15 maja 2013 roku, decyzją NSA, po blisko 25-letnich staraniach i walkach w sądach, bezprawnie zrabowany w 1945 roku Dwór na Woli Zręczyckiej pod Krakowem, został przekazany z powrotem rodzinie-spadkobiercom jego budowniczych i dawnych właścicieli.
Tego dnia postanowiliśmy porzucić całe swoje dotychczasowe życie i poświęcić się przywróceniu i zachowaniu pamięci o tym niezwykłym miejscu. Dwór i należace do niego obiekty przez dziesiątki lat rządów PRL zostały doszczętnie rozrabowane oraz zniszczone przebudową i rozbiórką. Pragniemy dokonać rewitalizacji tego miejsca i uczynić go lokalnym centrum kulturotwórczym i turystycznym, poprzez stworzenie na terenie obiektu Muzeum oraz obiektu hotelowego.
Jest to opowieść o czasach dawnych i tych współczesnych, o naszych zmaganiach z materią, zarówno zabytkową, jak i tą żywą, o stosunkach z urzędami i sąsiadami. Jest to blog o życiu, do którego serdecznie Was zapraszamy.

piątek, 11 września 2015

Akcja „Pszczółka”.

Było wiosenne, ciepłe, słoneczne przedpołudnie. Wraz z sąsiadami siedzieliśmy przed domem przy kawce, kiedy usłyszałam niepokojące buczenie tuż nad swoją głową. Podniosłam wzrok i ujrzałam coś, co do tej pory widziałam jedynie na filmach i to takich drugiej kategorii. To był rój pszczół. Miliard bzyczących owadów, każdy ze szpilą ukrytą w odwłoku, pakował się do wnętrza konstrukcji dworku. Już chciałam uciekać wrzeszcząc przy tym wniebogłosy, ale powstrzymała mnie jedna z tych ludowych mądrości, które nie wiadomo, czy są prawdziwe, ale każdy w nie wierzy. „Jak się pszczoły roją, to nie gryzą”- rzekł sąsiad, po czym wsiadł na rower i sprowadził nam zaprzyjaźnionego sąsiada-bartnika.


Po 15 minutach od pod dachem mieliśmy zainstalowany drewniany domek, do którego przy odrobinie szczęścia powinny przejść pszczoły, gdyż niewątpliwie w profesjonalnym ulu byłoby im znacznie wygodniej, niż pod belkami. Pszczoły miały najwyraźniej wygodę w odwłoku, albo były to jakieś pszczoły indywidualistki, może anarchistki i wybrały wolność. Poczuliśmy lekkie zaniepokojenie zaistniałą sytuacją. Chłop jest uczulony na wszelkie robactwo pasiaste i nie byłoby wskazane dzielić przestrzeń z miliardem pszczół. W rzeczywistości bartnik określił ich liczebność na 20-50 tysięcy. Moim zdaniem mała to różnica, skoro po kilku już użądleniach można obudzić się w zaświatach. Jednym słowem, zabrakło nam tej odrobiny szczęścia.

Przez kilka pierwszych dni łypałam podejrzliwym na nie okiem, czy nie mają jakichś niecnych zamiarów, czy nie odwracają się do nas odwłokiem i nie prezentują tego swojego poważnego argumentu. Pszczółki zajęły się, jak natura każe, zbieraniem miodu. Całe lato obserwowałam jak pracują, jak wykonują swoje tańce zanim ruszą na pożytek. Przy okazji podpatrywania owadów i zaprzyjaźnienia się z sąsiadem-bartnikiem, zgłębiałam tajemnice tych fascynujących owadów. Co jakiś czas przemykała mi myśl, że coś z tymi pszczołami trzeba zrobić, by się ich pozbyć i wcale nie chciało mi się ich truć. Czas mijał, potrzeba wyprowadzenia roju stawała się coraz pilniejsza tym bardziej, że każdy następny sprowadzony dekarz mówił, że pszczółek ma nie być podczas roboty. Tymczasem to dekarze nawalali, a pszczółki spokojnie przygotowywały się do zamknięcia sezonu zbiorów. Najpewniej zostawilibyśmy je w spokoju, gdyby nie fakt, że zorientowaliśmy się, iż owady rezydują pomiędzy podłogą naszej przyszłej sypialni. „Panie, miód zaleje wam sufit, jeśli się tego nie pozbędziecie”- straszył nas kolejny dekarz. Nie wiem, na ile ta wizja mogła być prawdziwa, ale jej ulegliśmy. Owszem, przez chwilę rozkoszowałam się miłą wizją miodu kapiącego wprost z sufitu do filiżanki z poranną kawą, jednak stwierdziłam, że za dużo może być z tego kłopotów.

