15 maja 2013 roku, decyzją NSA, po blisko 25-letnich staraniach i walkach w sądach, bezprawnie zrabowany w 1945 roku Dwór na Woli Zręczyckiej pod Krakowem, został przekazany z powrotem rodzinie-spadkobiercom jego budowniczych i dawnych właścicieli.
Tego dnia postanowiliśmy porzucić całe swoje dotychczasowe życie i poświęcić się przywróceniu i zachowaniu pamięci o tym niezwykłym miejscu. Dwór i należace do niego obiekty przez dziesiątki lat rządów PRL zostały doszczętnie rozrabowane oraz zniszczone przebudową i rozbiórką. Mozolnie dokonujemy rewitalizacji tego miejsca, by uczynić go lokalnym centrum kulturotwórczym i turystycznym. Na terenie obiektu działa już Muzeum Dwór Feillów oraz agroturystyka. Klikając w zakładki, zapoznacie się z naszą ofertą.
Jest to opowieść o czasach dawnych i tych współczesnych, o naszych zmaganiach z materią, zarówno zabytkową, jak i tą żywą, o stosunkach z urzędami i sąsiadami. Jest to blog o życiu, do którego serdecznie Was zapraszamy.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą historia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą historia. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 5 czerwca 2016

Księga korespondencji obszaru dworskiego.

Leżała całe długie dziesięciolecia w rupieciach. Droga jaką przebyła z Dworu, by po latach powrócić na swoje miejsce jest nie do końca poznana. Była we Wrocławiu, pojechała z nami do Zapusty. Tam, ukryła się pod skrzynkami z narzędziami. Kiedy po przeprowadzce rozpakowywaliśmy te skrzynki, wyskoczyła niczym królik z kapelusza. Wróciła do domu.


Jej treść nas zadziwiła, choć pewnie w tamtych czasach nie była niczym niezwykłym.

Książka korespondencji, która ocalała i stała się jednym z naszych muzealnych eksponatów, obejmuje okres pomiędzy 12.08.1915 r., a 18.02.1916 r. Jest to czas niezwykle dla wszystkich trudny. I wojna światowa zbierała wówczas okrutne żniwo.



W książce znalazła się zarówno korespondencja prywatna rodziny Feill i skoligaconej z nią rodziny Jenkner, jak i listy urzędowe okolicznych mieszkańców, które przechodziły przez obszar dworski. Są niezwykle ciekawe. To one opowiadają prawdziwe historie, nierzadko tragedie ówczesnych ludzi.
Postanowiłam je opublikować, ale by nie mieszały się z naszymi prywatnymi sprawami, dokumenty muzealne zyskały osobną stronę w formie bloga. Mam nadzieję, że czasem tam zajrzycie.

Już pierwszy wpis jest dosyć intrygujący. Rzecz bowiem idzie o jałówkę i poduszkę, a sprawa ociera się o sąd. 

Od czasu publikacji Pamiętnika Ewy minęło już kilka lat. Znów mam okazję serdecznie Was zaprosić na kolejną wędrówkę w czasie. Tym razem cofamy się równo o 100 lat!

środa, 14 stycznia 2015

Historia zaklęta w szkle.

Trochę niemrawo zabieramy się do  tej naszej przeprowadzki na Wolę, która będzie miała ostatecznie miejsce za jakieś dwa miesiące. Na pocieszenie jednak wspomnę, że kiedy opuszczaliśmy Wrocław, mieliśmy na to 2 tygodnie. Jesteśmy mistrzami robienia wielkich rzeczy na ostatnią chwilę. 

Tymczasem przekładamy pudła z jednego miejsca na drugie, skrobiemy się po głowach ustalając, co zabrać, co wyrzucić, a co podrzucić niczym kukułcze jajo nowym właścicielom :-) Podczas takiego grzebania w pudełkach kolejny raz uwagę moją zwróciła zawartość jednego z nich. Znajdują się tam stare negatywy szklane, które liczą sobie 100 lat. 





