15 maja 2013 roku, decyzją NSA, po blisko 25-letnich staraniach i walkach w sądach, bezprawnie zrabowany w 1945 roku Dwór na Woli Zręczyckiej pod Krakowem, został przekazany z powrotem rodzinie-spadkobiercom jego budowniczych i dawnych właścicieli.
Tego dnia postanowiliśmy porzucić całe swoje dotychczasowe życie i poświęcić się przywróceniu i zachowaniu pamięci o tym niezwykłym miejscu. Dwór i należace do niego obiekty przez dziesiątki lat rządów PRL zostały doszczętnie rozrabowane oraz zniszczone przebudową i rozbiórką. Mozolnie dokonujemy rewitalizacji tego miejsca, by uczynić go lokalnym centrum kulturotwórczym i turystycznym. Na terenie obiektu działa już Muzeum Dwór Feillów oraz agroturystyka. Klikając w zakładki, zapoznacie się z naszą ofertą.
Jest to opowieść o czasach dawnych i tych współczesnych, o naszych zmaganiach z materią, zarówno zabytkową, jak i tą żywą, o stosunkach z urzędami i sąsiadami. Jest to blog o życiu, do którego serdecznie Was zapraszamy.

środa, 25 marca 2015

Końcowe odliczanie czas zacząć.

Zbliża się nieubłagalnie wyznaczony przez nas termin przeprowadzki. Jak zwykle na ostatnią chwilę zostało milion rzeczy do zrobienia, załatwienia. Aby zdążyć ze wszystkim, doba musiałaby mieć ze 48 godzin. Nikt nas oczywiście nie wygania, ale z doświadczenia wiem, że przekładanie tego typu decyzji wcale nie spowoduje, że się ze wszystkim zdąży. Daje ono tylko złudne poczucie, że zostało jeszcze dosyć czasu i następuje spore rozluźnienie. A tuż przed końcem znowu zaczyna się młyn. 

Postanowiłam zatem za wszelką cenę utrzymać nasz pierwotny plan i ruszyć już definitywnie i ostatecznie 31 marca, czyli w najbliższy wtorek. Zatem, jak nietrudno się domyślić, jest młyn, a grafik pęka w szwach. Aby mniej więcej ze wszystkim zdążyć, rozpisałam sobie plan przyszłych dni. Musimy jeszcze pozałatwiać kilka spraw w Urzędzie Gminy-wymeldować się, wypowiedzieć umowę na odbiór śmieci, odebrać jakiś login z Agencji Rolnej (kurde, kolejny numerek z agencji!!! :), aby załatwiać sprawę dopłat w sposób cywilizowany, przez Internet (O jakże jestem tego ciekawa! O jakże mam wielkie przeczucie, że nie będzie łatwo z tego korzystać!), wymienić telefon komórkowy i załatwić drugi dla mnie na abonament. Mam już bowiem dosyć korzystania z kart telefonicznych, bo nie dosyć, że jestem zasypywana jakimiś flirtami i innymi cudnymi SMS-sami, to jeszcze część z tych SMS-ów wydaje się być płatna, ponieważ co rusz znikają mi z konta jakieś złotówki. Nie umiem tego ustawić na stronie operatora, bo nie rozumiem, co tam do mnie piszą! 
Wydawałoby się, że w dzisiejszych czasach wymiana telefonu i podpisanie umowy na drugi to banał, ale nie w Lubaniu. Od tygodnia czekamy na wybrane przez siebie telefony i nie ma. Ja rozumiem, że Lubań to mała miejscowość, a oddział operatora telefonii komórkowej niekoniecznie jest pierwszy w kolejce do realizacji zamówień. W innym przypadku cierpliwie bym poczekała, albo złożyła zamówienie przez Internet. Niestety, obawiam się, że na ten adres już może przesyłka nie dojść. Trudno się mówi, jak się nie da, to załatwimy sobie te telefony już po przeprowadzce. A pan w oddziale nie zarobi na prowizję.
Musimy jeszcze przepisać umowę z energetyką, to już w towarzystwie nowych właścicieli oraz pomóc im pozałatwiać sprawy w Urzędzie Gminy.

