15 maja 2013 roku, decyzją NSA, po blisko 25-letnich staraniach i walkach w sądach, bezprawnie zrabowany w 1945 roku Dwór na Woli Zręczyckiej pod Krakowem, został przekazany z powrotem rodzinie-spadkobiercom jego budowniczych i dawnych właścicieli.
Tego dnia postanowiliśmy porzucić całe swoje dotychczasowe życie i poświęcić się przywróceniu i zachowaniu pamięci o tym niezwykłym miejscu. Dwór i należace do niego obiekty przez dziesiątki lat rządów PRL zostały doszczętnie rozrabowane oraz zniszczone przebudową i rozbiórką. Mozolnie dokonujemy rewitalizacji tego miejsca, by uczynić go lokalnym centrum kulturotwórczym i turystycznym. Na terenie obiektu działa już Muzeum Dwór Feillów oraz agroturystyka. Klikając w zakładki, zapoznacie się z naszą ofertą.
Jest to opowieść o czasach dawnych i tych współczesnych, o naszych zmaganiach z materią, zarówno zabytkową, jak i tą żywą, o stosunkach z urzędami i sąsiadami. Jest to blog o życiu, do którego serdecznie Was zapraszamy.

środa, 10 czerwca 2015

Rajd Ziemi Bocheńskiej pod Dworkiem.

Niedługo odbędzie się impreza pt. Rajd Ziemi Bocheńskiej. Nie interesują nas tego typu wydarzenia, które z resztą odbywać się powinny na ściśle określonych ku temu trasach. Jakież było moje zdziwienie, kiedy auto rajdowe, jadące prosto na nas, ujrzałam podczas niespiesznego spaceru z Mantrą na naszej bardzo wąskiej lokalnej wiejskiej dróżce. Panowie wyhamowali z piskiem opon tuż przy nosie psa, a ja znacząco popukałam się w głowę. Nagle obok mnie wyrósł tłuściutki blondynek:

-A daleko państwo idą, bo my tutaj przeprowadzamy testy.
-Jakie testy?- zapytałam zdziwiona.
-Przed Rajdem Ziemi Bocheńskiej, nie słyszeli państwo?
-Nie- odparłam i ostentacyjnie ruszyłam środkiem dróżki, bo mi się wydawało, że coś jest cholernie nie w porządku.
-A może byście tak na bok zeszli?- nieuprzejmie krzyknął do nas drugi gnojek.
-Czy możecie mi powiedzieć, kto wam udzielił zgody na robienie sobie rajdów w środku wsi?
-Mamy pozwolenie od wójta.
-Acha- odparłam- to ja sobie jutro porozmawiam z wójtem.

Poszliśmy do domu. Pomyślałam sobie, że zrobię kilka zdjęć, będzie ciekawy materiał na bloga, dowód dla wójta oraz być może dla policji. Chciałabym bowiem wiedzieć, czy policja udzieliła zgody na jeżdżenie w terenie zabudowanym po 300 km/h i dlaczego nikt nie poinformował o tym mieszkańców wsi?

Kiedy wyszłam za bramkę i przygotowałam aparat, rzucił się do mnie rosły gnojek z rękami próbując uniemożliwić mi zrobienie zdjęć.



-Czemu pani mnie fotografuje?- krzyknął nerwowo- Ja sobie nie życzę!
-Ależ ja pana nie fotografuję, tylko robię zdjęcia imprezy, która odbywa się pod moim domem.
-Pani nie wolno!
-Ależ oczywiście, że mi wolno!

Po tej ostrej wymianie zdań i machaniu rękami, spokojnie porobiłam fotki. Uwieczniłam też twarze „organizatorów”.  Każdy bandyta w tym kraju ma prawo do ochrony wizerunku, więc muszę zakryć oczy bohaterów tego wpisu. Jestem jednak pewna, że mieszkańcy okolicy doskonale znają te indywidua.





