Podejrzewam, bo miałam kilka pytań drogą prywatną, że
niektórzy z Was, po przeczytaniu ostatniego wpisu, zastanawiają się, gdzie w
tym moim zamyśle na wystrój wnętrz atmosfera dworska? Wszystkich miłośników
tradycji pragnę uspokoić, że ciężki, tradycyjny, historyczny styl będzie
dominował w tzw. przestrzeni publicznej. W słusznie ciężkie i ornamentowane
meble będzie wyposażony główny salon, półprywatny salonik, który już prezentowałam
oraz hol i korytarz na piętrze. Meble, które będą tam stały, dobieramy bardzo
starannie zwracając uwagę na styl, ornamentykę, epokę, w jakiej zostały
wykonane oraz sposób renowacji. Bardzo ważna jest cena, gdyż nie trudno kupić
super zrobiony antyk za ogromne pieniądze. Sztuką jest znaleźć ciekawy stary
mebel, ładnie zrobiony, za okazyjną cenę. Dlatego wyposażanie przestronnych
wnętrz na dole idzie tak wolno. Są jednak postępy.
Neorenesansowy kredens, jaki zakupiliśmy do głównego salonu,
pokazywałam w jednym z poprzednich wpisów. Po jego zakupie pojawiło się pytanie,
co jeszcze stanie w salonie? Przejrzałam zasoby aukcji internetowych i
odnalazłam mebel, którego widok wprawił mnie w uczucia mieszane. Z jednej strony mebel wydawał się strzałem w dziesiątkę, bo pasował do salonu i stylem i kolorem, ale miał pewien "haczyk" i to wydaje się, że w dosłownym tego słowa znaczeniu.
Sprzedawca określił go,
jako neorenesansowy (jak nasz świeżo nabyty kredens), jednak bardziej pasowałby
tu przymiotnik "neokaroliński", czy „neoromański”, gdyż autor owego dzieła
niewątpliwie zapragnął odwzorować w drewnie bardzo starą technikę tłoczenia w
blasze. Gdy przyjrzałam się szczegółom ornamentu, mina mi zrzedła. No nie,
wszystko ładne, piękne, oryginalne, ale na boga, co przyszło do głowy
wykonawcy, by strzelić na meblu takiego kulfona?!
Cena artefaktu była na tyle
atrakcyjna, że zaczęliśmy się poważnie zastanawiać nad Kulfonem (bo tak
nazwaliśmy ten pomocnik). A może uczynić z niego atrakcję salonu? Jest tak
kuriozalny, że sama obecność ściągnie gości chcących zobaczyć na żywo ten
wybryk rzeźbiarza?
-"To będzie się Wam śniło po nocach"- prorokowała Mamuśka, a ja im dłużej patrzyłam na Kulfona, tym bardziej mi się podobał.
Po dwóch miesiącach obserwowania aukcji stwierdziliśmy, że Kulfon jest nam
przeznaczony. Sprzedawcy najwyraźniej tak długo zastał się w magazynie, że
opuścił nam koszty transportu, a to nie mało przy tego typu meblu.
Kulfon jest
nasz! :-)
Nie będę sobie robiła jaj i nie będę publicznie nazywać salonu „pod
Kulfonem”. Między sobą jednak tak właśnie określamy naszą największą salę. W
salonie z czasem stanie jeszcze bufet w podobnym stylu oraz moje największe
marzenie- wiedeński fortepian. Niewiele zachowało się informacji dotyczących pierwotnego
umeblowania dworku, ale wiemy, że na pewno stał tam wiedeński fortepian. Już
nawiązałam kontakt z pracownią renowacji fortepianów pod Żywcem i wiem, że przy
odrobinie determinacji uda nam się w przyszłym roku zrealizować owe marzenie.
Następne pomieszczenie, które wyposażamy, ma prywatnie dwie robocze
nazwy: pokój flamandzki, lub pokój rubaszny. Zobaczymy, która nazwa się
przyjmie.
Pomieszczenie składa się z dwóch pokojów, które niegdyś zostały
połączone. Tworzy to dużą przestrzeń, którą postanowiłam wykorzystać na naszą
ściśle prywatną działalność. Będzie to odpowiednik kuchni połączonej z
jadalnią, czyli coś, co zawsze chciałam posiadać. Okrutnie mnie denerwuje, że
jak podejmuję prywatnych gości, znikam w kuchni przygotowując napoje lub
potrawy, dzięki czemu jestem wyłączona z wątku toczącego się w towarzystwie.
Zawsze brakowało mi choćby stołu w kuchni. Kiedy pojawiła się szansa, by mieć
jedno duże pomieszczenie, które pomieści i kuchnię i jadalnię, z determinacją
przeforsowałam swój pomysł. Przekonałam Chłopa, że do kuchni nie musimy mieć
antyków, wystarczą nam tańsze, a równie solidne dwudziestowieczne repliki. Nie
będzie żalu, jak zniszczy je wilgoć, czy tłuszcz.
Zawsze bardzo podobał mi się styl flamandzki- przysadzisty,
ciężki, okuty słusznych rozmiarów zawiasami. Styl odjechany, trochę
historyczny, a trochę fantastyczny, pozwalający na aranżację wnętrza z
zastosowaniem rozmaitego rodzaju osobliwościami.
Niektórzy może pamietają moją "osobliwość" na kolejowych drzwiach
która powstała kilka lat temu w Zapuście.
Nie mogę się z tym rozstać ;-)
Zadziało się podobnie, jak w
przypadku Kulfona- zobaczyłam ornamentykę i wpadłam w euforię. Jak nie nabyć
mebla, gdzie autor wyrzeźbił sceny pijaństwa, macanek i innych rubasznych zabaw
średniowiecznej gawiedzi? Wkrótce cały komplet flamandzkich w wyrazie, a rubasznych
w treści mebli był nasz.
Pozostaje jeszcze wykonać zabudowę części gospodarczej,
czyli całej AGD (której jeszcze nie posiadamy) i kuchnia powinna zrobić się nie
tylko ciekawa, ale przede wszystkim funkcjonalna i wygodna. Dla pożytecznego zużytkowania
wilgoci i tłuszczu, który gromadzi się tam, gdzie się gotuje, zaprojektowałam
sobie „zieloną ścianę” nad kuchenką indukcyjną i zlewem. Bluszcze będą
zachwycone.
Dla równowagi do współczesnych prawie mebli, kupiliśmy do
kuchni śliczny XIX wieczny kredens z kolorowymi witrażami.
A w rubasznej witrynie znalazły swoje miejsce nabyte dzień przed przeprowadzką bolesławiecke cudeńka:
Nie da się żyć samą „ciężką” historią, musi być gdzieś miejsce
na nasze pasje i inne lżejsze w temacie zainteresowania. Uważam, że lekkie w
formie i treści pokoje gościnne (choć również w swoim charakterze edukacyjne)
będą azylem dla chcących odpocząć po muzealnej ciężkiej atmosferze.


















