą w Armii C.K. 
Podziękowanie za służbę.

Dokumenty meldunkowe

Pieczęć pułkowa

Żadna lekcja historii nie jest w stanie opisać nam współczesnym tak podniosłej chwili, jaką było dla naszych pradziadów powstanie nowoczesnego i suwerennego państwa polskiego. Już od pierwszych chwil powstającej niczym feniks z popiołów młodej Polski, Władysław Jenkner został przyjęty jako porucznik do oddziału wojska polskiego w Wieliczce. Zdemobilizowany w styczniu 1919 roku, powrócił do armii po roku, jako kapitan i dowódca 2 kompanii I pułku czołgów.
Nad Europą zawisło kolejne widmo wojny. Bolszewicy ze wschodu, powodowani nienormalną i chorą wizją „sprawiedliwości społecznej” która dla elity kraju oznacza rabunek majątku i śmierć, zamierzali przetoczyć się przez Polskę i zamienić młody kraj w piekło, jakie wcześniej zgotowali swoim braciom w Rosji.

Kompania Władysława Jenknera brała udział w między innymi w bitwie o Grodno (lipiec 1920) oraz w sierpniu o Mińsk Mazowiecki. Za udział w walkach o mińsk Mazowiecki Władysław Jenkner został odznaczony Krzyżem Walecznych. Za zasługi na froncie, żołnierze dostawali nadania ziemskie. Zapytany o chęć nabycia ziemi, kapitan Jenkner odpowiedział: “Tak, ale nie na Kresach Wschodnich”. Jakby przeczuwał, że odepchnięcie „czerwonej zarazy” nie rozwiązało problemu, a jedynie przesunęło w czasie coś, co było dla naszej części świata nieuniknione.

Odmowa przyjęcia ziemi na Kresach Wschodnich

 Karta rejestracyjna z opiniami:



Ponoć czołgi, jakimi dysponowała Armia Polska, wprowadzały Bolszewików w istny popłoch. Na zachowanych przez pokolenia fotografiach widać dumne twarze żołnierzy testujących przybyły z zachodniej Europy sprzęt. To był wówczas szczyt militarnej myśli technicznej.

Kolekcja zdjęć z 1. Pułku Czołgów:
Zdobyt na Bolszewikach Ford Garford

Czołg Saint Chamond

Czołg Renault

Plansza instruktażowa do czołgu Renault

Fotografie z życia pułku:


















Po zakończeniu wojny polsko-bolszewickiej, Władysław Jenkner został bezterminowo urlopowany i powrócił do wyuczonego zawodu inżyniera – budowlańca. Na Kresach Wschodnich budował mosty i obiekty przemysłowe, które tak niedługo miały znaleźć się poza granicami Polski, by służyć innym narodom.

Budowa mostu na kresach

W przerwach od wyjazdów służbowych pomieszkiwał wraz z żoną i córka Ewą na Woli Zręczyckiej. W połowie lat 30-tych stworzył i zrealizował projekt współczesnej bryły Dworu.

Przeniesienie do rezerwowej kadry oficerskiej (meldunek Zręczyce, pow Myślenice)

W latach 30-tych praca zawodowa skierowała Władysława Jenknera do Rzeszowa, gdzie prowadził prace budowlane dla Państwowych Zakładów Lotniczych. Tam właśnie zastała go następna wojna. 31 sierpnia zgłosił się do Powiatowej Komendy Uzupełnień, gdzie otrzymał tymczasowe zaświadczenie ważne przez 14 dni.


Nie wiemy, czy ze względu na totalny chaos po napaści Niemiec na Polskę, kapitan Jenkner nie zdążył odebrać właściwego dokumentu, czy został ze względu na wiek przeniesiony w stan spoczynku, lub nakazano mu pozostać na stanowisku, związanym przecież z obiektem wojskowym. W każdym razie, tuż przed zajęciem przez Niemców Zakładów Lotniczych, wraz ze wszystkimi pracownikami, zasypał wszystkie maszyny piaskiem uniemożliwiając okupantom, przynajmniej na początku, korzystanie z nowoczesnych urządzeń.

