15 maja 2013 roku, decyzją NSA, po blisko 25-letnich staraniach i walkach w sądach, bezprawnie zrabowany w 1945 roku Dwór na Woli Zręczyckiej pod Krakowem, został przekazany z powrotem rodzinie-spadkobiercom jego budowniczych i dawnych właścicieli.
Tego dnia postanowiliśmy porzucić całe swoje dotychczasowe życie i poświęcić się przywróceniu i zachowaniu pamięci o tym niezwykłym miejscu. Dwór i należace do niego obiekty przez dziesiątki lat rządów PRL zostały doszczętnie rozrabowane oraz zniszczone przebudową i rozbiórką. Mozolnie dokonujemy rewitalizacji tego miejsca, by uczynić go lokalnym centrum kulturotwórczym i turystycznym. Na terenie obiektu działa już Muzeum Dwór Feillów oraz agroturystyka. Klikając w zakładki, zapoznacie się z naszą ofertą.
Jest to opowieść o czasach dawnych i tych współczesnych, o naszych zmaganiach z materią, zarówno zabytkową, jak i tą żywą, o stosunkach z urzędami i sąsiadami. Jest to blog o życiu, do którego serdecznie Was zapraszamy.

środa, 15 kwietnia 2015

Chłoporobotnicy.

Kilka dni temu sąsiadka zapytała nas, czy czujemy się we Dworze już jak we własnym domu. Szczerze mówiąc, to jeszcze nie za bardzo się czuję, ponieważ nie mam okazji tego rozważać. Moje zwoje mózgowe zajęte są całą logistyką:  planowaniem inwestycji, organizacją życia codziennego, budowaniem przyszłości, myśleniem o upiększeniu terenu. Nie mam jeszcze swoich ulubionych miejsc w domu, wygodnych sprzętów. W Zapuście mieliśmy przytulny pokój z naszymi wygodnymi, ale już nieco sfatygowanymi fotelami ratanowymi. Zostawiliśmy je obecnym właścicielom naszego byłego domu i jeszcze nie upolowaliśmy nowych.

Nie, nie czujemy się jeszcze właścicielami dworu. Bliżej jest nam w tej chwili do chłoporobotników. Każdego wieczora robię plany  dotyczące ogarniania ogrodu, by rano, tuż po śniadaniu, zabrać się do roboty. W cięższych pracach pomaga mi Chłop, który ma dodatkowo wiele technicznych spraw do załatwienia. 

Od Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków otrzymaliśmy zalecenie oczyszczenia terenu wokół Dworu, co oznacza usuwanie samosiejek, opadłych i suchych gałęzi. Na hektarze jest tego cała masa i nie ma szans, by zdążyć ze wszystkim w tym sezonie. Mimo to, pracujemy jak w amoku. 

Grabienie trawnika i przygotowanie go pod koszenie, 
które już zapewne będzie miało miejsce lada moment.




Pod stertą modrzewiowych gałęzi 
odkryłam szczątkowo zachowany taras.

Zamówiłam już róże okrywowe, pochodne gatunku The Fairy, w trzech kolorach- czerwonym (Fairy Dance), żółtym (Yellow Fairy) i białym (White Fairy). Będą one okalały klomb przed Dworem. Z innymi zakupami kwiatów wstrzymam się do maja, poczekam na Anię z bloga Fajne Ogrody, która przyjedzie, rzuci okiem na nasz teren i zaprojektuje nasadzenia. 
Kiedy jestem już tak zmęczona, że nie daję rady pracować przy porządkowaniu terenu, robię inwentaryzację przyszłego ogrodu, co też nie jest łatwe. Musimy przedzierać się przez gąszcz chaszczy, by umiejscowić na planie wszystkie drzewa. 


owe gąszcze nieprzebrane

Za tymi chaszczami  jest dodatkowo ogromna dziura!

Plan robię w skali 1:100, co wydało mi się najłatwiejsze do przeliczeń, ale rychło okazało się, że wyjdzie mi z tego projekt o wielkości bliskiej Panoramie Racławickiej.

