15 maja 2013 roku, decyzją NSA, po blisko 25-letnich staraniach i walkach w sądach, bezprawnie zrabowany w 1945 roku Dwór na Woli Zręczyckiej pod Krakowem, został przekazany z powrotem rodzinie-spadkobiercom jego budowniczych i dawnych właścicieli.
Tego dnia postanowiliśmy porzucić całe swoje dotychczasowe życie i poświęcić się przywróceniu i zachowaniu pamięci o tym niezwykłym miejscu. Dwór i należace do niego obiekty przez dziesiątki lat rządów PRL zostały doszczętnie rozrabowane oraz zniszczone przebudową i rozbiórką. Mozolnie dokonujemy rewitalizacji tego miejsca, by uczynić go lokalnym centrum kulturotwórczym i turystycznym. Na terenie obiektu działa już Muzeum Dwór Feillów oraz agroturystyka. Klikając w zakładki, zapoznacie się z naszą ofertą.
Jest to opowieść o czasach dawnych i tych współczesnych, o naszych zmaganiach z materią, zarówno zabytkową, jak i tą żywą, o stosunkach z urzędami i sąsiadami. Jest to blog o życiu, do którego serdecznie Was zapraszamy.

poniedziałek, 30 listopada 2015

Muzeum archeologiczne w Krakowie.

„Sześć dni pracy, jeden dzień w tygodniu na kulturę”- powtarzam sobie to zdanie od kilku miesięcy, jak mantrę. Drugie zdanie, które próbuję wtłoczyć sobie do głowy z nadzieją na realizację brzmi- nie rzadziej niż jeden wpis na blogu na tydzień. I oba te przykazania łamię, obwiniając nie siebie, ale wyciekający gdzieś do innych chyba wymiarów czas.
To nie jest tak, że jesteśmy jakimiś tytanami pracy. Owszem, pracujemy, remontujemy i efekty powoli zaczynają być widoczne. Ale też odpoczywamy, zagłębiając się czy to w lekturze ciekawych książek, czy snując plany i przeglądając czasopisma, Internet w poszukiwaniu inspiracji. Szczególnie teraz, kiedy dni są tak krótkie, gdy nie chce się wstać z łóżka po 8 rano, nie wiadomo jakim cudem już nachodzi wieczór. Tu w Małopolsce ku mojemu zdumieniu, w listopadzie dzień kończy się po 15.00-tej.  Ktoś mi ukradł przynajmniej pół godziny, jak nie więcej, dnia! A że świt nadchodzi tu o tyle samo wcześniej, tego nie rejestruję, bo rzadko wyglądam za okno o 7 rano, nawet latem. Takie z nas śpiochy. W taki krótki dzień i w smętne okoliczności przyrody, trudno się nam wyrwać ze swojego mikrokosmosu. Wtedy człowiek odczuwa naturalną potrzebę zawinięcia się w koc z grzańcem w dłoni, a nie szwendania się po zatrutym smogiem mieście.

Puknęliśmy się wreszcie w głowę i na chwilę otrząsnęliśmy z odrętwienia. Mieszkamy tu od kwietnia i nie byliśmy jeszcze w najważniejszym dla nas muzeum-archeologicznym.

Muzeum archeologiczne w Krakowie ma dwa oddziały- główny mieści się w samym centrum miasta na ulicy Senackiej, natomiast drugi oddział znajduje się w Branicach, obecnie jest to część Nowej Huty. Bardzo słusznie miejscowość ta skojarzyła mi się ze słynnym rodem Branickich, ale na miejscu okazało się, że sprawy nie przedstawiają się tak, jak sobie je ułożyłam w głowie przed wizytą.
Jako, że my zawsze jesteśmy na przekór i w poprzek obowiązujących norm, wybraliśmy się najpierw nie do siedziby głównej, a właśnie do Branic. 

źródło obrazka: http://www.ma.krakow.pl/artykuly.php?i=1.46.147&gl=2&j=0

Wymyśliliśmy sobie bowiem, że w tym pięknym białym klasycystycznym dworku, jaki zobaczyliśmy w Internecie, eksponowana jest interesująca nas kolekcja. Nasza wyprawa miała charakter nie tylko czysto turystyczny, ale i leciutko szpiegowski. Jak też organizatorzy poradzili sobie z ekspozycją muzealiów w dworku?  Może coś nas zainspiruje, lub skłoni o przemyśleń?