Niestety, nie bardzo umiemy odzyskać ich zawartość, na pewno są jakieś fachowe metody, które odkryjemy w późniejszym czasie. Coś mnie jednak tknęło i postanowiłam nie tylko przejrzeć zawartość pudełka, ale i zrobić fotki kilku takim negatywom. A potem bez większej nadziei, kliknęłam sobie w funkcję „zmień na negatyw” i ku mojemu bezbrzeżnemu zdumieniu, ukazał się w pozytywie świat, którego już nie ma. Pośród tych „magicznych” szybek znajduje się wiele zdjęć z dworku na Woli oraz jego mieszkańców. Na razie pokażę to, co zrobiłam na szybko, jedną ręką trzymając szkło, a drugą aparat cyfrowy. Szybek mamy kilkadziesiąt. W wolnej chwili usiądziemy i porządnie je obfotografujemy, a potem zrobię pozytyw i poprawię w prostych programach, jakie mam do dyspozycji. Aby odczytać ich zawartość, ta technika całkowicie wystarczy. 















Technika robienia zdjęć za pomocą szklanych negatywów była znana od drugiej połowy XIX wieku. Początkowo była ona bardzo kłopotliwa i nie dla wszystkich dostępna, ponieważ wiązała się z krótkim czasem użycia. Substancje, które pokrywały płytkę musiały być przez fotografa naniesione na szkło tuż przed zrobieniem zdjęcia. Również na mokro dokonywano odbitki. Trzeba było bardzo się spieszyć, by szkło nie wyschło. Fotograf, prócz sprzętu do robienia zdjęć (a nie był on zminiaturyzowany) musiał nosić ze sobą całe laboratorium chemiczne. W latach 70- tych XIX wieku wynaleziono "metodę suchego szkła", która pozwoliła na upowszechnienie fotografii pośród amatorów oraz na fabryczne robienie szklanych kliszy. Wciąż jednak były one niepraktyczne. Były ciężkie, łatwo się tłukły i za każdym razem trzeba było je wkładać i wyjmować z aparatu. Problem został rozwiązany dopiero po wynalezieniu u schyłku XIX kliszy nitrocelulozowych. Mimo to, jeszcze do lat 20-tych XX wieku negatywy szklane były w powszechnym użyciu. Prezentowane wyżej fotografie pochodzą mniej więcej z lat 1915-17.


wtorek, 10 grudnia 2013

Nasza historia

15 maja 2013 we Dworze na Woli spotkała się nasza rodzina oraz przedstawiciel Politechniki Krakowskiej, aby podpisać protokół przekazania obiektu w nasze ręce. Od tej chwili znaleźliśmy się zupełnie innym położeniu, niż przez ostatnie lata, kiedy po sądach walczyliśmy o oddanie niesłusznie zagrabionej przez PRL rodzinnej własności. Póki walczyliśmy, póty nie zastanawialiśmy się za bardzo, co się stanie, kiedy wreszcie Dwór trafi w nasze ręce. Sprawa toczyła się tak długo, że wszyscy zdążyliśmy poukładać sobie życie i ukorzenić się każdy na swoim nowym miejscu. 

Kiedy 15 lat temu, jeszcze gdy byliśmy we Wrocławiu, Mamuśka zapytała, czy po odzyskaniu Dworu nie zechcielibyśmy się nim zająć, miny nam się wydłużyły. „Najpierw trzeba obiekt odzyskać, a dopiero później o tym myśleć”- odparło któreś z nas. Miałam wtedy 25 lat i rozpaczliwie usiłowałam poukładać sobie życie z dala od miasta. Nie mieliśmy cierpliwości, by czekać na postanowienia w sprawie Woli. Jak się okazało, mieliśmy rację. Adwokat, który zechciał zająć się wówczas tą sprawą i dał Mamuśce nadzieję, okazał się oszustem. Wziął zaliczkę i zniknął wraz z całą dokumentacją. Na ostatecznie rozwiązanie sprawy Dworu przyszło nam zatem czekać jeszcze 15 lat. Z jednej strony to okropne, ale z drugiej strony, mając po dwadzieścia kilka lat, nie byliśmy w stanie podołać takiemu wyzwaniu, jakim było  objęcie opieką tego miejsca.