Po wielokrotnym przejechaniu trasy od kapliczki do końca wiejskiej drogi w tempie dla mnie niewyobrażalnym, uwieczniłam auto. Prędkość z jaką jechali kierowcy (nigdy w życiu nie byłam na rajdzie, takie rzeczy widziałam tylko w telewizji) uniemożliwiła mi uchwycenie tablic rejestracyjnych, nie pomógł nawet program „sport” w aparacie. Ludzkie oko jednak jest niezastąpione. Po następnych przejazdach, mieliśmy już komplet literek i cyferek z tablicy: KBC36609.

Gnojki czuły się bardzo pewnie i po pewnym czasie zaczęli ignorować moją obecność z aparatem. Myślę, że może istotnie mają ciche przyzwolenie od lokalnych włodarzy na tego typu poczynania. Zamierzamy jutro na piśmie złożyć zapytanie do wójta, czy udzielił zgody na próby przed rajdem na niezabezpieczonej trasie, w środku wsi, 10 metrów od zabytkowego dworu i kapliczki, która stoi tuż przy drodze, nie informując o tym mieszkańców.

Myśleliśmy, że przejadą kilka razy i sobie pojadą, ale po 40 minutach nie wytrzymałam i poprosiłam Chłopa, aby zadzwonił na posterunek policji w Gdowie.

Panowie rajdowcy są jednak świetnie zorganizowani. Łebki obstawiają początek i koniec trasy i kiedy pojawia się jakiś samochód, a już na pewno radiowóz, mają dzięki łączności szansę na ukrycie się w lesie.

Jest to dla nas bardzo dziwne. Samochód był sportowy, załoga wyglądała, jak zawodowcy (kaski, kombinezony), ale czy robienie takich rzeczy można zaliczyć do kategorii sportu? Dla mnie to zwykłe bandyctwo.


Nie zostawimy tak tej sprawy, ponieważ w każdej chwili może dojść do jakiejś tragedii. Jeżeli dzieje się to za przyzwoleniem wójta i lokalne władze ukręcą łeb sprawie, zaangażujemy media.


I wysmarowałam pisemko do wójta, które jutro z rana pójdzie na dziennik podawczy.

Aneta Tyl
Zręczyce 51
32-420 Gdów


Wójt Gminy Gdów
Rynek 40
32-420 Gdów


W dniu 10.06.2015 pomiędzy godziną 17.50, a 19.50 na drodze prowadzącej od Podolan do Wólki Zręczyckiej, odbyły się jazdy testowe przed Rajdem Ziemi Bocheńskiej. Osoby podające się za organizatorów testów oświadczyły, iż na przeprowadzenie jazd testowych mają zgodę Wójta Gdowa.

Auto rajdowe o nr rej.KBC36609 przez dwie godziny, ledwo trzymając się drogi,  pędziło z zawrotną prędkością w tę i z powrotem po niezabezpieczonej drodze, w pobliżu zabudowań, stwarzając bezpośrednie zagrożenie dla mieszkańców, zwierząt oraz zabytkowych obiektów, jakimi są dwór na Wólce oraz kapliczka. Zdarzenie to zostało zgłoszone telefonicznie policji.

Na podstawie art.2, Ustawy z dnia 6.09.2001 r. o dostępie do informacji publicznej, proszę o pisemną informację, czy Wójt Gdowa, lub ktoś w jego imieniu, wyraził zgodę na przeprowadzenie jazd testowych przed Rajdem Ziemi Bocheńskiej.

