15 maja 2013 roku, decyzją NSA, po blisko 25-letnich staraniach i walkach w sądach, bezprawnie zrabowany w 1945 roku Dwór na Woli Zręczyckiej pod Krakowem, został przekazany z powrotem rodzinie-spadkobiercom jego budowniczych i dawnych właścicieli.
Tego dnia postanowiliśmy porzucić całe swoje dotychczasowe życie i poświęcić się przywróceniu i zachowaniu pamięci o tym niezwykłym miejscu. Dwór i należace do niego obiekty przez dziesiątki lat rządów PRL zostały doszczętnie rozrabowane oraz zniszczone przebudową i rozbiórką. Pragniemy dokonać rewitalizacji tego miejsca i uczynić go lokalnym centrum kulturotwórczym i turystycznym, poprzez stworzenie na terenie obiektu Muzeum oraz obiektu hotelowego.
Jest to opowieść o czasach dawnych i tych współczesnych, o naszych zmaganiach z materią, zarówno zabytkową, jak i tą żywą, o stosunkach z urzędami i sąsiadami. Jest to blog o życiu, do którego serdecznie Was zapraszamy.

środa, 25 marca 2015

Końcowe odliczanie czas zacząć.

Zbliża się nieubłagalnie wyznaczony przez nas termin przeprowadzki. Jak zwykle na ostatnią chwilę zostało milion rzeczy do zrobienia, załatwienia. Aby zdążyć ze wszystkim, doba musiałaby mieć ze 48 godzin. Nikt nas oczywiście nie wygania, ale z doświadczenia wiem, że przekładanie tego typu decyzji wcale nie spowoduje, że się ze wszystkim zdąży. Daje ono tylko złudne poczucie, że zostało jeszcze dosyć czasu i następuje spore rozluźnienie. A tuż przed końcem znowu zaczyna się młyn. 

Postanowiłam zatem za wszelką cenę utrzymać nasz pierwotny plan i ruszyć już definitywnie i ostatecznie 31 marca, czyli w najbliższy wtorek. Zatem, jak nietrudno się domyślić, jest młyn, a grafik pęka w szwach. Aby mniej więcej ze wszystkim zdążyć, rozpisałam sobie plan przyszłych dni. Musimy jeszcze pozałatwiać kilka spraw w Urzędzie Gminy-wymeldować się, wypowiedzieć umowę na odbiór śmieci, odebrać jakiś login z Agencji Rolnej (kurde, kolejny numerek z agencji!!! :), aby załatwiać sprawę dopłat w sposób cywilizowany, przez Internet (O jakże jestem tego ciekawa! O jakże mam wielkie przeczucie, że nie będzie łatwo z tego korzystać!), wymienić telefon komórkowy i załatwić drugi dla mnie na abonament. Mam już bowiem dosyć korzystania z kart telefonicznych, bo nie dosyć, że jestem zasypywana jakimiś flirtami i innymi cudnymi SMS-sami, to jeszcze część z tych SMS-ów wydaje się być płatna, ponieważ co rusz znikają mi z konta jakieś złotówki. Nie umiem tego ustawić na stronie operatora, bo nie rozumiem, co tam do mnie piszą! 
Wydawałoby się, że w dzisiejszych czasach wymiana telefonu i podpisanie umowy na drugi to banał, ale nie w Lubaniu. Od tygodnia czekamy na wybrane przez siebie telefony i nie ma. Ja rozumiem, że Lubań to mała miejscowość, a oddział operatora telefonii komórkowej niekoniecznie jest pierwszy w kolejce do realizacji zamówień. W innym przypadku cierpliwie bym poczekała, albo złożyła zamówienie przez Internet. Niestety, obawiam się, że na ten adres już może przesyłka nie dojść. Trudno się mówi, jak się nie da, to załatwimy sobie te telefony już po przeprowadzce. A pan w oddziale nie zarobi na prowizję.
Musimy jeszcze przepisać umowę z energetyką, to już w towarzystwie nowych właścicieli oraz pomóc im pozałatwiać sprawy w Urzędzie Gminy.