Poniedziałek jest dniem, kiedy w Branicach ekspozycję można zobaczyć bez opłaty za wstęp. Trochę się martwiliśmy, że będą z tej okazji tłumy ludzi, ale na miejscu okazało się, że masy turystów kręcą się tylko i wyłącznie po ścisłym centrum Krakowa. W Branicach atmosfera była senna, a żeby się dostać do środka, trzeba było narobić hałasu, czyli wydzwonić kustosza.  I cóż się okazało?
W białym klasycystyczny dworku nie ma ekspozycji, jest tam zaplecze administracyjne.
Biały dworek nie jest rezydencją Branickich.
Za ślicznym białym dworkiem kryje się prawdziwa perełka- oryginalny, renesansowy dwór nawiązujący jeszcze stylem i kształtem do wież rycerskich, zwany moim zdaniem pogardliwie i niesprawiedliwie, lamusem. Rozumiem, że jest to nazwa zwyczajowa, gdyż rodzina Badenich, właściciele majątku po Branickich, urządzili sobie w starym dworku magazyn. Wydaje mi się jednak, że już czas, by zwrócić tożsamość i należny szacunek tej budowli, absolutnie rewelacyjnej i jednej z nielicznych tego typu w naszym kraju.



Przyznam szczerze, że początkowo nie mogłam uwierzyć, że jest to autentyczny renesansowy dworek, myślałam, że takie rzeczy-oryginały- tylko sobie mogę obejrzeć we Włoszech. Naprawdę Krakusy są za bardzo rozpieszczeni bogactwem zabytków w sercu miasta, że nie reklamują, nie promują, nie starają się zwrócić uwagę turystów na ten obiekt.

Ekspozycja wewnątrz dworku wydała mi się zbyt skromna, choć kilka zabytków zwróciło moją uwagę. Pragnę przypomnieć, że przy budowie Nowej Huty okryto olbrzymią liczbę stanowisk związanych ze wszystkim epokami archeologicznymi. To miejsce było dla ludzi szczególnie atrakcyjne z powodu żyznej gleby- czarnoziemu i bliskości cieków wodnych. Wyobrażam sobie, jakie cuda, setki, a może nawet tysiące cudów, muszą kryć się w magazynach muzealnych.


Dla mnie to zabytek nr 1. 
Wygląda jak ceramiczna imitacja worka skórzanego. 
Neolityczne wielkie naczynie. 
Po napełnieniu musiało być niezwykle ciężkie. 
Może nie pełniło funkcji użytkowej? 
To jest własnie cudowne w archeologii.
Zostaje tak dużo miejsca na wyobraźnię.


Tajemniczy przemiot, ale nie jednostkowy. 
Przedmioty o podobnych cechach są znajdowane 
na stanowiskach z okresu halsztackiego (800-450 r p.n.e.) 
Jedni twierdzą, że to lampiony, inni, że kadzielnice. 

Szok! Oryginalny, renesansowy kominek z czasów budowy dworu.



W niedzielę natomiast, również korzystając z dnia otwartego, pojechaliśmy do Krakowa na Senacką. Tam spędziliśmy prawie 3 godziny. Mnie szczególnie ciągnęło w kierunku Egiptu. Nie rozczarowałam się.
W muzeum nie wolno używać flesza, stąd słaba jakość zdjęć. W dziale Egiptu panowały przysłowiowe egipskie ciemności. To też miało swój urok.










Poszczególne ekspozycje z technicznej strony naprawdę zrobiły na mnie wrażenie. Pięknie wyeksponowane zbiory, bardzo ciekawe z punktu widzenia turysty, nie związanego z branżą, rekonstrukcje. Wystawy przyjazne każdemu, zarówno dzieciom, jak i dorosłym.

Mocnym przeżyciem było dla mnie stanięcie twarzą w twarz ze Światowidem ze Zbrucza, tysiące razy oglądanym przeze mnie w książkach, którymi zaczytywałam się od dziecka. Eksponowany jest w osobnym pomieszczeniu, a efektownie oświetlony, robi magiczne wrażenie.



Wystawa poświęcona Egiptowi i Peru zaspokoiła w pełni moje oczekiwania, natomiast nie do końca jestem usatysfakcjonowana wystawą poświęconą archeologii Polski. Absolutnie do niczego nie mogę się przyczepić, gdyż wybrano typowe dla poszczególnych epok eksponaty, które dobrze obrazują rozwój kultur pradziejowych w czasie. Brakowało mi jakichś perełek, spektakularnych zabytków, na jakie jestem pewna, że natrafiono podczas badań tej bogatej w odkrycia okolicy. Zabrakło mi Celtów, którzy byli obecni na tym terenie i na pewno pozostawili po sobie piękną biżuterię i przedmioty użytkowe. Chłop natomiast miał żal, że nie podawano na etykietach muzealnych miejsca znalezienia poszczególnych przedmiotów. Może jest to niepotrzebne dla normalnego turysty, ale dla archeologa mieszkającego w Małopolsce od niedawna, to podstawowa informacja.