                                                                Z poważaniem
                                                                                                      Aneta Tyl

I mailik do organizatorów Rajdu, czyli do Automobil Klub Śląski:

W dniu 10.06.2015 pomiędzy godziną 17.50, a 19.50 jedna z załóg biorących udział w tegorocznym Rajdzie Ziemi Bocheńskiej, zorganizowała sobie nielegalny trening rajdowy w miejscowości Wola Zręczycka, gmina Gdów. Auto o nr rejestracyjnym KBC36609 (prawdopodobnie był to Citroen c2) przez 2 godziny jedziło w tempie rajdowym, ledwo trzymając się nawierzchni, drogą pomiędzy Podolanami, a Wolą Zręczycką, 1 metr od płotu otaczającego posesję zamieszkałego zabytkowego dworu i XIX- wiecznej kapliczki, 10 metrów od zabudowań. Zachowanie kierowców i szaleńcze tempo jazdy zagrażało bezpieczeństwu ludzi, zwierząt i ich dobytku. Incydent ten został zgłoszony policji.
Kierowcy do pomocy zatrudnili młodzież, która nie tylko odmierzała czas, ale arogancko odnosiła się do próbujących powstrzymać dziki rajd mieszkańców posesji.

W załączniku przesyłam zdjęcia rozpędzonego auta i zatrudnionej młodzieży.
Pragnę zauważyć, że zachowanie kierowców biorących udział w organizowanym przez Wasz Klub rajdzie jest zaprzeczeniem idei sportu. Sportowcy powinni dawać przykład młodzieży, tymczasem tacy "idole" uczą ich nagannych zachowań nie tylko względem ludzi, ale i braku poszanowania dla ludzkiego życia i bezpieczeństwa na drodze. 
Liczę, że nie trzeba będzie czekać na tragedię, aby zwrócili Państwo uwagę na wybryki załogi auta o nr rej. KBC36609. Wiejskie niezabezpieczone drogi nie są torem wyścigowym, ani miejscem na testowanie auta przed Rajdem. Zachowanie uczestników Rajdu kładzie cień zarówno na organizatorach, sponsorach, jak i na marce, jaką jest Rajd Ziemi Bocheńskiej.

Z poważaniem

sobota, 6 czerwca 2015

Wycieczka do Niepołomic.

Piwonie podobno pięknie pachną. Pochyliłam się nad naszą, zastaną po poprzednich użytkownikach Dworu piwonią, wsadziłam nos w czerwone płatki i wszystko sobie przypomniałam. 


Piwonia pachnie Bożym Ciałem. Od piątego roku życia, wbrew własnej woli, byłam wciskana w krakowski serdaczek i godzinami maszerowałam w procesji sypiąc kwiatki. W upał, w deszcz, nie ważne, że nóżki bolały, że bałam się, że mama nie odnajdzie mnie w tym tłumie ludzi, tuptałam, bo wyjścia nie miałam. 
Piwonia nie pachnie dla mnie ładnie. Tak naprawdę bardzo nie lubię piwonii.

W tegoroczne Boże Ciało postanowiliśmy wybrać się na wycieczkę do Niepołomic, bo tam jeszcze nas nie było. W Niepołomicach znajduje się zamek królewski ufundowany przez Kazimierza Wielkiego, a samo miasto stanowi wrota do Puszczy Niepołomickiej. Nie byliśmy pewni, czy w Boże Ciało otwarte jest muzeum zamkowe, ale Niepołomice są tak blisko (mamy tam nawet oddział ARiMR-u), że będzie jeszcze okazja, by wnętrze zamku zwiedzić.

Wyruszyliśmy do Niepołomic drogami przez wsie. W każdej wiosce trwały przygotowania do procesji. Szczęśliwie udało nam się przejechać zanim procesje ruszyły. 


W Niepołomicach zaparkowaliśmy auto niedaleko kapliczki i dalej ruszyliśmy na piechotę. To był dobry pomysł, ponieważ natknęliśmy się na procesję, która akurat wyruszyła spod kościoła, równie starego i zasłużonego, jak niepołomicki zamek.

I wspomnienia powróciły

A w samym miasteczku takie cuda:

Bosko kwitnący rododendron

Zegar słoneczny z prawdziwego zdarzenia

Jak pięknie już kwitną róże!
U nas jeszcze coś słabiutko.

Cudny ryzalit!

Cudny ratusz! To neogotycka budowla z początku XX wieku. 
Trochę nam się skojarzył z Krzyżakami, ale to nie ta bajka :-)

I kolejny cudny ryzalit!

