15 maja 2013 roku, decyzją NSA, po blisko 25-letnich staraniach i walkach w sądach, bezprawnie zrabowany w 1945 roku Dwór na Woli Zręczyckiej pod Krakowem, został przekazany z powrotem rodzinie-spadkobiercom jego budowniczych i dawnych właścicieli.
Tego dnia postanowiliśmy porzucić całe swoje dotychczasowe życie i poświęcić się przywróceniu i zachowaniu pamięci o tym niezwykłym miejscu. Dwór i należace do niego obiekty przez dziesiątki lat rządów PRL zostały doszczętnie rozrabowane oraz zniszczone przebudową i rozbiórką. Pragniemy dokonać rewitalizacji tego miejsca i uczynić go lokalnym centrum kulturotwórczym i turystycznym, poprzez stworzenie na terenie obiektu Muzeum oraz obiektu hotelowego.
Jest to opowieść o czasach dawnych i tych współczesnych, o naszych zmaganiach z materią, zarówno zabytkową, jak i tą żywą, o stosunkach z urzędami i sąsiadami. Jest to blog o życiu, do którego serdecznie Was zapraszamy.

środa, 2 lipca 2014

Kawa rozpieszczalna.

Macie jakieś swoje małe rytuały, lub nieszkodliwe obsesje? Bo ja mam i nawet zamierzam się jedną z nich pochwalić. Są to rytuały dotyczące picia kawy, a właściwie kubeczków, w jakich tę kawkę sobie popijam. 

Kawę z reguły pijam ziarnistą- zmieloną oczywiście, ale zdarza mi się sięgnąć po rozpuszczalną, jednak tylko o poranku, a jeszcze lepiej- o świcie, lub w przypadku zimy -przed świtem. Kiedy wieczorem kładę się do łóżka i myślę o następnym dniu, że będzie trudny, nudny lub będzie trzeba wcześniej wstać, bo coś tam, coś tam… moje myśli zaczynają błądzić wokół owego kubeczka parującego napoju, który wypijam zagrzebana głęboko w mięciutką pościel.  Serwuję sobie wówczas kawę rozpuszczalną, która dla mnie tak naprawdę nie jest prawdziwą kawą i w życiu nie napiję się jej w ciągu dnia. Nazywam ten napój kawą rozpieszczalną.

Właśnie w ten sposób witaliśmy każdy dzień na Woli, kiedy podczas kwietniowo-majowej wizyty pogoda nas nie rozpieszczała niską temperaturą. Opatulona jak mumia egipska, schodziłam na dół (oglądając się na boki za duchami, oczywiście), parzyłam kawę dla siebie i Krzysia, który budził się dopiero wówczas, jak dostał kubek pod nos. Warunki na Woli uznałam za zbyt ekstremalne na kawę rozpuszczalną, zatem dla siebie parzyłam kawę rozpieszczalną sypaną, tak po polsku (nie po turecku!). Ekspres do kawy stał obok, ale dlaczego po polsku, wyjaśnię niżej.

Do każdej pory dnia i rodzaju kawy mam przypisany kubek. Poranna kawa rozpieszczalna celebrowana jest w niewielkim bolesławieckim kolorowym kwiecistym kubeczku, który uwielbiam. Jest to prezent od jednej miłej koleżanki, a trafiony w dziesiątkę, ponieważ sama pokazałam palcem, co chcę dostać na urodziny :-)

Kawa najważniejsza, ta o godzinie 11.00, zazwyczaj pochodzi z ekspresu, no chyba, ze Krzysia nie ma w domu, ponieważ to on jest w ciągu dnia mistrzem baristów w naszym domu. Tę kawę pijemy w kubkach chyba angielskich. Była wiele lat temu krótka seria tego typu nietypowych dla tej części Europy kubków w Tesco. Mam obsesję na punkcie kubków, zatem mimo wysokiej ceny, nie mogłam sobie odmówić zakupu aż 4 sztuk, by był w domu zapas. Tych kubków (wybaczcie moi przyjaciele) nie pozwalamy dotykać nikomu, bo są nie do odkupienia. Kiedyś zdarzyło się, że przyjaciółka zamierzała sobie coś zaparzyć i sięgnęła... Zdaje się, że zawarczałam wówczas, jak wściekły pies :-)

Od lewej kubek z młynem jest Krzysia, a ten z zamkiem mój.

Rozglądałam się za jakimiś kubkami w Prowansji, których motywy nawiązują do lokalnej tradycji i wyobraźcie sobie, o zgrozo, nie znalazłam!!!

Jeśli akurat Krzysia nie ma w domu, ja parzę sobie kawę tradycyjnie po polsku, czyli zalewam wrzątkiem zmielone ziarna. Ale wówczas nie sięgam już po angielski kubeczek, oj nie… Tego typu kawę pijam w brązowym ulubionym kubku, który nabyłam kiedyś w Bolesławcu na dorocznym jarmarku. Jest to kawa żałobna, bo żałuję, że nie piję jej w towarzystwie ukochanego.


Czemu nie robię sobie kawy z ekspresu, którą to uwielbiam?

-Ponieważ Krzyś robi najsmaczniejszą na świecie kawę z ekspresu i żal profanować produkt (to wersja oficjalna, kiedy wpis czyta Chłop)

-Ponieważ jestem śmierdzącym leniem i najzwyczajniej mi się nie chce pierdzielić z maszyną (to wersja nieoficjalna, kiedy Chłop nie czyta)

(W zależności od tego, czy Chłop to przeczyta, to sobie niepotrzebne skreśli :)

Następna rytualna kawa wypada po obiedzie, czyli w okolicach godziny 14.30-15.00. Sytuacja jest analogiczna do kawy przedpołudniowej. Jeśli Krzyś jest w domu, a zazwyczaj na obiedzie jest, kawę pijemy z ekspresu. Ale uwaga, mój kubeczek się zmienia. Po południu powracam do mojego porannego małego kolorowego kubka bolesławieckiego. Jeśli z jakiegoś rzadkiego powodu Krzysia w domu nie ma, tak jak na ten przykład dzisiaj, znów powracam do kawy żałobnej, czyli sypanej zalewanej podanej w brązowym kubeczku bez ornamentów.
Ciekawe, czy się pogubiliście? ;-)
Więcej kawy w ciągu dnia nie pijamy. Brązowy kubeczek z pękatym brzuszkiem służy mi do końca dnia do popijania herbatki. Chyba, że są to ziółka, to kubeczek jest inny…
Może o tym już kiedyś indziej :-)

Dziś jeszcze chciałam Was zaprosić do zagladania i wsparcia bloga naszego wirtualnie zaprzyjaźnionego blogera Permakulturnika:

Warto docenić w dzisiejszych zabieganych i zwariowanych czasach wartości i wiedzę, która jest tam prezentowana. Wydaje się, że jedynym lekarstwem na ten pokręcony świat jest powrót do natury, zdrowego i zrównoważonego gospodarowania zasobami oraz odżywiania się.

A przy okazji... To stamtąd niegdyś dowiedziałam się, że kawę można spożywać również w alternatywny sposób. Ale tego sposobu Wam nie zdadzę. Dociekliwi niech poszukają sami :-)