W moim grafiku jest jeden bardzo ważny punkt i jeśli nie uda mi się go zrealizować, to się pochlastam, popłaczę i będę przez całe życie nieszczęśliwa. Muszę pojechać do Bolesławca i zaopatrzyć się w komplet ceramiki. Chcę mieć pamiątkę z naszego regionu i wolałabym osobiście, a nie przez Internet, wybrać zestaw. Diabli wiedzą, kiedy zdarzy mi się okazja być w tych stronach.

Chłop na Woli już bywa i przywozi urocze fotki. Dokumentuje pierwsze kwitnienie cebulek, które sadziliśmy zeszłej jesieni. Narcyzy już są w rozkwicie, na tulipany czekamy z niecierpliwością.


Zobaczcie, jak pięknie wygląda bryła Dworu, kiedy nie jest zasłonięta przez ten koszmarny iglak, który rósł przed domem.


Jak tylko decyzja z WKZ-tu się uprawomocniła, wycięliśmy to paskudztwo. Uwielbiamy drzewa, posadzimy ich w swoim życiu jeszcze wiele, ale na boga w odpowiednim ku temu miejscu!







Zatem jeżeli nie przydarzy się jakaś tragedia, lub nie powstrzymają nas inne obiektywne przyczyny, czy awarie, ruszamy w najbliższy wtorek.


A propos tragedii. Z przykrością muszę poinformować, że w międzyczasie, a dokładniej 12.03.2015 odeszła do Krainy Wiecznych Łowów na Mysz nasza kicia Tissaia de Vries. Niestety, nie doczekała przeprowadzki. Przyczyną śmierci była niewydolność nerek, czyli popularnie mówiąc, mocznica. Gdy okazała symptomy choroby, było już za późno. 

Kilka dni przed śmiercią bardzo źle się czuła, miała hipotermię, owijaliśmy ją ręcznikami, by było jej cieplej, wydawała się też być półprzytomna. Oczywiście nie jadła, a kiedy przestała pić mleko, podłączylismy ją pod kroplówkę i czekaliśmy na wyniki badań. USG wykazało krytyczną degenerację nerek, wyniki krwi tylko to potwierdziły. Stan był beznadziejny, nie było żadnej szansy na poprawę. Zdecydowaliśmy się, podobnie, jak w przypadku Fiony, pomóc jej bezboleśnie przejść na drugą stronę. Nie przypuszczałam, że tak bardzo to przeżyję. Była z nami blisko 14 lat.


Tissaia pół roku wcześniej na Woli

Cóż, wszystko wskazuje na to, że następny post będę pisała i publikowała już na Woli, jak tylko operator neostrady przełączy naszą usługę.
Do zobaczenia zatem w nowej dla mnie rzeczywistości :-)

***
I jeszcze niespodzianka, njusik dosłownie z ostatnicj chwili, jeszcze ciepły, jak bułeczki z tuskulańskiego pieca chlebowego:
Nowi właściciele domu w Zapuście zdecydowali się kontynuować tradycje blogerskie związane z tym miejscem. Będziemy mogli zatem podejrzeć jak radzą sobie w miejscu, w którym my przeżyliśmy najszczęśliwsze lata naszego życia:

środa, 4 marca 2015

Zaproszenie dla sikorek.

Mam kolejny przykład na to, że jeśli zadajesz się z odpowiednimi ludźmi, atmosfera w blogosferze jest przyjemna i może przełożyć się na życie w realu.

Od pewnego czasu podglądam blog Ani -Fajne Ogrody ponieważ poszukuję inspiracji do zaaranżowania hektara terenu wokół dworu. Na projektowaniu ogrodów znam się tyle, co na szyciu na maszynie, czyli chciałabym, ale nie kumam nic a nic. W desperacji próbowałam nawet zapisać się na kurs projektowania ogrodów, ale nie było już miejsc. Ogromną niespodzianką był dla mnie ogłoszony przez Anię konkurs, który miał na celu wyłonienie czyjegoś ogródka do zaprojektowania. 
Ania prowadzi profesjonalną pracownię związaną z projektowaniem ogrodów. Pomyślałam sobie, spróbuję, dam sobie szansę, kto wie, może Ania wybierze właśnie nasz ogród? Opisałam więc swoje marzenia związane z tym miejscem i czekałam cierpliwie na decyzję.  Nie umiem wyrazić, jak bardzo się ucieszyłam, kiedy zobaczyłam ogłoszenie wyników. Ania zaproponowała mi projekt całego hektara. Jestem ogromnie wdzięczna za to wyróżnienie.