I w końcu przyszedł ten moment, kiedy i bartnik i my byliśmy zdeterminowani, aby zrobić owadom eksmisję. Ten dzień nadszedł właśnie dziś. Byłam w trakcie gotowania smacznego obiadu, pełna samouwielbienia co do moich kulinarnych zdolności. Zapachy rozchodziły się po całym dworku nęcąc moje kubki smakowe zapowiedzią rychłej rozkoszy.
-Dzień dobry. A co tu tak śmierdzi?!- rzekł na powitanie bartnik. 
-Oj tam, zaraz śmierdzi. Obiad gotuję!- odparłam i pomyślałam sobie, że chyba trzeba będzie jednak zatrudniać kucharkę do gotowania gościom ;-)

Już wcześniej Chłop obadał sytuację i wytypował przypuszczalne miejsce, gdzie rezyduje nasz bzyczący problem. Bartnik zapewnił nas, że zabierając królową, wraz z nią przeniesie niemal cały rój, co pozwoli przeżyć tym istotom. Jakieś straty wiadomo, być muszą. Niestety, dostać się do pszczół nie było prostą sprawą. W tym celu zdeterminowany, by chronić każde życie, Chłop podjął decyzję o rozbiórce podłogi w jednym z przyszłych gościnnych pokojów. I tak 50 tysięcy pasiastych stworzeń wylazło spod podłogi na pokoje. 



 Na tej desce jest tylko fragment roju, potem nie miałam już odwagi biegać z aparatem.



Widok był wstrząsający, a sytuacja stresująca. Uczulony na owady Chłop asystował bartnikowi podając mu różne potrzebne narzędzia, ja histerycznie odciągałam Chłopa od zabójczego roju jednocześnie ze zgrozą patrząc, że bartnik miał tylko zabezpieczoną przed ukąszeniem głowę. 

„No, użarły mnie tylko cztery sztuki”- rzekł pszczelarz trzy godziny później podczas przerwy na kawę. Pszczoły były okopcone, zatem nieco dziabnięte, w innym razie mielibyśmy niezłą jatkę.
Kiedy większość pszczół znalazła się w magicznym pudełku bartnika, a trwało to jak wspomniałam bite trzy godziny, zostawiliśmy skrzyneczkę w pokoju, ponieważ reszta miała wejść do niej sama. Pod warunkiem oczywiście, że w środku znalazła się królowa- pasiasta jej mać! Zdenerwowana przedłużającym się zagrożeniem życia Chłopa i moich psiaków, żywo zainteresowanych bzyczącym i latającym po domu cholerstwem, wyraziłam swoją wątpliwość.
-A jeśli one z tej skrzyneczki wyjdą z powrotem pod podłogę?
-Eeee.., nie wyjdą- rzekł bartnik- No chyba, że królowa została pod podłogą.
I szlag by to jasny trafił, po półgodzinie wszystkie pszczoły były z powrotem pod podłogą!

-Nie jest dobrze, nie jest dobrze- rzekł bartnik i podrapał się po głowie.
Wyobraźcie sobie taką sytuację- zdemolowany pokój z powodu starań ocalenia roju, a te cholery nie chcą się stąd ruszyć!

Na wizję lokalną poszedł Chłop, pomimo moich próśb, by trzymał się od pszczółek z daleka. Jak wszedł, tak szybciej wyszedł, a raczej wybiegł machając rękami. Rzekłabym, by dać bardziej poetycki opis tej sceny, że biegł z rozwianym włosem, gdyby nie fakt, że Chłop jest całkiem łysy.  „Pszczoła mnie goni!”- wrzasnął z obłędem w oczach. Owad przysiadł na bluzie, a w ciemnym korytarzu nie było widać gdzie. Kiedy pospiesznie zdzierałam z Chłopa ubranie pomyślałam sobie, że choć pijam tylko i wyłącznie szlachetnie trunki, dziś muszę napić się wódki.

Akcja „pszczółka” trwa. Wieczorem bartnik przyniósł kolejne magiczne pudełko, tym razem większe, poprosił o chochelkę do zupy, którym to narzędziem zgarniał cholerstwo do skrzynki mając nadzieję, że tym razem trafił w królową. Mimo to pudełko zostało w pokoju, aby jak najwięcej pszczół załapało się na nowe lokum. Pudełko ma być zabrane jutro wieczorem.

Jeżeli znowu zamiast wejść do skrzynki cała ta pasiasta gadzina wylezie pod podłogę, to trafi mnie jasny szlag. Istnieje być może opcja, że gadzina wylezie ze skrzynki i spod podłogi na cały dom, a wtedy to już...hm... Dziś śpię z rozpylaczem.


Jedyny słodki akcent w tej całej sytuacji jest taki, że mam całą miednicę plastrów wypełnionych złocistym miodem.


28 komentarzy:

  1. Ojacie, zaparło mi dech! Czy to znaczy, że one nadal tam teraz są???
    Historia jak z filmu to mało powiedziane. W życiu nie słyszałam o takim zdarzeniu. Czy wypuszczone na wolność nie wrócą do ula, czyli do Waszego domu? W końcu taki ul nie trafia się co dzień.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, owszem, pszczoły nadal są i to na wierzchu, bo podłoga jest rozebrana. Mam nadzieję, że wieczorem już sobie pójdą. Jest prawdopodobne, że wrócą, choć bartnik zarzeka się, że nie. Czytałam na forach i w starych książkach, że wracają. Po tej wpadce z pierwszą skrzynką zaczynam lekko wątpić w nieomylność naszego bartnika. W każdym razie po wyprowadzce pszczół trzeba uszczelnić i zapiankować im to miejsce.