W moim grafiku jest jeden bardzo ważny punkt i jeśli nie uda mi się go zrealizować, to się pochlastam, popłaczę i będę przez całe życie nieszczęśliwa. Muszę pojechać do Bolesławca i zaopatrzyć się w komplet ceramiki. Chcę mieć pamiątkę z naszego regionu i wolałabym osobiście, a nie przez Internet, wybrać zestaw. Diabli wiedzą, kiedy zdarzy mi się okazja być w tych stronach.

Chłop na Woli już bywa i przywozi urocze fotki. Dokumentuje pierwsze kwitnienie cebulek, które sadziliśmy zeszłej jesieni. Narcyzy już są w rozkwicie, na tulipany czekamy z niecierpliwością.


Zobaczcie, jak pięknie wygląda bryła Dworu, kiedy nie jest zasłonięta przez ten koszmarny iglak, który rósł przed domem.


Jak tylko decyzja z WKZ-tu się uprawomocniła, wycięliśmy to paskudztwo. Uwielbiamy drzewa, posadzimy ich w swoim życiu jeszcze wiele, ale na boga w odpowiednim ku temu miejscu!







Zatem jeżeli nie przydarzy się jakaś tragedia, lub nie powstrzymają nas inne obiektywne przyczyny, czy awarie, ruszamy w najbliższy wtorek.


A propos tragedii. Z przykrością muszę poinformować, że w międzyczasie, a dokładniej 12.03.2015 odeszła do Krainy Wiecznych Łowów na Mysz nasza kicia Tissaia de Vries. Niestety, nie doczekała przeprowadzki. Przyczyną śmierci była niewydolność nerek, czyli popularnie mówiąc, mocznica. Gdy okazała symptomy choroby, było już za późno. 

Kilka dni przed śmiercią bardzo źle się czuła, miała hipotermię, owijaliśmy ją ręcznikami, by było jej cieplej, wydawała się też być półprzytomna. Oczywiście nie jadła, a kiedy przestała pić mleko, podłączylismy ją pod kroplówkę i czekaliśmy na wyniki badań. USG wykazało krytyczną degenerację nerek, wyniki krwi tylko to potwierdziły. Stan był beznadziejny, nie było żadnej szansy na poprawę. Zdecydowaliśmy się, podobnie, jak w przypadku Fiony, pomóc jej bezboleśnie przejść na drugą stronę. Nie przypuszczałam, że tak bardzo to przeżyję. Była z nami blisko 14 lat.


Tissaia pół roku wcześniej na Woli

Cóż, wszystko wskazuje na to, że następny post będę pisała i publikowała już na Woli, jak tylko operator neostrady przełączy naszą usługę.
Do zobaczenia zatem w nowej dla mnie rzeczywistości :-)

***
I jeszcze niespodzianka, njusik dosłownie z ostatnicj chwili, jeszcze ciepły, jak bułeczki z tuskulańskiego pieca chlebowego:
Nowi właściciele domu w Zapuście zdecydowali się kontynuować tradycje blogerskie związane z tym miejscem. Będziemy mogli zatem podejrzeć jak radzą sobie w miejscu, w którym my przeżyliśmy najszczęśliwsze lata naszego życia:

środa, 4 marca 2015

Zaproszenie dla sikorek.

Mam kolejny przykład na to, że jeśli zadajesz się z odpowiednimi ludźmi, atmosfera w blogosferze jest przyjemna i może przełożyć się na życie w realu.

Od pewnego czasu podglądam blog Ani -Fajne Ogrody ponieważ poszukuję inspiracji do zaaranżowania hektara terenu wokół dworu. Na projektowaniu ogrodów znam się tyle, co na szyciu na maszynie, czyli chciałabym, ale nie kumam nic a nic. W desperacji próbowałam nawet zapisać się na kurs projektowania ogrodów, ale nie było już miejsc. Ogromną niespodzianką był dla mnie ogłoszony przez Anię konkurs, który miał na celu wyłonienie czyjegoś ogródka do zaprojektowania. 
Ania prowadzi profesjonalną pracownię związaną z projektowaniem ogrodów. Pomyślałam sobie, spróbuję, dam sobie szansę, kto wie, może Ania wybierze właśnie nasz ogród? Opisałam więc swoje marzenia związane z tym miejscem i czekałam cierpliwie na decyzję.  Nie umiem wyrazić, jak bardzo się ucieszyłam, kiedy zobaczyłam ogłoszenie wyników. Ania zaproponowała mi projekt całego hektara. Jestem ogromnie wdzięczna za to wyróżnienie.