Ewolucja w czasie
Homo sapiens Neanertalensis (?) i homo sapiens Chłop :-)



Baba.
Po prostu baba.
Nie wiadomo, po co i do czego 
komu była potrzebna kamienna baba.


 Wiem, że jestem szurnięta na punkcie archeologii i przez to nieobiektywna, wiem, że w Krakowie są dziesiątki fantastycznych miejsc do oglądania, którymi nawiasem mówiąc, będę się z Wami powoli dzielić. Jeśli jednak znajdziecie się w tym mieście, warto wejść do muzeum archeologicznego.
I pamiętajcie o renesansowym dworku w Branicach.

sobota, 14 listopada 2015

Nowoczesność w domu i zagrodzie.

Nie jest tajemnicą, że lubimy otaczać się starymi przedmiotami z duszą. Czas jednak zdradzić Wam inną tajemnicę. Fascynują nas nowe technologie. Wreszcie mamy możliwość i przede wszystkim potrzebę, aby niektóre z nich wdrożyć. Nasz dom dzięki temu stał się wygodny, oszczędny w eksploatacji i ekologiczny. Wiem, że słowo „ekologia”  jest już dosyć wyświechtane, ale ja naprawdę uległam tej magii. Chcę być eko, chcę korzystać z możliwości jakie daje nam współczesna cywilizacja, jeżeli wpłynie to na jakość naszego życia i oczywiście na wysokość rachunków. W znaczeniu „niskość” :-)

We wpisach sprzed kilku miesięcy wspominałam Wam o koszmarnym piecu c.o, jaki zastaliśmy przejmując obiekt. Był to twór, który ział ogniem niczym smok wawelski, a karmił się gazem. Jak go włączaliśmy, by wyprodukować ciepłą wodę, licznik gazu tak wirował, że była obawa, iż odleci.
Pierwszą naszą inwestycją było zrobienie na nowo kotłowni. Z tej racji, że na posesję jest dociągnięty gazociąg, a inne formy ogrzewania wymagałyby zbyt dużych inwestycji, postanowiliśmy przy ogrzewaniu gazowym pozostać. Wybraliśmy nowoczesny piec gazowy kondensacyjny Viessmanna. Był to spory wydatek, ale liczymy na spore oszczędności na rachunkach. Piec kondensacyjny wykorzystuje w maksymalny sposób nie tylko paliwo, ale również skraplanie pary wodnej, dlatego, może niezbyt poprawnie logicznie, ale w sposób działający na wyobraźnię, mówi się, że takie piece mają ponad 100 proc wydajności.




Wspomniałam też wcześniej, że na posesji zastaliśmy zniszczone, zapadnięte i cieknące szambo. Konstrukcja betonowa powinna wytrzymać wieki, ale widocznie jego twórca spartaczył robotę. Długo myśleliśmy, jak rozwiązać ten śmierdzący problem. Nie mogliśmy przecież pozwolić, by nieczystości wylewały się na drogę, jak to miało miejsce podczas użytkowania go przez poprzednich mieszkańców. Tuż po przeprowadzce wysłuchałam wiadomości od mieszkańców wsi, że jak we dworku byli goście, szambo płynęło środkiem drogi. Cała wieś nie tylko widziała, ale przede wszystkim czuła hotelowych gości. To są rzeczy absolutnie niedopuszczalne. Drugą zatem większą inwestycją było zrobienie szamba na nowo. Po długich rozmyślaniach postanowiliśmy nie odbudowywać starego szamba, tylko postawić oczyszczalnię ścieków. Nasz wybór znów padł na nowoczesną, ale również niestety bardzo kosztowną, biologiczną oczyszczalnię BioDisc. Wysoką cenę również ma zamortyzować niski koszt jej eksploatacji. BioDisc jest przystosowany do zróżnicowanego zrzutu ścieków, co ma dla nas duże znaczenie. Dziś we dworku przebywamy tylko we dwójkę, ale w przyszłości może użytkować go nawet 20 osób. Turbiny dysku zasiedlone są bakteriami, które rozkładają nieczystości. System komór daje pewność, że z oczyszczalni wypływa czysta woda. 