To jest jakaś 1/4 ogrodu, a może i nawet 1/5

Poprzednio pokazałam Wam prawie urządzony mniejszy salonik. Nadal nie mamy weny, ani czasu, by zabrać się za renowację stołu, który tam stanie. Tymczasem na allegro znalazłam nie lada gratkę.

Mój Chłop zawsze marzył o cesarskim kredensie. Nie bardzo domyślałam się, co ma na myśli, wiedziałam tylko, że to eklektyzm. Akurat eklektyzmu nie za bardzo lubię. To pomieszanie stylów, przerost formy nad treścią, łączenie ze sobą elementów zupełnie do siebie nie pasujących, niezwykle mnie drażni. 
Pewnego dnia, odpoczywając przy komputerze, przeglądałam oferty sprzedaży mebli. W oko wpadł mi imponujący zarówno w formie, jak i w treści bardzo duży kredens. Taki w sam raz do naszego dużego salonu. Kredens określony był jako neorenesansowy. Eklektyzm, oczywiście, ale taki, który trzyma się jednego stylu. „No przecież to jest właśnie kredens cesarski!”- zakrzyknął Chłop i dokonaliśmy zakupu. 




Pojawiło się pytanie, czy za tak atrakcyjną cenę mamy do czynienia z oryginałem, czy z dwudziestowieczną kopią? Po detalach, typu zamki oraz po konsultacji z sąsiadką, która "robi w zabytkach” ustaliliśmy, że to jednak oryginał. Poza tym umówmy się, nikt nie zrobiłby kopii za takie marne pieniądze.

Wprawdzie renowacja kredensu nie za bardzo byłemu właścicielowi wyszła (wstawił np. ordynarne nowe śrubki), ale to detal, którego na pierwszy rzut oka nie widać. Poza tym wiecie, jak to jest; mądry nie zauważy, głupi pomyśli, że tak ma być :-)


Pomimo tego, że mnie od roboty wysiadł kręgosłup, Chłop nabawił się dziwnej przypadłości objawiającej się kaszlem bez śladów infekcji (podejrzewamy alergię na jakiegoś grzyba, bo dom jest bardzo zawilgocony), jesteśmy naładowani pozytywną energią. Cieszymy się ogromnie, że mimo paru przeciwności losu, możemy zaopiekować się z jednej strony rodzinną spuścizną, a z drugiej strony zabytkiem,  który tak naprawdę należy do całego społeczeństwa.

piątek, 10 kwietnia 2015

Wiosna ma żółty kolor.

Od dwóch dni cieszymy się pięknym słońcem i wysokimi temperaturami. Pracujemy w ogrodzie, jak szaleni, aby zdążyć przed nagłym wybuchem wegetacji. Nie zdążymy ze wszystkim w tym sezonie, nie ma się co spinać. Próbuję ustalać priorytety w ogrodzie, które miejsca koniecznie zrobić, a które odpuścić i poczekać z robotą na następny sezon. Jak chaszcze puszczą liście, teren będzie nie do dojścia. Jedyna pora roku na walkę z krzaczorami, siewkami i ostrężynami, to wczesna wiosna.
Na razie nasz ogród jest pusty i smutny. Jedyne wiosenne akcenty kwitną na żółto.

Czy to jest pierwiosnek?

narcyzy sadzone półtora roku temu

Forsycja, ale ja nie lubię forsycji, więc nie wiem, jak ona długo tutaj sobie porośnie i pokwitnie :-)

To nasze narcyzy, które przyjechały z Zapusty. Jak widać, całkiem dobrze zniosły podróż. Myśleliśmy, że będą chorować, a całkiem dobrze się trzymają.

I pierwszy mniszek

Jeszcze kilka dni temu pogoda była fatalna. Sypało śniegiem i wiało. Ubieraliśmy się na cebulkę i zagrzebywaliśmy pod dwiema kołdrami.
Świąteczny nastrój uzyskaliśmy dzięki dwóm potrawom, bez których nasza Wielkanoc byłaby nieważna, sosowi jajecznemu wg przepisu babci Chłopa oraz domowej roboty likieru jajecznego wg receptur różnych, w jedno połączonych przeze mnie.