Będąc już od jakiegoś czasu czytelniczką bloga Fajne Ogrody zauważyłam, że opisywane tam porady bardzo mi pasują, w związku z tym mogę z czystym sumieniem Ani zaufać i powierzyć jej dworski ogród. W prywatnej korespondencji wyszło na jaw, że mamy podobne priorytety, aby nie tylko budynek, lecz również ogród przyciągał uwagę turystów.
Ze swojej strony obiecuję, że zrobimy co tylko w naszej mocy, by tak się stało. Jakby ktoś był zainteresowany, to już powoli szukamy wolontariuszy, którzy pomogą nam najpierw ogarnąć, a potem realizować poszczególne etapy prac. Nie wstydzę się rozglądać za ewentualną pomocą, gdyż zarówno nasze prywatne Muzeum, które będzie działać we Dworze, jak i ogród będą udostępnione zwiedzającym za darmo. Może jest ktoś, kto mieszka w pobliżu, nie ma swojego ogrodu, lub czuje niedosyt w obcowaniu z naturą? Tworzenie romantycznego różanego ogrodu stylizowanego na historyczny, dla nas osobiście będzie wielką przygodą. Jeżeli ktoś zechce wziąć udział w tej przygodzie, serdecznie zapraszamy. Zabieramy się do pracy po Wielkanocy.

Póki jeszcze jesteśmy w trakcie przeprowadzki i nie możemy rozpocząć prac na miejscu, postanowiliśmy mimo wszystko coś dla naszego ogrodu zrobić. Jak wiadomo, gdzie jest ogród, tam są i szkodniki. Najprzyjemniejszym sposobem na likwidację niepożądanych robaczków są miłe naszym oczom i uszom ptaszki. A z nich najbardziej pożądamy sikorki.

źródło obrazka: http://en.wikipedia.org/wiki/Wikipedia:Featured_picture_candidates/Great_Tit

Postanowiłam namówić Krzysia na zbudowanie kilku budek lęgowych i rozwieszenie ich jeszcze w marcu tego roku. Budki oczywiście można kupić gotowe, ale to nie to samo, jak osobiście przyłożyć się do sukcesu reprodukcyjnego ptasich współlokatorów. W tym celu przejrzałam kilka stron internetowych, na których można znaleźć porady dotyczące konstrukcji budek i trochę zrobiło mi się wstyd. Robiliśmy już w przeszłości różne budki, ale wszystko wskazywało na to, że były złej konstrukcji. Namówiłam Krzysia na zrobienie bezpiecznej dla piskląt budki wg schematu z portalu Ptasie Ogrody. Jest to budka lęgowa typu A o średnicy otworu 33 mm. Okazało się bowiem, po głębszej lekturze, że sikorki są niezwykle wymiarowe i wszystko możemy w budce modyfikować, ale otwór musi zgadzać się co do milimetra, jeśli chcemy zaprosić  do tych drewnianych domków bogatki. Zanim kupiliśmy nowy zestaw otwornic, udało się w pierwszej budce zrobić otwór o średnicy 30 mm. Trochę czasu zajęło mi poszerzenie pilnikiem tej dziury i to w trzech deskach, bo ścianka przednia składa się z trzech elementów.







Porządnie wykonane budki, robione wg tego schematu, kosztują od 40 zł wzwyż. Wydało mi się to początkowo sumą dosyć sporą, ale po wykonaniu przez Chłopa dwóch budek, jako jego asystentka, stwierdziłam, że czas i precyzja, która jest konieczna do wykonania owej pracy, są warte tej ceny.

Na razie mamy dwie budki gotowe, potrzebujemy jeszcze minimum jednej, a jeszcze lepiej, dwóch, by umiejscowić je na całej ścianie zachodniej ogrodu w odległości 30 m od siebie, zachowując niezbędny dla ptasich par dystans.


Budki mają otwieraną przednią ścianę, aby można było po lęgach czyścić ich wnętrze. Kupiliśmy w sklepie specjalne do tego haczyki. Ich nazwa nas rozbawiła.

-Na schemacie te budki zamykane były na gwóźdź, a my mamy wiesz co? Zapięcie wiedeńskie!!!- rzekł Chłop i spuchł z dumy :-)

sobota, 14 lutego 2015

Stara studnia.