Kupiliśmy dom w Zapuście. 


Śliczny regionalny przysłupowy dom stał się dla nas naszym oczkiem w głowie i ukochanym miejscem na ziemi. Zaczęliśmy tam dorosłe życie. Założyliśmy hodowlę golden retrieverów oraz gospodarstwo agroturystyczne, stworzyliśmy markę Tuskulum. 


Do 15 maja 2013 byliśmy pewni, że tam chcemy dożyć spokojnej starości. Owego dnia jednak wszystko się zmieniło.

Kiedy Dwór przeszedł w ręce rodziny znów padło pytanie, i co teraz mamy z nim zrobić? Początkowo planowaliśmy nadal utrzymać dzierżawcę, który prowadził hotel. Niestety, konflikt dzierżawcy z Politechniką Krakowską spowodował, że umowy nie przedłużono, a zanim my mogliśmy zgodnie z prawem objąć obiekt w posiadanie, Dwór od dwóch lat stał już pusty. Dzierżawca nie zechciał skorzystać z naszej propozycji powrotu do Dworu. Cóż, pomyślałam sobie, że trzeba zdać się na los. Powrócił temat abyśmy sami przejęli obiekt i poprowadzili w nim agroturystykę. Nie byliśmy już tymi samymi smarkatymi dzieciakami sprzed 15 lat. Dysponowaliśmy 12 letnim doświadczeniem w branży turystycznej. Ja właśnie kończyłam studia podyplomowe z zakresu Zarządzania Dziedzictwem Kultury. Z jednej strony marzyłam o nowym wyzwaniu, a z drugiej strony nie mogłam pogodzić się z opuszczeniem naszego dotychczasowego domu. Pamiętam, że dwa lata wcześniej kilka razy śniła mi się przeprowadzka. Budziłam się wtedy zalana łzami i z ogromnym bólem w sercu.

Krzyś też przeszedł sporą metamorfozę. Przez ostatnie lata mocno zaangażował się w walkę o sprawę Dworu, ściśle współpracował z adwokatem i śmiem twierdzić, że gdyby nie on, Dwór mógłby przepaść. Politechnika bowiem do samego końca próbowała przekręcić nas wystawiając obiekt na sprzedaż, mimo iż mieliśmy już prawomocne wyroki dotyczące zwrotu nieruchomości. Krzyś tak mocno zaangażował się w sprawy prawne, że niemal odkrył w sobie nowy talent. „Byłby z pana dobry prawnik”- skomplementował go adwokat. 

Wiem, że Krzyś z ogromnym wzruszeniem przyjął informację o zakończeniu tej wlokącej się przez dziesiątki lat sagi sądowej. Kiedy pojechaliśmy tam w czerwcu na kilka dni, miał łzy w oczach. Bardzo kocha ten obiekt. Babcia postarała się wychować dwa pokolenia w oparciu o pamięć związaną z tym miejscem. To nie jest jakiś obcy dom, to "ziemia obiecana", do której została nam otwarta droga. Krzyś też miał rozdarte serce. Z jednej strony dom rodzinny, w którym od 70 lat panoszył się PRL, z drugiej miłość do miejsca i domu, który sami sobie wybraliśmy i w którym spędzaliśmy najpiękniejsze lata naszego życia. To naprawdę nie była łatwa dla nas decyzja. Mimo, że rodzina oczekiwała od nas opieki nad tym miejscem, bo kto, jak nie my, nie chcieliśmy być manipulowani, czy zmuszani do tego obowiązku. W końcu to nasze życie.