Bardzo byliśmy ciekawi sobotniego święcenia jaj pod naszą prywatną kapliczką położoną tuż przy samym dworze. Daleko zatem nie mieliśmy. Nie mogłam oprzeć się porównaniu do obrzędu, jaki dokonuje się w Zapuście. Tam nasz proboszcz znał każdego osobiście. Podczas święcenia jajek najpierw witał się z parafianami, a jeśli do kogoś przyjechali goście, wypytał się o wszystko. Potem ksiądz urządzał odpytywanie wszystkich z symboliki koszyczka wielkanocnego, a po poświęceniu żegnał się z każdym podając rękę i życząc wesołych świąt. Naprawdę, nie sposób było nawet nam-niewierzącym w święty kościół powszechny, ciała zmartwychwstanie, żywot wieczny, amen- nie przyjąć księdza po kolędzie, bo po prostu byłoby nam wstyd. Myślałam, że w tak analogicznie małej wsi będzie podobnie. Tymczasem tutejszy ksiądz odklepał regułkę, pokropił wszystkich wodą, co w ten koszmarnie zimny dzień nie było niczym przyjemnym, wziął kopertę, zawinął się i pojechał. Fajnie, że chociaż zrobił sobie z nami wszystkimi, obecnymi przy kapliczce, grupowe zdjęcie.

Jakby mnie ktoś szukał, to stoję zaraz za księdzem.
Autor zdjęcia: Jan Bik

Jednym słowem, przeżyłam szok kulturowy, ale jednocześnie odetchnęłam z ulgą. Do tej pory czułam się hipokrytką z tego powodu, że nie byłam w stanie odmówić sympatycznemu proboszczowi wejścia w nasze progi służbowo, czyli po kolędzie, będąc jednocześnie zagorzałym wrogiem instytucji, jaką jest kościół katolicki.  Teraz nie będziemy mieli żadnych skrupułów, by powiedzieć „nie”.

W świąteczny poniedziałek zostaliśmy zaproszeni przez sąsiadkę na jej urodziny. Przy tej okazji chcieliśmy podziękować Monice i Wojtkowi, naszym najbliższym sąsiadom, że dzięki nim nie czujemy się tak bardzo osamotnieni i obcy na nowym miejscu. Jeszcze zanim ostatecznie się przeprowadziliśmy, pierwsi nawiązali z nami kontakt i starają się nam pomagać w nawiązywaniu relacji z otoczeniem. Jak wiadomo, w takiej małej społeczności liczą się przede wszystkim znajomości, szczególnie kiedy szuka się różnego rodzaju fachowej pomocy przy remoncie, czy innych równie ważnych sprawach.

Przy okazji chciałam Was serdecznie zaprosić na fanpage Moniki i polecić jej cudowne domowej roboty oleje jadalne. 


Dostałam w prezencie olej lniany i już się od niego uzależniłam. Jest tak cudownie aromatyczny, że nie mogę oprzeć się, by na raz nie wypić całej butelki. Ograniczam się do dwóch łyżeczek dziennie. Warto korzystać z tego typu produktów, ponieważ żaden przemysłowo robiony olej dostępny w markecie nigdy nie będzie tak smaczny, aromatyczny i wartościowy.

środa, 8 kwietnia 2015

Biada nam

Jak było do przewidzenia, czasu na blogowanie i przeglądanie zaprzyjaźnionych witryn  brak. Jeśli już posadzimy tyłki na 5 minut przy komputerze, to po to, by sprawdzić dostępność specjalistów różnych dziedzin i zrobić zakupy internetowe, tudzież uzupełnić informację na ważne tematy. A obecnie palącą sprawą jest założenie paneli fotowoltaicznych i wymiana pieca gazowego na jakiś normalny. Widząc wir, jaki tworzy się na liczniku gazu kiedy włączamy ogrzewanie i podgrzewamy bojler, ogarnia nas zbiorowa trwoga na myśl o rachunku za gaz.

Przez te 7 dni udało się nam naprawdę wiele zrobić. Przede wszystkim ułożone zostały na swoje miejsce meble, które przywieźliśmy ze sobą. Było ich wprawdzie niewiele, ale salonik jest prawie gotowy. 