Przy ostatnim wpisie, dotyczącym szklanych negatywów, nie wyjaśniłam kontekstu, w jakim powstały. Ową dokumentację fotograficzną zawdzięczamy pasji poznanego już czytelnikom architekta obecnego dworu- pradziadka Władysława Jenknera. Był on inżynierem oraz miłośnikiem nowych technologii i z zapałem dokumentował wszystkie aspekty swojego życia, od prac na budowie w różnych częściach Europy, poprzez działania na froncie I wojny światowej, po życie rodzinne we dworze i okolicach. Te wyżej wymienione obejrzycie sobie pod tym linkiem.

W rodzinnych albumach zachowały się nie tylko negatywy, ale i odbitki z epoki. Na jednej takiej, niestety, bardzo już zniszczonej odbitce (kliszy nie odnaleźliśmy), widać starą studnię. Bardzo nas ten temat zainteresował. Modne są w obecnych czasach miniatury atrapy drewnianych obudów studni. A gdyby tak odtworzyć oryginał?


Na Woli mamy już wodociąg, ale stara studnia wciąż istnieje. Schowana jest głęboko w gąszczu krzaków. Aż się prosi, by przywrócić jej dawny wygląd. Woda w tej studni, jak i w wykopanych po wojnie kilku innych, nie nadaje się do spożycia. Nie wiemy, jak to było w epoce, czy woda była lepszej jakości, czy domownicy pili taką, jaka była im dostępna? Nie znaczy to jednak, że woda z odtworzonej studni byłaby niewykorzystana. Można z powodzeniem używać jej do podlewania rabat. Używanie do tego celu wody z wodociągu jest kosztowne. Zatem warto chyba połączyć przyjemne z pożytecznym i pomyśleć o rekonstrukcji takiej obudowy studni?

Zdjęcie jest jakie jest, widać na nim pi razy oko konstrukcję zewnętrzną. Dzięki temu, iż stoją przy niej dwie osoby, mniej więcej można określić proporcje poszczególnych elementów. Gorzej sprawa wygląda z cembrowiną. Nie widać jej. Wydaje się, że chyba jest okrągła i być może jest kamienna. Szczerze mówiąc, bardziej podobałaby się nam cembrowina drewniana zrębowa kwadratowa, taka jak pochodząca z Aleksandrowic, a znajdująca się w skansenie w Wygiełzowie. 


Może z racji tego, że nie widać tej oryginalnej cembrowiny na naszym zdjęciu, puścimy wodze fantazji, nieco naciągniemy fakty i zrobimy cembrowinę taką, jaka nam się podoba, ale zgodną z prawdą czasu i miejsca?
Pewnym wyzwaniem będzie zrobienie koła. A może ktoś z czytelników zna w okolicy Krakowa fachowców od rekonstrukcji tego typu obiektów? Bardzo chętnie nawiązalibyśmy współpracę.

A oto jedno z moich ulubionych zdjęć:
Kamila Feill karmiąca dziką zwierzynę.




środa, 14 stycznia 2015

Historia zaklęta w szkle.

Trochę niemrawo zabieramy się do  tej naszej przeprowadzki na Wolę, która będzie miała ostatecznie miejsce za jakieś dwa miesiące. Na pocieszenie jednak wspomnę, że kiedy opuszczaliśmy Wrocław, mieliśmy na to 2 tygodnie. Jesteśmy mistrzami robienia wielkich rzeczy na ostatnią chwilę. 

Tymczasem przekładamy pudła z jednego miejsca na drugie, skrobiemy się po głowach ustalając, co zabrać, co wyrzucić, a co podrzucić niczym kukułcze jajo nowym właścicielom :-) Podczas takiego grzebania w pudełkach kolejny raz uwagę moją zwróciła zawartość jednego z nich. Znajdują się tam stare negatywy szklane, które liczą sobie 100 lat. 





Niestety, nie bardzo umiemy odzyskać ich zawartość, na pewno są jakieś fachowe metody, które odkryjemy w późniejszym czasie. Coś mnie jednak tknęło i postanowiłam nie tylko przejrzeć zawartość pudełka, ale i zrobić fotki kilku takim negatywom. A potem bez większej nadziei, kliknęłam sobie w funkcję „zmień na negatyw” i ku mojemu bezbrzeżnemu zdumieniu, ukazał się w pozytywie świat, którego już nie ma. Pośród tych „magicznych” szybek znajduje się wiele zdjęć z dworku na Woli oraz jego mieszkańców. Na razie pokażę to, co zrobiłam na szybko, jedną ręką trzymając szkło, a drugą aparat cyfrowy. Szybek mamy kilkadziesiąt. W wolnej chwili usiądziemy i porządnie je obfotografujemy, a potem zrobię pozytyw i poprawię w prostych programach, jakie mam do dyspozycji. Aby odczytać ich zawartość, ta technika całkowicie wystarczy. 