W tym swoim pełnym przygód życiu kapitan Jenkner miał szczęście, że dostał się pod okupację niemiecką, a nie radziecką. Weteranom wojny z bolszewikami groził bowiem straszliwy los. Podczas gdy Rosjanie masowo poddawali polskich oficerów eksterminacji, Niemcy jedynie objęli polskiego oficera nadzorem, nakazując mu stawiać się w określonym czasie do wyznaczonego punktu kontroli.


Po odbiciu Lwowa z rąk radzieckich przez Niemców, firma Władysława Jenknera brała udział w odbudowie lwowskiego dworca kolejowego. Zgodnie z zasadą, że pod latarnią jest najciemniej, Jenkner zatrudniał na fałszywych papierach ukrywających się przed Niemcami uciekinierów. Firma stała się przechowalnią dla poszukiwanych Polaków.

Po zakończeniu wojny, zdawałoby się, że dla naszego kraju zwycięskim, na Władysława Jenknera i jego rodzinę spadł kolejny cios. Czego nie udało się wyrabować Niemcom, ani Rosjanom, dokonali sami Polacy. Wypędzony ze swojego dworu, który sam zaprojektował i odbudował po pożarze, pozbawiony ziemi i majątku, z tym, co mógł udźwignąć jedynie na własnych barkach, osiedlił się we Wrocławiu.

We Wrocławiu, podobnie jak to było w przypadku tysięcy przesiedleńców, Władysław Jenkner rozpoczął życie od nowa. Zajął się tym, co potrafił robić najlepiej. Odtworzył firmę i zajął się odbudową Dworca Głównego we Wrocławiu. Kiedy rodzina ponownie stanęła na nogi, na skutek walki z prywatnymi przedsiębiorstwami, państwo nałożyło domiar, podatek, który zruinował wszystkich prowadzących jakąkolwiek działalność. Władysław Jenkner ponownie stracił wszystko, co miał. Ile razy można zaczynać od początku?

Znerwicowany i schorowany, posunięty w latach, Władysław Jenkner umarł na raka płuc w latach 60-tych. Schowane przez rodzinę po wojnie, zagrzebane w rupieciach na kilka dziesiątków lat dokumenty i pamiątki, mogą dziś znów świadczyć o jego życiu i stanowić małą cegiełkę dla odkrywania długo zakłamywanej historii XX wieku.

niedziela, 2 lutego 2014

Wizyta wrześniowa- część 4.

Pierwszy dworski mebel, czyli walczymy z systemem.

Przejmując na powrót Dwór zastaliśmy puste ściany. Nie było dosłownie nic, prócz tego, czego nie dało się wyrwać ze ściany, czyli umywalek, kabin prysznicowych oraz kibelków. Chociaż owszem, ze ścian powyrywano jakieś drobiazgi, o czym świadczyły dziury w kafelkach nad wanną. 


Oczywiście, nie mam do nikogo o to pretensji, ponieważ wyposażenie było prywatną własnością dzierżawców, tylko stwierdzam fakt. W czerwcu przyjechaliśmy do Dworu z pełną przyczepą sprzętów- od materaca po telewizor. Ten telewizor, przyznam się Wam szczerze, zabrałam tylko dlatego, że bałam się go zostawić w domu. Jest to chyba najcenniejszy sprzęt, jaki mógłby wynieść z chałupy ewentualny złodziej. Z tej racji, że zostawialiśmy chałupę na 10 dni bez żadnego dozoru po raz pierwszy, dostałam na tym tle małej paranoi. Na całe szczęście nic się wówczas nie stało, a zarosła pajęczyną furtka dawała świadectwo, iż nikt przez czas naszej nieobecności na posesję nie wchodził.