Wyrobiłam się nawet ze świętami, 
to chyba nie jest z nami tak źle :-)


Trzeba tylko dokupić dywan, firany i dokończyć renowację dużego stołu oraz małego stolika. Cała reszta, obrazy, bibeloty zostanie zamontowana w późniejszym czasie. Musimy jeszcze zamknąć ścianę pomiędzy salonikiem- przestrzenią na wpół publiczną, bo reprezentacyjną, a naszą przyszłą sypialnią, obecnie pokojem telewizyjnym. Poszukuję w związku z tym stolarza artysty, który zrobi ścianę imitującą i nawiązującą stylem do stojących w saloniku kredensów.

Na miejsce, czyli w pomieszczeniu, które przeznaczyliśmy na gabinet, zostały ułożone również biurka oraz biblioteczka. Salonik jest już pusty, nie ma żadnych zbędnych pudeł, natomiast salon, gabinet i trochę jeszcze korytarz jest zawalony nierozpakowanymi pudłami. Do końca tygodnia planuję ostateczne rozprawienie się z pudłami w przestrzeni reprezentacyjnej. 




stól do saloniku jeszcze nie wygląda :-)

W tydzień udało się jako tako zagospodarować dwa pokoje. Zostały nam jeszcze chyba 24 plus kuchnia wielka na 1/8 całego domu. Ufff…

Staram się nie myśleć, że mamy do ogarnięcia jakieś 500 m2. To jeszcze byłoby pół biedy. Najgorsze jest to, że czego się Chłop nie dotknie, zaczyna się sypać. Dotyczy to przede wszystkim 16-tu łazienek. Namówiłam Krzysia do zrobienia kontrolnej dziurki w tynku w gabinecie. Ku naszemu przerażeniu, z wnętrza posypało się próchno. To, że w belkach żyje kołatka, niestety słychać. Jeżeli ten dom trzyma się tylko na tynkach, to biada nam.
Czym prędzej nawiązaliśmy w tej sprawie kontakt z rzeczoznawcą. Oględziny fachowca ostatecznie obnażą całą prawdę o stanie technicznym Dworu.

piątek, 3 kwietnia 2015

Przeprowadzka

To było trudne przedsięwzięcie, ale pomijając kilka drobnych niedogodności, wszystko poszło zgodnie z planem. Od pięciu tygodni Krzyś jeździł pożyczonym busem i przewoził do dworu nasze rzeczy. 31 marca, tak jak ustaliliśmy wcześniej, po uprzednim zapakowaniu przyczepy z najpotrzebniejszymi i osobistymi rzeczami, przed południem opuściliśmy nasz dotychczasowy dom i ruszyliśmy rozpocząć nowe życie. Zapusta żegnała nas porywami huraganowych wiatrów, a niebo płakało deszczem. Ja sobie też trochę popłakałam, ale mieliśmy ten ogromny komfort psychiczny, że zostawiliśmy nasz dom w rękach dobrych ludzi. Obiecaliśmy sobie odwiedzać się wzajemnie i utrzymywać kontakt. Z resztą, nie może być inaczej przynajmniej jeszcze przez jakiś czas, ponieważ Chłop nie ogarnął swojego stanu posiadania. Zostało w Zapuście tak dużo naszych rzeczy, że jego wizyty będą koniecznością.


W piątek, kilka dni przed wyjazdem, postanowiliśmy sprawdzić stan techniczny naszego niedawno zakupionego auta, 14-letniego Mitsubishi Pajero Pinin. W tym celu zażyczyłam sobie wycieczkę do Bolesławca, ponieważ chciałam kupić na pamiątkę kilka naczyń ceramicznych. Kiedy obkupieni, odarci z gotówki, ale przeszczęśliwi wracaliśmy do domu, coś złego stało się z piątym biegiem. Niby był, ale wyskakiwał i trzeba było go trzymać ręką. Chłop wprowadził Pingwina, bo tak pieszczotliwie go nazwał, na kanał, zdjął dekiel od skrzyni biegów i wyjął jakąś latającą luzem kulkę. Mimo przeglądania instrukcji obsługi oraz konsultacji ze znajomymi, do dziś nie wyjaśniło się, skąd mogła wypaść taka mała kulka i czy to ona była winna zamieszania z piątym biegiem.  Pomimo lekkich obaw, że za piątym biegiem może wysypać się reszta, postanowiliśmy ruszyć w drogę. Teoretycznie z przyczepą i tak nie można jechać więcej, jak 70 km/h, więc po co nam piąty bieg?