Technika robienia zdjęć za pomocą szklanych negatywów była znana od drugiej połowy XIX wieku. Początkowo była ona bardzo kłopotliwa i nie dla wszystkich dostępna, ponieważ wiązała się z krótkim czasem użycia. Substancje, które pokrywały płytkę musiały być przez fotografa naniesione na szkło tuż przed zrobieniem zdjęcia. Również na mokro dokonywano odbitki. Trzeba było bardzo się spieszyć, by szkło nie wyschło. Fotograf, prócz sprzętu do robienia zdjęć (a nie był on zminiaturyzowany) musiał nosić ze sobą całe laboratorium chemiczne. W latach 70- tych XIX wieku wynaleziono "metodę suchego szkła", która pozwoliła na upowszechnienie fotografii pośród amatorów oraz na fabryczne robienie szklanych kliszy. Wciąż jednak były one niepraktyczne. Były ciężkie, łatwo się tłukły i za każdym razem trzeba było je wkładać i wyjmować z aparatu. Problem został rozwiązany dopiero po wynalezieniu u schyłku XIX kliszy nitrocelulozowych. Mimo to, jeszcze do lat 20-tych XX wieku negatywy szklane były w powszechnym użyciu. Prezentowane wyżej fotografie pochodzą mniej więcej z lat 1915-17.


środa, 24 grudnia 2014

Nasze Święta.

Pytacie mnie drogą prywatną, czy spędzamy te Święta we Dworze na Woli, czy jeszcze w Zapuście. Te Święta spędzamy jeszcze w nie naszym już domu w Zapuście. Żegnamy się ze wszystkimi kątami, przywołujemy piękne wspomnienia, które były naszym udziałem przez ostatnie 13 lat. Na zimę trudno było się przeprowadzać zarówno nam do pustego Dworu, jak i nowym właścicielom w nieznane. Przeprowadzamy się na wiosnę wraz z pierwszymi promieniami słońca.

W tym roku, jak rzadko, zachciało się nam choinki. Zazwyczaj robimy stroiki z gałęzi bzu, na którym wieszamy bombki. Teraz, ni z gruszki, ni z pietruszki, postanowiliśmy kupić w leśniczówce niewielkie drzewko. Atmosfera zdenerwowania, spowodowana stanem zdrowia, oraz cały trudny rok jakoś nie sprzyjał mi, by jak zawsze skupić się na wystroju świątecznym. Skromniutkie stroiki powstały dosłownie na 5 minut przed wigilijną kolacją.







Życzę moim czytelnikom tego samego, co sobie. Magicznych Świąt pełnych refleksji, spędzonych z najukochańszymi osobami. Spokoju i miłości w sercu, uciszenia myśli w głowie (szczególnie tych pesymistycznych rodzących lęki związane z przyszłością).

Niech Nowy Rok przyniesie nam wszystkim nadzieję na piękniejsze jutro. Niech będzie pełen inspiracji, niech spełnią się Wam i nam marzenia, ale nie wszystkie, abyśmy mogli realizować się w przyszłych latach.

sobota, 6 grudnia 2014

Z wizytą w Muzeum Lotnictwa Polskiego.

Zaległości zrobiły mi się ogromne w opisywaniu naszych wycieczek, które miały miejsce podczas letniego pobytu na Woli. Wrócę jeszcze do lipca, mimo że mamy już grudzień. Jakże miło przy tych chłodach wspomina się upalne dni, choć wtedy nieźle nam słońce dało w kość.