Będąc już od jakiegoś czasu czytelniczką bloga Fajne Ogrody zauważyłam, że opisywane tam porady bardzo mi pasują, w związku z tym mogę z czystym sumieniem Ani zaufać i powierzyć jej dworski ogród. W prywatnej korespondencji wyszło na jaw, że mamy podobne priorytety, aby nie tylko budynek, lecz również ogród przyciągał uwagę turystów.
Ze swojej strony obiecuję, że zrobimy co tylko w naszej mocy, by tak się stało. Jakby ktoś był zainteresowany, to już powoli szukamy wolontariuszy, którzy pomogą nam najpierw ogarnąć, a potem realizować poszczególne etapy prac. Nie wstydzę się rozglądać za ewentualną pomocą, gdyż zarówno nasze prywatne Muzeum, które będzie działać we Dworze, jak i ogród będą udostępnione zwiedzającym za darmo. Może jest ktoś, kto mieszka w pobliżu, nie ma swojego ogrodu, lub czuje niedosyt w obcowaniu z naturą? Tworzenie romantycznego różanego ogrodu stylizowanego na historyczny, dla nas osobiście będzie wielką przygodą. Jeżeli ktoś zechce wziąć udział w tej przygodzie, serdecznie zapraszamy. Zabieramy się do pracy po Wielkanocy.

Póki jeszcze jesteśmy w trakcie przeprowadzki i nie możemy rozpocząć prac na miejscu, postanowiliśmy mimo wszystko coś dla naszego ogrodu zrobić. Jak wiadomo, gdzie jest ogród, tam są i szkodniki. Najprzyjemniejszym sposobem na likwidację niepożądanych robaczków są miłe naszym oczom i uszom ptaszki. A z nich najbardziej pożądamy sikorki.

źródło obrazka: http://en.wikipedia.org/wiki/Wikipedia:Featured_picture_candidates/Great_Tit

Postanowiłam namówić Krzysia na zbudowanie kilku budek lęgowych i rozwieszenie ich jeszcze w marcu tego roku. Budki oczywiście można kupić gotowe, ale to nie to samo, jak osobiście przyłożyć się do sukcesu reprodukcyjnego ptasich współlokatorów. W tym celu przejrzałam kilka stron internetowych, na których można znaleźć porady dotyczące konstrukcji budek i trochę zrobiło mi się wstyd. Robiliśmy już w przeszłości różne budki, ale wszystko wskazywało na to, że były złej konstrukcji. Namówiłam Krzysia na zrobienie bezpiecznej dla piskląt budki wg schematu z portalu Ptasie Ogrody. Jest to budka lęgowa typu A o średnicy otworu 33 mm. Okazało się bowiem, po głębszej lekturze, że sikorki są niezwykle wymiarowe i wszystko możemy w budce modyfikować, ale otwór musi zgadzać się co do milimetra, jeśli chcemy zaprosić  do tych drewnianych domków bogatki. Zanim kupiliśmy nowy zestaw otwornic, udało się w pierwszej budce zrobić otwór o średnicy 30 mm. Trochę czasu zajęło mi poszerzenie pilnikiem tej dziury i to w trzech deskach, bo ścianka przednia składa się z trzech elementów.







Porządnie wykonane budki, robione wg tego schematu, kosztują od 40 zł wzwyż. Wydało mi się to początkowo sumą dosyć sporą, ale po wykonaniu przez Chłopa dwóch budek, jako jego asystentka, stwierdziłam, że czas i precyzja, która jest konieczna do wykonania owej pracy, są warte tej ceny.

Na razie mamy dwie budki gotowe, potrzebujemy jeszcze minimum jednej, a jeszcze lepiej, dwóch, by umiejscowić je na całej ścianie zachodniej ogrodu w odległości 30 m od siebie, zachowując niezbędny dla ptasich par dystans.


Budki mają otwieraną przednią ścianę, aby można było po lęgach czyścić ich wnętrze. Kupiliśmy w sklepie specjalne do tego haczyki. Ich nazwa nas rozbawiła.

-Na schemacie te budki zamykane były na gwóźdź, a my mamy wiesz co? Zapięcie wiedeńskie!!!- rzekł Chłop i spuchł z dumy :-)