Przez większość drogi w deszczu i przy huraganowym wietrze Chłop nie dosyć, że walczył z naturą napierającą na auto, to jeszcze nie puszczał prawej ręki ze skrzyni biegów. Jednak piąty bieg był w użyciu. Do czasu. Gdy opuszczaliśmy Górny Śląsk, wysypał się do końca. Niby nic dziwnego, bo po aucie z recyklingu można się spodziewać wszystkiego, ale i z nowymi rzeczami czasem dzieje się coś dziwnego.

Wspominałam ostatnio, że długo czekaliśmy na wybrane przez siebie modele telefonów. Chłop wybrał sobie Alcatela z tradycyjną klawiaturą, ja postanowiłam otworzyć się na nowe wyzwania i zamówiłam smartfon Microsoft Lumia 535. W tenże piątek (to był chyba pechowy dzień) załatwiliśmy wszystko w oddziale operatora, ja dostałam nowy numer telefonu, już na abonament i cała uchachana obwieściłam światu, że mają się do niego przyzwyczajać. W domu okazało się, że moja Lumia nie startuje. Sprzedano mi wadliwy model lub bateria jest zepsuta. Niestety, nawet nie mogłam reklamować sprzętu w oddziale w Lubaniu, ponieważ na reklamowany telefon trzeba czekać nawet 2 tygodnie. A my za dwa dni mieliśmy ruszać. Odłożyłam więc sprawę do załatwienia po przyjeździe na nowe miejsce.


Jechaliśmy z całym dobytkiem na przyczepie w deszczu i przy porywach huraganowego wiatru. Piątka wysypała się dokumentnie tuż przed Balicami. Mimo to dobry nastrój nas nie opuszczał. Cała podróż trwała niemal 7 godzin, ale nigdzie się przecież nie spieszyliśmy. Wszyscy domownicy siedzieli w aucie. Gaja w kontenerze (po kotku) pod moimi nogami, Jaskier i Mantra na tylnym siedzeniu. Kiedy zjeżdżaliśmy z autostrady, tuż przed Wieliczką zobaczyliśmy na niebie tęczę. Nasza droga prowadziła wprost na miejsce, skąd wyrastała. Uznaliśmy, że jest to dobry i piękny znak na początek naszego nowego życia.


W naszym nowym domu zastałam widok, który niejednego wprawiłby w palpitację serca, ale byłam na to przygotowana. Nasz dobytek leżał i nadal oczywiście leży na podłodze w całym niemal domu. Odgruzowałam prowizoryczną kuchnię, jadalnię, która w przyszłości będzie naszą sypialnią i korytarz, żeby nie potykać się o pudła. Trochę nagrzaliśmy w dziewiątce (na razie tam śpimy), bo w domu było plus pięć stopni i padliśmy na pysk, zagrzebawszy się uprzednio w dwie puchowe kołdry.




Tak obecnie mieszkamy, jak ostatni menele :-)

To chyba dobry moment, aby podziękować ludziom, którzy okazali nam wiele serca udzielając bezinteresownej pomocy. Dziękujemy przede wszystkim Grzesiowi z Gryfowa, który użyczył nam swojego busa. Bez jego pomocy przedsięwzięcie to byłoby dużo bardziej skomplikowane i kosztowne. Na podziękowania zasłużył też nasz sąsiad Stachu, który towarzyszył Krzysiowi podczas podróży wte i wewte dzielnie dźwigając nasze koszmarnie ciężkie szafy, biurka i wyposażenie z muzeum. A to wszystko za kilka czteropaków.

Dziękujemy Agnieszce, Wojtkowi oraz Zosi i Rafałowi, nowym mieszkańcom naszego dotychczasowego domu, za to, że pokochali to miejsce i zechcieli się nim zaopiekować. Nawet nie umiem wyrazić słowami, jaką czuję ulgę zostawiając dom w takich rękach.