I niemniej cudowny szyld apteki.

I równie cudowna brama do tejże apteki.

Istotnie, wnętrza zamku były w tym dniu niedostępne, jak nas poinformował pan z obsługi, ale okazało się, że po dziedzińcu i ogrodach królowej Bony można sobie pospacerować, co też uczyniliśmy.

Chłop natychmiast udał się podziwiać swoje ulubione zabawki, ja chłonęłam atmosferę i wypatrywałam odpowiednich kadrów do zdjęć. Wypatrzyłam Stańczyka.











Ogrody królowej są ubogie, bo tylko odtworzono barokowe kształty rabat, ale i tak lokalnej społeczności należą się wielkie brawa. Potrafią korzystać z unijnych funduszów i dzięki temu ich miasto rozwija się, pięknieje. Chętnie polecę Niepołomice moim przyszłym turystom.






Którędy na Grunwald? :-)

O zamku w Niepołomicach zainteresowani mogą sobie poczytać na wielu innych stronach w Internecie, z Wikipedią włącznie, ja opowiem jedynie o tym,  co nas zdumiało. Na dziedzińcu wyeksponowane są fotografie z lat 80-tych XX wieku. 



Byliśmy w szoku widząc, w jakim stanie był ten obiekt, zanim został poddany renowacji. Jesteśmy przyzwyczajeni do ruin i upadających zabytków na Dolnym Śląsku. Rozumiemy fenomen dziejowy, który doprowadził do niszczenia obcych kulturowo zabytków przez ludność, która po wojnie na Śląsk przybyła. Nie rozumiemy ni w ząb, dlaczego zabytek rdzennej polskiej kultury był przez wiele dziesiątek lat tak okrutnie traktowany? Czy wszystko da się wytłumaczyć tylko i wyłącznie przez pryzmat komunizmu?

Po zwiedzeniu miasteczka, zjedliśmy bardzo kiepskie lody w lokalnej kawiarni. Starając się jeść produkty nieprzetworzone, zdrowe, jestem już wyczulona na chemię, jajka w proszku i tym podobne wynalazki. Wiem, że mimo wszystko na ulicy można kupić pyszne lody. Ostatnio zasmakował nam ten specjał ze zwykłej budki w Gdowie.

Wracając do domu nie oparłam się mojej skłonności do krytycyzmu i porównań. Stwierdziłam, że Puszcza Niepołomicka wygląda przy Borach Dolnośląskich, jak miejski park. Muszę być jednak sprawiedliwa, ponieważ w okolicach Niepołomic jedynie otarliśmy się o skrawek słynnej puszczy. Niewątpliwie jeszcze w tym sezonie postaramy się bardziej w puszczę zapuścić.


A propos „zapuścić” to przypominam, że w Zapuście nowi właściciele już działają i zmagają się z trudami. Zapraszam Was w imieniu Wojtka do poznania ich historii i śledzenia postępów. Mam nadzieję, że Wasze zainteresowanie zachęci autora bloga do większej aktywności.

piątek, 29 maja 2015

Wiejskie klimaty.

Wiedziałam, że posiadanie na własność kapliczki, usytuowanej pod samym oknem, prędzej czy później może generować jakieś problemy. Bardzo nam się podoba zwyczaj święcenia wielkanocnych jaj pod kapliczką, jak i nieliczne w roku msze odbywające się siłą rzeczy tuż pod naszymi oknami. Są to imprezy zapowiadane i można się jakoś do tych atrakcji przygotować. Jest czas, by wyskoczyć do apteki po stopery, albo zakryć sobie uszy poduszką. Podczas gdy Chłop z ciekawości wziął udział w mszy za plony, ja uznałam to za zbyt ekstremalne przeżycie. Zamknęłam się w szóstce i zażyłam długiej, pokrzepiającej i kojącej ablucji.
Mój stosunek do tego typu imprez nie przeszkadza mi z przyjemnością patrzeć na krztąjące się wokół kapliczki panie, pieczołowicie dbające o wystrój, kwiaty i to, by zawsze paliło się tam światełko.