Wspomniany podwójny welurowy materac pożyczyliśmy od przyjaciela, ponieważ nasz dawno na strychu zjadły myszy. Miło wspominałam pobyty pod namiotem i spanie na tego typu materacu, ale nie wzięłam pod uwagę, że miało to miejsce 20 lat temu. Od tamtej pory przywykłam do wygody i kręgosłup też posunął się w latach wraz ze mną. Dotarło to do mnie po pierwszej spędzonej na materacu nocy. Materac miał mikro dziurki. Nie dosyć, że było mi niewygodnie, to jeszcze obudziłam się na flaku z tyłkiem na podłodze. Kręgosłup podziękował mi za to bólem pleców. Tak przemęczyliśmy się przez cały czerwcowy pobyt, zatem we wrześniu kupno łóżka stało się sprawą priorytetową. Nie będziemy przecież wieźć łóżka z Zapusty, poszukamy jakiegoś sklepu na miejscu. Małopolska wydała mi się bogatsza w stolarzy, niż Dolny Śląsk. Znając jednak życie,  które nawet najprostsze rzeczy potrafi komplikować, zakupiliśmy na wszelki wypadek w Biedronce nowy welurowy materac, z którego wprawdzie wystawały mi stopy i marzłam, ale spełnił swoją funkcję przez pierwsze dwie lub trzy noce.


Kiedy wędrowaliśmy po Gdowie czekając na naprawę auta, weszliśmy do dwóch sklepów z meblami. Szukaliśmy przede wszystkim łóżka drewnianego i zależało nam na lokalnej produkcji. Wcześniej przejrzałam oferty na allegro i widziałam, że w okolicy jest sporo producentów drewnianych mebli. Kiedy jednak pytaliśmy o łóżka, które nam się podobały, okazywało się, że w hurtowni ich nie ma, że trzeba czekać na realizację zamówienia. Hurtownia okazywała się mieścić gdzieś w środkowej Polsce, a terminy wyznaczano na 3 tygodnie oczekiwania. Meble oczywiście były drogie, bo zarabiała na nich sieć pośredników. Producent rzemieślnik dostawał jak zwykle najmniej.

Myślałam, że z wiekiem przejdzie mi chęć walki z systemem, że dostosuję się do współczesnego świata. Guzik prawda. Z wiekiem mam coraz większą świadomość, czym kieruje się rynek i kto zarabia najwięcej. Coraz bardziej mnie to wkurza. Jaki jest sens kupować w sklepie trzy razy droższe meble, skoro w regionie jest sieć producentów? Wyszliśmy z obu sklepów zdegustowani. Postanowiliśmy powrócić do wersji pierwotnej. Choćby miało się to wiązać z podróżami (cóż, przynajmniej zwiedzimy region), będziemy szukać mebli bez pośredników.

Odebraliśmy auto z warsztatu i następnego dnia pojechaliśmy do Jolinkowa. W drodze powrotnej w oczy rzucił mi się spory budynek z napisem "Meble holenderskie i niemieckie". Niestety, nie mieliśmy czasu, aby się zatrzymać, bo psiaki czekały zamknięte we Dworze już ponad cztery godziny. Bądź co bądź jest to dla nich obce miejsce i nie wiadomo, co może im strzelić do głowy.

Po tego typu sklepach spodziewam się wszystkiego, od śmietnika po porządnie prowadzony salon. Mogę porównać je do lumpeksów, w których albo ciuchy są wrzucone i zmieszane w koszach, albo pięknie wyeksponowane na wieszakach. Lumpeks wtedy nazywa się "outlet". Lumpeksów i „śmietników cywilizacji” nie lubię, choć w tych ostatnich zdarza mi się znaleźć jakąś perełkę (w koszach brzydzę się grzebać). Outlety kocham nad życie, ponieważ nie ma wizyty, żebym nie wyszła stamtąd z nowym, markowym ciuchem dosłownie za grosze. Coś mi mówiło, że ten budynek to odpowiednik outletu.