I sama jestem zaskoczona, ale podziękowania należą się też firmie telekomunikacyjnej Orange, za błyskawicznie wykonanie przeniesienia usługi telefonu stacjonarnego i neostrady. Czekaliśmy na to tylko 1 dzień. Od wczoraj jesteśmy połączeni ze światem, co oznacza, że spokojnie możemy wszystko załatwiać, planować i kupować przez internet. Tylko czasu brak, bo każdą chwilę wykorzystujemy na ogarnianie się.

To, że mieszkamy na pudłach, jesteśmy nieogarnięci i oszolomieni, nie oznacza, że do końca ignorujemy Święta. Pogoda wprawdzie jest bardziej bożonarodzeniowa i wiosny na horyzoncie nie widać, ale nie tracimy nadziei. Zamierzam więc przystąpić do skrobania jaj, które już ufarbowały się w wywarze z łupinek cebuli.

Życzę Wam spokojnych Świąt Wielkanocnych pełnych nadziei na to, że wkrótce przyroda obudzi się do życia.

środa, 25 marca 2015

Końcowe odliczanie czas zacząć.

Zbliża się nieubłagalnie wyznaczony przez nas termin przeprowadzki. Jak zwykle na ostatnią chwilę zostało milion rzeczy do zrobienia, załatwienia. Aby zdążyć ze wszystkim, doba musiałaby mieć ze 48 godzin. Nikt nas oczywiście nie wygania, ale z doświadczenia wiem, że przekładanie tego typu decyzji wcale nie spowoduje, że się ze wszystkim zdąży. Daje ono tylko złudne poczucie, że zostało jeszcze dosyć czasu i następuje spore rozluźnienie. A tuż przed końcem znowu zaczyna się młyn. 

Postanowiłam zatem za wszelką cenę utrzymać nasz pierwotny plan i ruszyć już definitywnie i ostatecznie 31 marca, czyli w najbliższy wtorek. Zatem, jak nietrudno się domyślić, jest młyn, a grafik pęka w szwach. Aby mniej więcej ze wszystkim zdążyć, rozpisałam sobie plan przyszłych dni. Musimy jeszcze pozałatwiać kilka spraw w Urzędzie Gminy-wymeldować się, wypowiedzieć umowę na odbiór śmieci, odebrać jakiś login z Agencji Rolnej (kurde, kolejny numerek z agencji!!! :), aby załatwiać sprawę dopłat w sposób cywilizowany, przez Internet (O jakże jestem tego ciekawa! O jakże mam wielkie przeczucie, że nie będzie łatwo z tego korzystać!), wymienić telefon komórkowy i załatwić drugi dla mnie na abonament. Mam już bowiem dosyć korzystania z kart telefonicznych, bo nie dosyć, że jestem zasypywana jakimiś flirtami i innymi cudnymi SMS-sami, to jeszcze część z tych SMS-ów wydaje się być płatna, ponieważ co rusz znikają mi z konta jakieś złotówki. Nie umiem tego ustawić na stronie operatora, bo nie rozumiem, co tam do mnie piszą! 
Wydawałoby się, że w dzisiejszych czasach wymiana telefonu i podpisanie umowy na drugi to banał, ale nie w Lubaniu. Od tygodnia czekamy na wybrane przez siebie telefony i nie ma. Ja rozumiem, że Lubań to mała miejscowość, a oddział operatora telefonii komórkowej niekoniecznie jest pierwszy w kolejce do realizacji zamówień. W innym przypadku cierpliwie bym poczekała, albo złożyła zamówienie przez Internet. Niestety, obawiam się, że na ten adres już może przesyłka nie dojść. Trudno się mówi, jak się nie da, to załatwimy sobie te telefony już po przeprowadzce. A pan w oddziale nie zarobi na prowizję.
Musimy jeszcze przepisać umowę z energetyką, to już w towarzystwie nowych właścicieli oraz pomóc im pozałatwiać sprawy w Urzędzie Gminy.

W moim grafiku jest jeden bardzo ważny punkt i jeśli nie uda mi się go zrealizować, to się pochlastam, popłaczę i będę przez całe życie nieszczęśliwa. Muszę pojechać do Bolesławca i zaopatrzyć się w komplet ceramiki. Chcę mieć pamiątkę z naszego regionu i wolałabym osobiście, a nie przez Internet, wybrać zestaw. Diabli wiedzą, kiedy zdarzy mi się okazja być w tych stronach.