Dużo też niestety słyszeliśmy o grupach młodzieży spotykającej się latem pod kapliczką, lub przy rosnącym nieopodal dębie, które ponoć zakłócają spokój. Cóż, takie rzeczy są normą w blokowiskach, widocznie czasem zdarza się i w tym miejscu. Młodość swoje prawa ma, choć upierdliwe, to jednak całkiem zrozumiałe. Szokujący wydał mi się natomiast zwyczaj picia wódki pod kapliczką przez mieszkańców płci męskiej po mszy za plony, który obecnie, szczęście to wielkie, został zarzucony. Jezus Maria, jak to przed obliczem Matki Boskiej chlać wódkę??? Broń boże nie chcę tutaj deptać wielowiekowej być może tradycji, ale wybaczcie, nie mieści mi się to w głowie!

Tymczasem okazuje się, że to nie młodzież daje nam popalić pod kapliczką. Problemem są stuletnie staruszki, fani Ojca na R.  

Ciepłe piątkowe popołudnie. Jestem przed domem, pielęgnuję sierść Mantry. Otacza mnie cudowna przyroda i błoga cisza. Nagle ciszę tę przerywa nagły i gwałtowny ryk samochodowego radia. Podskakuję jak oparzona, szczotka wypada mi z rąk. Gaja biegnie za dom pod kapliczkę i zaczyna szczekać. Wychylam się, patrzę, a tam jakiś dziadek w „srebrnej strzale” na cały regulator włączył Radio Maryja. Mówię Wam, blokersi i dżolerzy w swoich beemkach nie mają takiego nagłośnienia! Ścierpła mi skóra. Gaja drze się jak oparzona, Mantra wpadła w panikę. Myślę sobie, może to biedny starszy człowiek, który jest po prostu głuchy? Odklepie jedną koronkę, czy co tam leci i pojedzie. Będę wyrozumiała. A przynajmniej się postaram. 

Udało mi się opanować spanikowaną Mantrę i zamknąć ją w domu. Niestety, pobiegła do swojego ulubionego pokoju, którego okna wychodzą wprost na kapliczkę. Huk, jaki wydobywał się z radia był tam jeszcze bardziej słyszalny. Schowała się w najciemniejszy kącik i drżała. 
"Nie wytrzymam"-pomyślałam sobie po drugiej koronce, "pies mi zejdzie na atak serca". Co robić? A jeśli to prowokacja? Zwrócę uwagę, poskarżę się na przeszkadzający mi hałas, to pójdzie plotka, że nowi właściciele dworu są nieprzyjaźnie nastawieni do miejscowych i ich zwyczajów. A sama wiem, że stuletni staruszkowie, szczególnie fani Ojca na R. są czasem bardziej agresywni niż współczesna młodzież.

Po trzeciej koronce, czy cokolwiek to było, sama zaczęłam się trząść i drżeć na całym ciele. Huk wydobywający się już od dłuższego czasu z radia nie zdołał do końca dokopać moim szarym komórkom, postanowiłam dziadka pokonać własną bronią. 
Rzut oka na odtwarzacz CD i przez głowę przelatuje mi myśl: 
„Gdzie do licha położyłam płyty”? 
Rzucam się na piętro, rozbebeszam jeszcze nierozpakowany karton. 
„Czym ja mogę z dziadkiem i jego nagłośnieniem konkurować?” 

Mój „metalowy” okres życia  przypadł głownie na czasy kaset magnetofonowych, ale coś chyba powinnam mieć. Jest Marilyn Manson, ale go odrzucam, bo to raczej kołysanki dla grzecznych dzieci. Gdzieś na pewno jest Sepultura. Szukam gorączkowo i na złość wpadają mi w ręce same szanty i Leonard Cohen. Jest Paradise Lost i płyta Gothic. Powinno być dobrze. 
Rzucam się gorączkowo na dół, ale dziadek chyba już poczuł powiew szatana. Kiedy jestem w pokoju, panuje już cisza i przez okno widzę wsiadającą do auta postać. Pozostało mi już tylko zapamiętać numery rejestracyjne „srebrnej strzały”. Ciekawe, co powie dzielnicowy, jak zamelduję, że mir domowego ogniska zakłóca mi stuletni staruszek? 
Płytę Gothic puszczam dla ukojenia nerwów, cichutko, by słychać było ją tylko w pokoju. Nie chcę zakłócać nikomu swoją muzyką ciszy i piękna tego piątkowego popołudnia.