Następnego dnia nie mieliśmy pomysłu, jak spędzić czas. Jak przystało na modelowych leniuchów, w ogrodzie nie chciało nam się pracować, zatem postanowiliśmy podjechać do upatrzonego poprzedniego dnia sklepu. Coś nam się ubzdurało, że znajduje się on na obrzeżach Gdowa. Jedziemy i jedziemy, a tu nic. Sklep okazał się być usytuowany na obrzeżach Dobczyc, na szczęście od naszej strony. To znaczy, gdyby był po drugiej stronie Dobczyc, nie stanowiłoby to dla nas już wielkiej różnicy. 
Kiedy przekroczyłam próg sklepu, dosłownie mnie zatkało. Byliśmy jedynymi klientami w ogromnej sali wypełnionej po brzegi pięknymi komisowymi stylowymi meblami. Po prostu bajka. Od razu podeszła do nas starsza przemiła pani, archetyp babci z bajki o Czerwonym Kapturku, na widok której doznałam uczucia, że nie dosyć, że wyjdziemy z tego salonu z łóżkiem, to jeszcze zostaniemy stałymi klientami. Z trudem powstrzymywałam okrzyki zachwytu. Jestem pewna, że gdybym miała w tamtym momencie możliwości finansowe, od razu wyposażyłabym cały Dwór. Nie obchodziło mnie, że to przecież repliki, nie oryginały antyków. Meble były solidne, drewniane, pięknie stylizowane, używane, ale w większości wypadków bez widocznych śladów zużycia. Ceny wydały mi się bardzo rozsądne. W końcu wybraliśmy łóżko w komplecie z szafkami nocnymi i okazało się, że możemy je mieć jeszcze tego samego dnia nie ponosząc kosztów transportu. 


Wieczorem przywiózł je młody równie sympatyczny człowiek. Chwilę porozmawialiśmy, okazało się, że to firma rodzinna. Babcia siedzi w sklepie i zajmuje się klientami, wnuk rozwozi zamówione meble, a średnie pokolenie zajmuje się całą logistyką i sprowadzaniem akcesoriów z zachodu Europy. Rodzinne małe firmy, szczególnie prowadzone przez przemiłe osoby, mieszczą się całkowicie w moim systemie wartości związanej z popieraniem lokalnych inicjatyw. Meble może nie są od lokalnego producenta, ale kupując je, wspieramy miejscową rodzinę. I są bardzo eko, ponieważ u nas znajdują swoje drugie życie. Oczywiście, najważniejszym kryterium dla nas jest fakt, że nam się podobają.

Szczerze mówiąc, nie mogę się doczekać kolejnej wizyty w tym sklepie, ponieważ samo buszowanie po nim to ogromna przyjemność.
Nie wiemy, czy to łóżko ostatecznie będzie naszym prywatnym sprzętem. Być może podczas wyposażania Dworu zachwycimy się jakimś innym meblem. Jedno jest pewne- nie zmarnuje się. Mamy do wyposażenia w łóżka 12 gościnnych pokojów.


Reszta wrześniowego pobytu upłynęła nam spokojnie na robieniu inwentaryzacji i drobnych prac ogrodowych. Załatwiła nas ogrodowo Mamuśka przywożąc ponad setkę cebulek kwiatowych. Sadziliśmy je przez dwa dni, mam wrażenie, że czasem bez ładu i składu. Ciekawa jestem, czy na wiosnę to wszystko wyrośnie. 

Psy oczywiście nie chciały wracać do domu. Fiona ułożyła się w swoim ulubionym miejscu pod orzechem i trzeba było ją do auta zaciągać prawie na siłę.


Uprzejmie informuję, że pompa wody, ani nic innego, wbrew zapewnieniom pana mechanika z Gdowa, nam nie pękło. Do domu zajechaliśmy spokojnie i bez scen.