Chłop na Woli już bywa i przywozi urocze fotki. Dokumentuje pierwsze kwitnienie cebulek, które sadziliśmy zeszłej jesieni. Narcyzy już są w rozkwicie, na tulipany czekamy z niecierpliwością.


Zobaczcie, jak pięknie wygląda bryła Dworu, kiedy nie jest zasłonięta przez ten koszmarny iglak, który rósł przed domem.


Jak tylko decyzja z WKZ-tu się uprawomocniła, wycięliśmy to paskudztwo. Uwielbiamy drzewa, posadzimy ich w swoim życiu jeszcze wiele, ale na boga w odpowiednim ku temu miejscu!







Zatem jeżeli nie przydarzy się jakaś tragedia, lub nie powstrzymają nas inne obiektywne przyczyny, czy awarie, ruszamy w najbliższy wtorek.


A propos tragedii. Z przykrością muszę poinformować, że w międzyczasie, a dokładniej 12.03.2015 odeszła do Krainy Wiecznych Łowów na Mysz nasza kicia Tissaia de Vries. Niestety, nie doczekała przeprowadzki. Przyczyną śmierci była niewydolność nerek, czyli popularnie mówiąc, mocznica. Gdy okazała symptomy choroby, było już za późno. 

Kilka dni przed śmiercią bardzo źle się czuła, miała hipotermię, owijaliśmy ją ręcznikami, by było jej cieplej, wydawała się też być półprzytomna. Oczywiście nie jadła, a kiedy przestała pić mleko, podłączylismy ją pod kroplówkę i czekaliśmy na wyniki badań. USG wykazało krytyczną degenerację nerek, wyniki krwi tylko to potwierdziły. Stan był beznadziejny, nie było żadnej szansy na poprawę. Zdecydowaliśmy się, podobnie, jak w przypadku Fiony, pomóc jej bezboleśnie przejść na drugą stronę. Nie przypuszczałam, że tak bardzo to przeżyję. Była z nami blisko 14 lat.


Tissaia pół roku wcześniej na Woli

Cóż, wszystko wskazuje na to, że następny post będę pisała i publikowała już na Woli, jak tylko operator neostrady przełączy naszą usługę.
Do zobaczenia zatem w nowej dla mnie rzeczywistości :-)

***
I jeszcze niespodzianka, njusik dosłownie z ostatnicj chwili, jeszcze ciepły, jak bułeczki z tuskulańskiego pieca chlebowego:
Nowi właściciele domu w Zapuście zdecydowali się kontynuować tradycje blogerskie związane z tym miejscem. Będziemy mogli zatem podejrzeć jak radzą sobie w miejscu, w którym my przeżyliśmy najszczęśliwsze lata naszego życia:

środa, 4 marca 2015

Zaproszenie dla sikorek.

Mam kolejny przykład na to, że jeśli zadajesz się z odpowiednimi ludźmi, atmosfera w blogosferze jest przyjemna i może przełożyć się na życie w realu.

Od pewnego czasu podglądam blog Ani -Fajne Ogrody ponieważ poszukuję inspiracji do zaaranżowania hektara terenu wokół dworu. Na projektowaniu ogrodów znam się tyle, co na szyciu na maszynie, czyli chciałabym, ale nie kumam nic a nic. W desperacji próbowałam nawet zapisać się na kurs projektowania ogrodów, ale nie było już miejsc. Ogromną niespodzianką był dla mnie ogłoszony przez Anię konkurs, który miał na celu wyłonienie czyjegoś ogródka do zaprojektowania. 
Ania prowadzi profesjonalną pracownię związaną z projektowaniem ogrodów. Pomyślałam sobie, spróbuję, dam sobie szansę, kto wie, może Ania wybierze właśnie nasz ogród? Opisałam więc swoje marzenia związane z tym miejscem i czekałam cierpliwie na decyzję.  Nie umiem wyrazić, jak bardzo się ucieszyłam, kiedy zobaczyłam ogłoszenie wyników. Ania zaproponowała mi projekt całego hektara. Jestem ogromnie wdzięczna za to wyróżnienie.