Stuletni staruszku w swojej srebrnej strzale z turbonagłośnieniem. Jeśli nie rozumiesz idei modlitwy, która powinna przebiegać w ciszy i skupieniu, przybywaj. Moja ulubiona płyta czeka przy oknie z widokiem na kapliczkę. 



niedziela, 24 maja 2015

Łyżka dziegciu.

I stało się to, na co czekaliśmy z niecierpliwością i nie ma co ukrywać, z ciężkim sercem. Otrzymaliśmy ekspertyzę wykonaną przez biegłego rzeczoznawcę sądowego odnośnie stanu technicznego budynku dworu. W ten nasz wielki słój miodu, jakim jest opieka nad dworkiem i jego otoczeniem, wkradła się całkiem spora łyżka dziegciu.

Ustawa o ochronie zabytków nakłada na właścicieli nieruchomości wpisanych w rejestr zabytków obowiązek dokonania niezbędnych remontów, aby zapobiec dalszemu ich niszczeniu. Inną sprawą jest, że konserwator interesuje się zabytkiem tylko wtedy, kiedy właściciel zamierza zająć się pracami remontowymi. Niestety, remont pod nadzorem konserwatora jest dużo droższy niż naprawa zwykłego budynku. Muszą go przeprowadzać firmy, które mają odpowiednie uprawnienia, trzeba używać dopuszczonych przez konserwatora materiałów, a każdą zaplanowaną pracę trzeba poprzedzić stworzeniem kosztownego projektu. Do tego dochodzi koszt pozwoleń na każdą pracę.
Niestety, możemy zapomnieć o remoncie robionym panem Zdzisiem, Stasiem, czy Jasiem.

Oczywiście, spodziewaliśmy się kiepskiej opinii, bo mniej więcej orientujemy się w stanie technicznym nieruchomości, ale nie spodziewaliśmy się tak ogromnych kosztów, jakie przyjdzie nam ponieść, by właściwie zadbać o obiekt. Mieliśmy nadzieję, że jeszcze w tym sezonie uda nam się przygotować ze dwa, trzy pokoje dla gości, lecz z każdym tygodniem wydaje się nam to mało możliwe.

Chyba najpilniejszą robotą jest przekładka dachu, ponieważ na dzień dzisiejszy jest to sito. Widać to dopiero z od spodu, po wejściu na górny stryszek.


Drugą pilną sprawą jest wymiana starej kotłowni, głównie pieca gazowego, który jest przestarzały, skorodowany i zagraża bezpieczeństwu zarówno ludzi, jak i budynku. Trzecią pilną robotą jest zrobienie nowego szamba. Stare się zapadło. Poza tym wszystkim, robiąc na potrzeby ekspertyzy odkrywki, okazało się, że izolacja pod podłogą jest zelżała i dom ciągnie od spodu wilgoć, co też widać w postaci zacieków na ścianach. W miejscach, które odsłoniliśmy, belki na samym spodzie są przegnite.


A to zacieki i zbutwiałe miejsca od cieknącego dachu.



 Bardzo niepokoją nas pękające ściany.

Bale, z których zbudowany jest dworek też mają bardzo szerokie pęknięcia, które należy wypełnić jakąś specjalną żywicą. W wielu miejscach brakuje słomianej izolacji pomiędzy belkami. Oceniono stan zużycia bali na 50%. Trzeba też wymienić stolarkę okienną, ponieważ jest wypaczona i utraciła swoją funkcję, okna się nie domykają i budynek przez to traci ciepło. 