„Rybki możecie sobie hodować w basenie”- rzekł wykonawca. 
Lekko się wzdrygnęłam. Oczyszczalnia ma wszystkie ekologiczne atesty i rzeczywiście, można tę wodę wykorzystywać, jak zupełnie czystą. Jednak sama świadomość, że to jest woda z naszych ścieków, raczej nie zachęca do hodowli ryb, chyba że ozdobnych. Wiem, że woda z wodociągu, którą używamy do picia, pochodzi z równie zanieczyszczonych cieków wodnych, ale czego oczy nie widzą…

Naszą największą inwestycją i spełnieniem marzenia są panele fotowoltaiczne. O pozyskiwaniu własnej energii ze słońca myśleliśmy od kilkunastu lat. Początkowo miały to być solary, ale nigdy nie było nas na nie stać. Lata mijały, technologia poszła do przodu, pojawiła się fotowoltaika. Czas też jakby zaczął sprzyjać tej inwestycji. Aby mieć jak najmniejsze w przyszłości rachunki za prąd, lub nie mieć ich wcale i nawet sprzedawać nadwyżkę do sieci, postawiliśmy panele o maksymalnej mocy, na jaką mogliśmy pozyskać kredyt.



10 kilowatów to moc naszej małej elektrowni. Dla porównania gospodarstwo domowe zużywa co miesiąc ok. 150 kWh prądu. Nasze gospodarstwo jest duże i będą momenty, kiedy ta wartość będzie znacznie większa. Mimo wszystko żywię nadzieję, że nie przekroczy ona wydajności naszej elektrowni i pozyskamy ze sprzedaży energii do sieci fundusze na pokrycie kosztów ogrzewania gazowego.

Niestety, nowoczesność jest cenna. Własna elektrownia to tak kosztowna inwestycja, że musieliśmy się zadłużyć. Liczymy jednak, że w przyszłości rachunek ekonomiczny będzie po naszej stronie. Wszak ludowe przysłowie i wszelkie święte księgi rzeczą, iż aby wyjąć, trzeba najpierw włożyć.
I tego się trzymamy!


niedziela, 25 października 2015

A my wciąż przetwarzamy.

Dni robią się coraz krótsze, październik powoli odchodzi w zapomnienie. Jest to pora, kiedy wszyscy neo-wieśniacy biegają gorączkowo po swoich włościach i szukają pożytków, które mogliby pozamykać w słoiczkach, by długą i ciemną zimę uczynić przyjemniejszą. 

Rozmawiałam ostatnio z jednym ze rdzennych tubylców, który będąc na dużej bani, tłumaczył mi, jak ciężkie jest życie na wsi i ile to się trzeba napracować, by związać koniec z końcem. Wszyscy mają nas tu za miastowych, tymczasem mamy już 15 letnie doświadczenie w tym, że wieś to nie tylko sielskie widoczki za oknem, ale praca od śniadania po zmierzch. 
-No widzi pani, a te kurwy tutaj to tylko pazury malują!- wyraził się o młodym tubylczym pokoleniu płci żeńskiej sąsiad, któremu potakiwałam w poglądach na ciężką pracę na wsi.
Hmm... no cóż... Ja pazurów nie maluję, bo mi się lakier zdrapuje na strunach od gitary, poza tym nie mam nic przeciwko malowaniu pazurów na wsi, jak ktoś lubi. Maluję pazury u nóg, w pracy mi to nie przeszkadza :-)


Po przerobieniu dostępnej ilości winogrona, zostały nam już tylko jabłka, które zamykamy w butlach, by zrobić z nich wino jabłkowe. I wypraszam sobie, by napój ten nazywać jabolem. Jestem dosyć wymagająca, jeśli chodzi o trunki alkoholowe. Wino jabłkowe naszej produkcji zawsze bardzo mi smakuje. Jest tylko jeden warunek, by pozwolić mu dojrzeć w butelkach przynajmniej pół roku. Kiedy zlewamy przerobione przez drożdże wino do butelek, zawsze próbujemy i nie było wypadku, bym nie skomentowała produktu „ale syf”! Myślę o produkcji cydru, ale nie mamy do tego jeszcze odpowiedniego wyposażenia i co tu ukrywać, odpowiedniej wiedzy. Pierwszy raz jest najtrudniejszy, może trafią się najpierw jakieś warsztaty z robienia cydru.