      Usuń
  2. O Jezu....Na szerszy komentarz brak mi słów. Pozdrawiamy i życzymy powodzenia z królową.
    Asia i Wojtek

    OdpowiedzUsuń
  3. Nie zazdroszczę sytuacji i życzę aby ta królowa była jednak w tej skrzynce.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Trudno powiedzieć. W chwili obecnej cały pokój stał się ulem. Zobaczymy wieczorem, jak ich aktywność opadnie.

      Usuń
  4. To się nazywa triller. Ale pszczoły szczęście przynoszą. Więc to może jest ten jedyny pozytywny aspekt całej afery. Oprócz miodu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No to czekam na to szczęście, bo ostatnio coś pod górkę mamy.

      Usuń
    2. Tyle pszczół to - proporcjonalnie - tyle samo szczęścia!
      Matko, i smieszno, i strasno...

      Usuń
    3. To powiedzenie z czasów, kiedy miód był na wagę złota. To po prostu 50 tysięcy kropli miodu :-)

      Usuń
    4. I tego sie trzymajcie, niech Was szczescie i..spokoj nie opuszcza;)

      Usuń
  5. Widocznie stwierdziły, że mieszkać w Dworze to większa nobilitacja, niż w jakimś tam ulu ;-)
    Ależ historia. Oby szczęśliwie się skończyła.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Żeby się jeszcze do remontu dorzuciły, a tymczasem odstraszają dekarzy i z ich powodu trzeba było zdemolować cały jeden pokój.

      Usuń
  6. Dla mnie to horror pierwszej jakości, sama jestem uczulona na pasiaste wiec pewnie uciekałabym gdzie pieprz rośnie i odmówiła powrotu póki dziady siedzą pod dachem mojego lokum. Trzymam kciuki za szczęśliwą wyprowadzkę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzis jeszcze nie nastąpi ta wyprowadzka, bo to jakieś świnie są, nie pszczoły, nie chcą do końca wejść do skrzynki.

      Usuń
  7. To się Wam trafiło!!!
    Ja się boję pasiastych,byłam raz pogryziona tak,że trzy godziny spędziłam na pogotowiu....br,br....
    Trzymam kciuki i czekam na relację :)
    Pozdrawiam cieplutko ze środkowej Polski :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo dziękujemy ;-)
      Takiej przygody z pogotowiem nie chciałabym przeżyć, będziemy uważać.

      Usuń
  8. Riannon, to jakiś horror i thriller razem wzięte! Ale wam się trafiło. Tego to chyba nikt by nie przewidział... Bardzo trzymam kciuki, żeby Pani Królowa raczyła opuścić schowanko pod podłogą i reszta za nią grzecznie podążyła. A Chłopa trzymaj z daleka od pasiastych!!! Bardzo serdecznie was pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  9. Ja bym sie dala ukasic w stope, bo znowu mnie cos tam pobolewa, a to wlasnie pszczoly mnie kiedys wyleczyly. Ale to bylo wszystko pod kontrola, takiej jednej madrej pszczelarki. Boje sie tych pasiastych strasznie, bo tez uczulonam. Puchne w mgnieniu oka po uzadleniu.

    Historia, jak w filnie "Roj" nieomal.
    I oby sie dobrze skonczyla.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O jej, leczenie kąsaniem w stopę- ja bym się nie dała :-). Lepiej sobie miód pojeść, albo inny pyłek, czy propolis, to samo zdrowie ;-)

      Usuń
  10. Udło się! Wszystkie pasiaste zostały wyeksmitowane, dziura zalepiona, aby nie wróciły. Wszyscy żyjemy, nie pokąszeni ;-)

    OdpowiedzUsuń
  11. Uff, ulżyło mi! Całe szczęście, ze tak się to skończyło, ale historia do scenariusza na jakiś lepszy film. Oj macie tych przygód, co chwile to ciekawostka. Ale życzę Wam, aby tych "niechcianych", niemiłych, nieprzyjemnych było jak najmniej, ba, by w ogóle się nie zdarzały.
    Szacun dla Chłopa za taka determinację, za odwagę granicząca z brawurą. Wstawcie znaki: pasiastym wstęp wzbroniony! Zwłaszcza głowom koronowanym:)
    Buziaki:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A mówią, że na wsi jest nudno :-) Ktoś mnie ostatnio zapytał "a nie nudzicie się tutaj?" Omal z wrażenia nie usiadłam.Gdybym się nudziła, to bym codziennie pisała długie posty :-)

      Usuń
    2. Ojeżu, kocham takie pytania;)

      Usuń
    3. One mogą mieć głębszy sens. Ostatnio jeden z mieszkańców narzekał do mnie, że jego synowa zajmuje się tutaj jedynie... malowaniem pazurów :-)

      Usuń

Dziękuję za każdy miły komentarz :-)