O takich pierdołach, jak cyklinowanie parkietów, bo ich wygląd to dramat, czy wymiana kafelek już nawet nie ma co wspominać. Zapomniałam z tego wszystkiego o kołatku (podobno to spuszczel pospolity), który od pewnego czasu zamilkł. Cóż, z nami to nawet duchy mieszkać nie chcą, co dopiero spuszczel:-)

Podsumowując, koszty podstawowego remontu zostały oszacowane na prawie pół miliona złotych, bez wliczania w to wszystkich instalacji i robót wykończeniowych. Ze względu na nie do końca jeszcze uregulowane sprawy własnościowe, nie mamy szans na uzyskanie dofinansowania zarówno od konserwatora zabytków, jak i dotacji unijnych na remont zabytku. Ale nie zamierzamy też czekać, aż dwór zawali się nam na głowę, zamierzamy działać. Nie wiem jeszcze, jakim cudem uniesiemy te koszty, bo taką ilością gotówki nie dysponujemy (a gdzie urządzanie się, przygotowanie pokoi, ogrodu?). Jedno jest pewne, nie damy rady zrobić tego wszystkiego na jeden raz. Trzeba będzie ustalić priorytety i rok po roku realizować kolejne etapy.

Mamy jednak nadzieję, że pierwsi goście odwiedzą nas już przyszłą wiosną.

niedziela, 17 maja 2015

Niechciani goście.

W niedzielę, jak na Dzień Pański przystało, udaliśmy się do Świątyni. Świątyni Konsumpcji. Nie możemy się przyzwyczaić do wszechobecnego tutaj tłoku panującego w dni powszednie. Jak już wcześniej wspominałam, ma to swoje plusy, ale i minusy. Plusem zagęszczenia jest duży wybór sklepów rozmaitej branży oraz rewelacyjne połączenia busami z Krakowem, Wieliczką, Bochnią i Limanową. Minusem są kolejki w sklepach, od których odwykliśmy oraz czasem brak miejsca parkingowego. Zorientowaliśmy się, że w niedzielę przed południem mieszkańcy siedzą w kościele, a lokalna Biedronka świeci pustkami. Można na spokojnie, bez przepychania się i bez stania w kolejce do kasy, zrobić podstawowe zakupy.

Kiedy przejeżdżaliśmy przez sąsiednią wieś, przyciągnął moją uwagę niezwykły, naprawdę ogromny baner, powieszony na bramie jednej z posesji. Właściciel albo robi remont, albo się dopiero buduje. I już narobił sobie wrogów. Czyżby spodziewał się wizyty niechcianych gości?

































Po powrocie do domu wybuchła w naszym skromnym dwuosobowym gronie dyskusja, czy jest to akt desperacji, odwagi, a może fantazji, czy jest to objaw czystego szaleństwa podsyconego manią prześladowczą? 
A co Wy o tym sądzicie?


środa, 13 maja 2015

Zegar słoneczny.

W sobotę odwiedziła nas Ania z bloga Fajne Ogrody, która roztoczyła opiekę merytoryczną nad naszym obejściem wokół Dworu. Zwierzyłam się jej, że od dłuższego czasu zastanawiamy się, co umieścić na środku klombu, w miejscu, gdzie jeszcze niedawno stała wysoka daglezja.

-Weź pod uwagę, że mamy trwały uraz po tym drzewie, a chcemy mieć na klombie jakiś akcent, ale najwyżej wysokości 150 cm- tłumaczyłam Ani. – Myślałam o magnolii, ale krzaczastej, żeby znów nie wyrosło nam zasłaniające Dwór drzewo.

-A może warto dać na środek nie roślinę, ale jakiś gadżet?- podsunęła nam pomysł Ania, a mnie od razu, nie wiedzieć czemu, stanął przed oczami plastikowy krasnal. –Nie to, żeby od razu fontanna, ale jakaś rzeźba, a może zegar słoneczny?