Po opisanych wcześniej (tu tu) wizytach w regionalnych okolicznych muzeach, po trudnym poniedziałku spędzonym w małopolskim WUOZ-ie, we wtorek wybraliśmy się wraz z sąsiadami do Muzeum Lotnictwa Polskiego w Krakowie. Padałam już na pysk i nie miałam za bardzo ochoty na kolejną wycieczkę, ale warto było skorzystać z okazji. Był to dzień z darmowym wejściem, to po pierwsze, a po drugie- ważniejsze, Chłop jest pasjonatem tego typu klimatów. Ja mam wiele zainteresowań (czasami twierdzę, że zdecydowanie za dużo), ale akurat sprawy związane z militariami nie należą do moich ulubionych. Pomyślałam sobie, że dam radę. Pewnie zobaczę ze trzy samoloty, bo cóż wielkiego może być w Polskich muzeach? 
Muszę przyznać ze wstydem, że wykazałam się ignorancją i nieznajomością rzeczy. Muzeum Lotnictwa Polskiego jest ogromne, samolotów jest tam około miliona, a ja po 3 godzinach zaczęłam jęczeć i prawie płakać, jak małe dziecko, że chcę do domuuuuu… do mamyyyyy… Większość czasu zatem spędziłam na ławeczce przy kultowym ponoć Junkersie zastanawiając się, jak do licha takie cudo z blachy falistej, z której buduje się hangary i garaże, mogło latać?


Chłop był przeszczęśliwy. Oddaję mu zatem klawiaturę, by sam podzielił się swoimi wrażeniami.




Przede wszystkim wdzięczny jestem naszym sąsiadom, Monice i Wojtkowi, ponieważ dzięki nim możliwy był wyjazd do muzeum w czasie naszego pobytu. [bo Chłopu nie chciało się kółkiem kręcić, he he- przypis Riannon, no dobrze, już się nie wtrącam :-)]

Muzeum zajmuje teren dawnego lotniska powstałego jeszcze w czasach austrowęgierskich. Przed wojną było ważnym wojskowym obiektem. Zbiory gromadzone od lat 60 tych ubiegłego wieku są obecnie jednymi z najciekawszych na świecie. Znajdują się tu prawdziwe unikaty, wiele muzealiów jest jedynymi zachowanymi egzemplarzami na świecie. Obok popularnych niegdyś w strefie wpływów ZSRR konstrukcji radzieckich, w dużej części pochodzenia wojskowego, możemy zobaczyć maszyny produkcji amerykańskiej z tego samego okresu z bardzo ciekawą historią. Otóż zostały one zdobyte przez stronę komunistyczną w czasie wojny w Wietnamie. Dla Wietnamczyków ale chyba tez dla Rosjan, stanowiły one tak zaawansowaną technologię, że zdobycze przesłano w celu badań do Polski. I właśnie tę niegdyś tajemnicę, możemy dotknąć w Krakowie. 

Duże zainteresowanie, zwłaszcza wśród gości zza zachodniej granicy, budzi wymieniony na początku trzysilnikowy Junkers, jedna z najbardziej rozpoznawalnych konstrukcji II wojny światowej. Egzemplarz jest naprawdę dobrze zachowany, wygląda na kompletny.
















Unikalną na skalę światową grupą eksponatów są samoloty z czasów I wojny światowej. Niestety, są niekompletne, ponieważ wyzwalający ziemie zachodnie czerwonoarmiści spalili od nich skrzydła. Kadłuby i osprzęt trafiły bezpośrednio w ręce Polaków, podczas gdy wagony, na których znajdowały się skrzydła, wpadły w ręce Armii Czerwonej. Na ich przykładzie widać, od jakich rozwiązań i materiałów (głównie drewno i tkanina) rozpoczęła się ewolucja maszyn latających.














Specjalne miejsce zajmuje kolekcja silników lotniczych. Znajdziemy tu konstrukcje od początków lotnictwa do najbardziej zaawansowanych nowoczesnych silników. Dla mnie interesujące były prototypy i konstrukcje eksperymentalne, np. niemieckie silniki odrzutowe z okresu II wojny światowej, czy też samolotowe silniki diesla z lat 20/30 ubiegłego wieku. Poza tym, na co zwróciła uwagę Monika, same formy kształty i bryły tych eksponatów są ciekawe. Tak więc silnikownia może być interesującym miejscem nie tylko dla miłośników techniki, ale i sztuki.





Wycieczka do muzeum lotnictwa zajęła cały dzień, a i tak nie zobaczyłem wszystkiego. Tego muzeum nie można w pełni zwiedzić i poznać w ciągu jednego dnia, dlatego też z pewnością wrócę tam i to nie raz.

Pozdrawiam
Chłop