Postanowiliśmy decyzję odroczyć i dać na miesiąc lub dwa ogłoszenie o możliwości wydzierżawienia Dworu. Przez ten czas moglibyśmy na chłodno, bez emocji, rozważyć wszystkie za i przeciw. Co tu ukrywać, wszystkie argumenty świadczyły o tym, że powinniśmy się przeprowadzić. Nawet te emocjonalne. Nasz ukochany dom w Zapuście był przecież nabyty, nie wiązała się z nim żadna osobista historia. To my nadaliśmy mu swoją magię, obdarzyliśmy go uczuciem i otoczyliśmy opieką. To nie sam budynek, ale również my tworzyliśmy tam pozytywną atmosferę. To ludzie tworzą magię miejsca, przedmioty to tylko dekoracja. Wiedząc o tym, byliśmy pewni, że równie szczęśliwi, jak w Zapuście będziemy na Woli. Mimo to nie mogłam zdobyć się, aby napisać i zamieścić ogłoszenie.

Przez miesiąc, kiedy szło ogłoszenie o możliwości dzierżawy Dworu, nie zgłosił się nikt konkretny. Było parę marudnych i niepoważnych osób. Z każdym dniem dojrzewaliśmy do decyzji o przejęciu obiektu nie mając jeszcze sprecyzowanych planów co do rodzaju działalności. Dom jest ogromny, koszty jego utrzymania są na obecną chwilę poza naszym zasięgiem. Pieniądze uzyskane ze sprzedaży domu w Zapuście trzeba będzie od razu zainwestować w całą nową, oszczędną infrastrukturę, zanim zaczniemy zarabiać na życie i na utrzymanie obiektu. Zaczęłam się zamartwiać, jak damy sobie sami radę nie mając doświadczenia w zatrudnianiu ludzi i nie znając lokalnego rynku zarówno produktów, jak i zasobów ludzkich. W życiu jednak trzeba podejmować ryzyko, by iść do przodu.

Postanowiliśmy nie odnawiać już ogłoszenia o możliwości dzierżawy Dworu. Kiedy przyjechaliśmy na Wolę ponownie we wrześniu, wiedzieliśmy, że chcemy podjąć to wyzwanie. Widocznie rewitalizacja domów jest nam pisana – rzekłam filozoficznie i przy okazji odkryłam w sobie duszę nomada. Kiedy bowiem pogodziłam się z opuszczeniem Zapusty, nagle poczułam dziką chęć przeżycia kolejnej w życiu przygody. Czyżby stabilizacja i bezpieczeństwo, jakie dawał nam dom na Pogórzu Izerskim było dla mnie już nudne?

Sen z powiek spędzały mi tylko obawy, w czyje ręce trafi nasz ukochany dom? I ile to jeszcze potrwa? Zanim zdecydowałam się napisać i wstawić ogłoszenie, zrobiła się późna jesień. Kto na zimę kupuje domy? Mimo to chciałam, aby potencjalni nabywcy opatrzyli się i odnotowali sobie nasz obiekt. Prorokowałam wycieczki chętnych na wiosnę. Przyjaciele mówili, że mało pieniędzy za dom chcemy, że prędko znajdziemy nabywcę. Osoby, które nigdy u nas nie były, ale zawsze na każdy temat mają coś do powiedzenia, podchodzili do sprawy sceptycznie. Teraz jest zastój w nieruchomościach, ludzie mają duży wybór, domy stoją po kilka lat, będziecie czekać. Cóż, pokornie wysłuchałam wszystkich opinii spodziewając się każdego scenariusza.

Przyjaciele mieli rację. Morał z tego jest taki, że zawsze trzeba słuchać ludzi życzliwych, którzy nie kierują się w życiu zawiścią, lecz wspierają i kibicują, choćby i im pękały serca na skutek naszej decyzji.


W listopadzie 2014 roku, po długich oczekiwaniach związanych z biurokracją bankową, nasz dom trafił do rąk Agnieszki, Wojtka i ich dwóch córek. Nie mam wątpliwości, że są to właściwi ludzie, którzy nie tylko będą kontynuować naszą pracę, ale nadadzą temu obiektowi nową jakość.

Nam pozostała ciężka praca, by doprowadzić Dwór na Woli Zręczyckiej do stanu świetności. Mamy nadzieję, że obiekt ten stanie się dla naszych gości miejscem wyjątkowym, do którego będą z przyjemnością powracać.