Produkcja win owocowych na Woli ma długą tradycję. Antoni Feill, pracownik naukowy, profesor chemii, zajmował się profesjonalną produkcją win owocowych, w które zaopatrywał między innymi restaurację Hawełka w Krakowie. Aż takich ambicji nie mamy, bo życia nam nie starczy. Wystarczą nam ilości produkowane na własne potrzeby.

Kilka dni temu na aukcji trafiło nam się prawdziwe cudeńko. Wypatrzyłam uroczy sekretarzyk w tak pięknym stanie, że bałam się, że to współczesna replika. Pani sprzedająca mebel zapewniła nas, że to porządnie poddany renowacji oryginalny mebel. Czekałam na niego z bijącym sercem. Oczyma wyobraźni widziałam, jak będzie pięknie wyglądał w naszym saloniku, który powoli przybiera kształt ostateczny. Po kilku dniach sekretarzyk stanął na miejscu.


Wyposażanie dworku trwa już od dłuższego czasu i jeszcze mnóstwo tygodni upłynie, zanim wszystko będzie skompletowane. Każdy taki mebel z przeszłością, który przybywa do naszego domu, jest wyjątkowy. Prawdopodobnie trochę już dziwaczejemy, ale traktujemy je prawie, jak członków rodziny. Tak mają ludzie, którzy „widzą” w starych przedmiotach duszę.

w saloniku

Tutejsze lasy obfitują w grzyby, niestety, amatorów na te pożytki jest więcej niż grzybów. Ludzie zjeżdżają do lasu wolskiego jeszcze przed świtem, by zdążyć przed konkurencją. Lubimy grzyby, nie lubimy tłoku w lesie i na szczęście nie jesteśmy jakoś specjalnie wymagający. Nie muszę zajadać się prawdziwkami, wystarczą mi rosnące na naszej posesji przed domem maślaki i kanie.

Kilka dni temu mieliśmy wesołe zdarzenie. Panowie dekarze, którzy mieli przerwę w pracy i  odpoczywali w podcieniu zobaczyli, jak Chłop wychodzi z domu z koszykiem.

-A dokąd pan idzie?- zapytał majster
-Po grzyby na obiad.
Była godzina 13-sta, taka okołoobiadowa. Majster „zrobił karpia”
-No co pan, na grzyby? Tu w tym lesie więcej ludzi niż grzybów!
-A ja mam swoje miejsca- odparł Chłop i oddalił się w głąb posesji. Za 5 minut powrócił z pełnym koszem maślaków i kani. Majster był wstrząśnięty.
-No co pan, jeszcze pan dobrze nie wyszedł, a już pan wraca z grzybami? Ja bym przez pół dnia u siebie tyle nie nazbierał!


I co, i były grzyby na obiad? Były!

Zainteresowanych ogrodami zapraszam serdecznie na mój gościnny wpis na blogu Ani Fajne Ogrody. Opowiadam swoje wrażenia ze zwiedzania Parku Citroena w Paryżu. To niezwykłe miejsce. Jak będziecie w Paryżu, zajdźcie.

piątek, 16 października 2015

Dwa smarkacze.

Muszę przyznać szczerze, iż nie zdawałam sobie sprawy, że podyplomowe studia muzeologiczne na UJ-cie, których zostałam słuchaczką, mają tak bogatą i długą tradycję. Od ponad 40 lat cieszą się ogromnym zainteresowaniem. Trochę głupio musiało zabrzmieć moje pytanie zadane latem telefonicznie pani w sekretariacie, czy są szanse, że studia ruszą, czy zbierze się odpowiednia liczba chętnych? Miałam wciąż w pamięci moje poprzednie studia podyplomowe, gdzie z trudem uzbierano 10 osób, a na to, by ruszyły, czekano 5 lat. Jakie było moje zdumienie, kiedy w zeszły piątek okazało się, że na roku jest 56 osób i nie wszyscy się dostali. Podejrzewam, że to ograniczenie narzuciła liczba miejsc w autokarze, gdyż na każdym zjeździe przewidziano wizytę w jakimś muzeum. Tym razem pojechaliśmy do Zamku w Pszczynie. Już na pierwszy rzut oka widać, że to wzorcowo prowadzona placówka. Mieliśmy okazję nie tylko obejrzeć muzeum, ale przede wszystkim posłuchać o sprawach zakulisowych, które dotyczą tylko i wyłącznie muzealników. O samym muzeum nie będę pisać, gdyż posiada ono świetną stronę internetową