Będąc już od jakiegoś czasu czytelniczką bloga Fajne Ogrody zauważyłam, że opisywane tam porady bardzo mi pasują, w związku z tym mogę z czystym sumieniem Ani zaufać i powierzyć jej dworski ogród. W prywatnej korespondencji wyszło na jaw, że mamy podobne priorytety, aby nie tylko budynek, lecz również ogród przyciągał uwagę turystów.
Ze swojej strony obiecuję, że zrobimy co tylko w naszej mocy, by tak się stało. Jakby ktoś był zainteresowany, to już powoli szukamy wolontariuszy, którzy pomogą nam najpierw ogarnąć, a potem realizować poszczególne etapy prac. Nie wstydzę się rozglądać za ewentualną pomocą, gdyż zarówno nasze prywatne Muzeum, które będzie działać we Dworze, jak i ogród będą udostępnione zwiedzającym za darmo. Może jest ktoś, kto mieszka w pobliżu, nie ma swojego ogrodu, lub czuje niedosyt w obcowaniu z naturą? Tworzenie romantycznego różanego ogrodu stylizowanego na historyczny, dla nas osobiście będzie wielką przygodą. Jeżeli ktoś zechce wziąć udział w tej przygodzie, serdecznie zapraszamy. Zabieramy się do pracy po Wielkanocy.

Póki jeszcze jesteśmy w trakcie przeprowadzki i nie możemy rozpocząć prac na miejscu, postanowiliśmy mimo wszystko coś dla naszego ogrodu zrobić. Jak wiadomo, gdzie jest ogród, tam są i szkodniki. Najprzyjemniejszym sposobem na likwidację niepożądanych robaczków są miłe naszym oczom i uszom ptaszki. A z nich najbardziej pożądamy sikorki.

źródło obrazka: http://en.wikipedia.org/wiki/Wikipedia:Featured_picture_candidates/Great_Tit

Postanowiłam namówić Krzysia na zbudowanie kilku budek lęgowych i rozwieszenie ich jeszcze w marcu tego roku. Budki oczywiście można kupić gotowe, ale to nie to samo, jak osobiście przyłożyć się do sukcesu reprodukcyjnego ptasich współlokatorów. W tym celu przejrzałam kilka stron internetowych, na których można znaleźć porady dotyczące konstrukcji budek i trochę zrobiło mi się wstyd. Robiliśmy już w przeszłości różne budki, ale wszystko wskazywało na to, że były złej konstrukcji. Namówiłam Krzysia na zrobienie bezpiecznej dla piskląt budki wg schematu z portalu Ptasie Ogrody. Jest to budka lęgowa typu A o średnicy otworu 33 mm. Okazało się bowiem, po głębszej lekturze, że sikorki są niezwykle wymiarowe i wszystko możemy w budce modyfikować, ale otwór musi zgadzać się co do milimetra, jeśli chcemy zaprosić  do tych drewnianych domków bogatki. Zanim kupiliśmy nowy zestaw otwornic, udało się w pierwszej budce zrobić otwór o średnicy 30 mm. Trochę czasu zajęło mi poszerzenie pilnikiem tej dziury i to w trzech deskach, bo ścianka przednia składa się z trzech elementów.







Porządnie wykonane budki, robione wg tego schematu, kosztują od 40 zł wzwyż. Wydało mi się to początkowo sumą dosyć sporą, ale po wykonaniu przez Chłopa dwóch budek, jako jego asystentka, stwierdziłam, że czas i precyzja, która jest konieczna do wykonania owej pracy, są warte tej ceny.

Na razie mamy dwie budki gotowe, potrzebujemy jeszcze minimum jednej, a jeszcze lepiej, dwóch, by umiejscowić je na całej ścianie zachodniej ogrodu w odległości 30 m od siebie, zachowując niezbędny dla ptasich par dystans.


Budki mają otwieraną przednią ścianę, aby można było po lęgach czyścić ich wnętrze. Kupiliśmy w sklepie specjalne do tego haczyki. Ich nazwa nas rozbawiła.

-Na schemacie te budki zamykane były na gwóźdź, a my mamy wiesz co? Zapięcie wiedeńskie!!!- rzekł Chłop i spuchł z dumy :-)