Ha! Zegar słoneczny! Owszem, jakiś czas temu myśleliśmy o czymś takim.

Tego samego dnia wieczorem rzuciłam się do komputera i przejrzałam oferty sklepów z gadżetami ogrodowymi. Rzeźby, cóż… betonowe to może i byłyby w zasięgu naszej kieszeni, ale kamienne, czy z brązu (a tylko takie rzeźby tolerujemy) to już nie za bardzo. Mentalnie razem z Chłopem tkwimy w XIX wieku i żaden modernizm, żaden betonowy brutalizm nie jest przez nas tolerowany. 
Obejrzałam więc i w myślach usadowiłam na klombie konia z brązu naturalnych rozmiarów, lwa i słonia, Murzyna z doniczką na głowie (to chyba podpada pod rasizm), a nawet pomnik Wojtyły. Rozważałam nawet żabę grającą w golfa. Całkiem serio to piszę, wszystkie te rzeźby są do nabycia w Bochni. Skład jest cudowny! Wygląda jakby ktoś ogołocił z wyposażenia zamki nad Loarą. Z resztą sami sobie zobaczcie.

A jak wygląda sytuacja na rynku zegarów słonecznych? Zerknęłam na allegro do innych moich ulubionych sprzedawców, którzy przywożą cudeńka i bibeloty z Europy zachodniej. Niekoniecznie są to antyki, ale nawiązujące do stylu i epoki repliki również są w centrum naszego zainteresowania. Niestety, nie możemy sobie pozwolić na wyposażenie Dworu samymi antykami, bo byśmy zbankrutowali.

Tu sytuacja mnie pozytywnie zaskoczyła. Okazało się, że jest całkiem niezły wybór zegarów słonecznych w przystępnych cenach. Wybraliśmy żeliwny odlew, który przyjechał aż z fabryki w Rotterdamie. Cóż, wolałabym dać zarobić polskiemu producentowi, ale nie było w czym wybierać. Z drugiej strony, jaka to ulga, że gadżet nie jest produkcji chińskiej. 



Zegar przybył w elementach w zaskakująco niewielkiej paczce. Przez chwilę myśleliśmy, że może zostaliśmy oszukani, albo wysyłającemu pomyliły się aukcje. Jak można zmieścić w paczce o wymiarach 17x40 cm gadżet , który ma 120 cm wysokości i 35 cm średnicy czaszy? Pudełko otwieraliśmy w milczeniu, bo nie wiedzieliśmy czego się spodziewać?


Okazało się, że zegar składa się z kilku części, a czasza na czas transportu została złożona. Nie zwlekając Chłop przystąpił do montowania gadżetu. Z każdą minutą byliśmy coraz bardziej zachwyceni.


-Zawsze o takim marzyłem- wzruszył się Chłop.
Cóż, kolejne spełnione marzenie :-)



Wysokość 120 cm wydawała się dobra, ale postanowiliśmy jeszcze trochę pokombinować. Na tyłach ogrodu dosłownie walają się kawałki piaskowca. Podejrzewamy, że pochodzą one z portali rozebranych przed wielu laty stodół dworskich.

-Przyciągniemy jeden z tych bloków, wkopię go, zegar podniesie się jeszcze jakieś 20 cm, a po umocowaniu do piaskowca żadna siła ludzka, ani naturalna nie będzie w stanie go ruszyć- zarządził Chłop.



Ciekawe, czy żałował tej decyzji, ponieważ po wyznaczeniu optycznego środka klombu (rzeczywistego nie da się jeszcze ustalić, bo jest chaos) i rozpoczęciu kopania, daglezja znów dała o sobie znać. Już na samym wstępie Chłop natrafił na korzenie, które znów musiał usuwać piłą spalinową. Dał chłopak radę! :-)




Dziś dumnie na postumencie, w charakterze dominanty, na środku klombu, stanął zegar słoneczny. Cała reszta dramatu, jaki rozegra się w następnych tygodniach na klombie, będzie mu podporządkowana.