Polecam wirtualny spacer po zamku. Nawet ta forma zwiedzania robi wrażenie. Dodam tylko, że dostąpiliśmy zaszczytu zwiedzenia miejsca nieudostępnionego na żywo turystom- sypialni i łazienki księżnej Daisy von Pless.
Kilka kadrów z zamku







to krzesło pasowałoby mi do sypialni


fragmenty karety Jana III Sobieskiego


Z Krakowa powróciłam nie tylko z dobrymi wrażeniami, ale z infekcją. Bakcyla złapałam najpewniej w zatłoczonym busie. Znów przeżyłam zdziwienie, że w weekendy busy są tak samo, jeśli nie bardziej zatłoczone, jak w dzień powszedni. Z reguły jeździmy do Krakowa busami poza godzinami szczytu. Jest wygodnie i sympatycznie. Łapiąc busa przed siódmą rano w Gdowie, nawet, a może zwłaszcza, bo w dni wolne jest mniej kursów, nie ma mowy o miejscu siedzącym. I tak miałam w niedzielę szczęście, że zostałam zabrana, bo nie wszyscy zdołali wsiąść do zatłoczonego środka transportu. Powrót po 18.00-tej z Krakowa też nie jest łatwy, szczególnie w piątek.

Po tych trzech dniach lekkiej transportowej nerwówki ustaliliśmy, że w soboty i niedziele rano do Krakowa będzie odwoził mnie Chłop. Wracać będę już busami, bo nie muszę spieszyć się na konkretną godzinę. Nie zabiorą mnie, trudno, będę czekać do skutku. Trochę mi nie będzie przyjemnie, bo ciemno i zimno, a do domu daleko, ale nie ma co kwękać. Tysiące ludzi z całej okolicy pracuje w Krakowie i z tego typu nieprzyjemnościami spotykają się codziennie.

W busie, jak to w życiu stłoczonym na kilku metrach kwadratowych- jeden kicha, drugi kaszle, trzeci smarka. Nieodporna na małopolskie wirusy, nie miałam szans. We wtorek dostałam bólu gardła i natychmiast dopadł mnie obłędny katar. Tak gwałtowne objawy sugerowały grypę, ale na szczęście nie gorączkowałam. Niestety, dwa dni później musiałam „wyzdrowieć”, bo zaraził się ode mnie Chłop. Smarkamy teraz na potęgę i na zmianę. Ja najgorsze mam za sobą, więc usiłuję wykonywać najważniejsze obowiązki, czyli karmić całe stado z chorym, zaległym w łóżku Chłopem włącznie oraz wyprowadzać psiaki.

We wtorek, w dzień mojego najgorszego samopoczucia, została ukończona nasza łazienka. Z racji trudnego stanu naszego skupienia, przeprowadzka sypialni na parter trwała dwa dni i jeszcze się nie zakończyła. Każde wejście na schody kończą się u mnie zadyszką. Za nami jednak pierwsza noc w nowej sypialni. Miało być tak pięknie, miał być szampan i fajerwerki na inaugurację miejsca, w którym przyjdzie nam spędzać do końca życia nocki, a tymczasem były pudła chusteczek higienicznych, i opakowania z lekami.

Nasza sypialnia kilka dni temu

Nasza łązienka kilka dni temu

Nasza sypialnia i łazienka dziś. Jeszcze nie mamy dopracowanych detali typu zasłony na okna i na baldachim, bibeloty, dojdzie jeszcze komoda, bo wciąż mam mało miejsca na rzeczy, zniknie telewizor, elektryczny grzejnik oraz żółta szmata. I tak już czujemy się, jakbyśmy spali w muzealnych wnętrzach, a będzie jeszcze bardziej bezkompromisowo. Wszystkie meble, prócz nieprezentowanej tu szafy na ubrania, to oryginalne, XIX-wieczne meble. Wszystkie za okazyjną cenę. Łóżko z baldachimem uważam za hit. Psiaki są zachwycone, że wreszcie mogą spać z nami w jednym pomieszczeniu.




Ten dekor w łazience to Fontanna Mórz z paryskiego Placu Zgody.
Mało brakowało, a byłaby tu wieża Eiffla. Zawetował mój pomysł Chłop.
Spoglądam sobie zatem siedząc na kibelku (zdjęcie z perspektywy muszli klozetowej) na fragment Paryża :-)





Chwilowo z przyczyn obiektywnych mamy zastój we wszelkiej pracy. Obowiązki jednak czekają. Mam nadzieję, że po weekendzie wstaniemy na nogi i nadrobimy te kilka dni niemocy.