15 maja 2013 roku, decyzją NSA, po blisko 25-letnich staraniach i walkach w sądach, bezprawnie zrabowany w 1945 roku Dwór na Woli Zręczyckiej pod Krakowem, został przekazany z powrotem rodzinie-spadkobiercom jego budowniczych i dawnych właścicieli.
Tego dnia postanowiliśmy porzucić całe swoje dotychczasowe życie i poświęcić się przywróceniu i zachowaniu pamięci o tym niezwykłym miejscu. Dwór i należace do niego obiekty przez dziesiątki lat rządów PRL zostały doszczętnie rozrabowane oraz zniszczone przebudową i rozbiórką. Mozolnie dokonujemy rewitalizacji tego miejsca, by uczynić go lokalnym centrum kulturotwórczym i turystycznym. Na terenie obiektu działa już Muzeum Dwór Feillów oraz agroturystyka. Klikając w zakładki, zapoznacie się z naszą ofertą.
Jest to opowieść o czasach dawnych i tych współczesnych, o naszych zmaganiach z materią, zarówno zabytkową, jak i tą żywą, o stosunkach z urzędami i sąsiadami. Jest to blog o życiu, do którego serdecznie Was zapraszamy.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przeprowadzka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przeprowadzka. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 17 kwietnia 2016

Czas podsumowań.

1 kwietnia minął rok od naszej przeprowadzki z Dolnego Śląska do Małopolski. Przyszedł zatem czas na pierwsze podsumowanie naszej decyzji.
Nie ma co ukrywać, że w Zapuście wiedliśmy przez kilkanaście lat życie niezwykle spokojne, sielankowe, bez większych trosk i zmartwień. Było to życie ustabilizowane, a choć bardzo skromne, to niezwykle piękne. Taka stabilizacja ma też swoje ciemne strony. Straciliśmy dystans i nie widzieliśmy już możliwości rozwoju w tamtym miejscu. Usiedliśmy na laurach i dni mijały nam jeden za drugim. To było wygodne życie. Niejeden popukałby się w czoło (i zapewne się popukał) na wieść, że zrezygnowaliśmy ze swojej strefy komfortu, by podjąć się nowego wyzwania.

Nowe wyzwanie w postaci objęcia opieką starego, zaniedbanego dworku nie miało nic wspólnego ze świętym spokojem. Sprawy reprywatyzacyjne związane z pozostałymi częściami majątku wciąż trwają, procesy sądowe mnożą się nam jak grzyby po deszczu. Jest ogrom pracy, jeszcze więcej nerwów oraz presja związana z jak najszybszym udostępnieniem obiektu turystom, bo przecież musi on zarabiać na swoje utrzymanie. Pojawia się zatem pytanie, czy podejmując decyzję o przeprowadzce zrobiliśmy sobie dobrze?

Jestem w stu procentach pewna, że tak. Nigdy nie żałujemy swoich decyzji i nigdy nie oglądamy się za siebie. Jest ciężko, bywa nerwowo, lecz nie opuszcza nas optymizm, ani poczucie humoru. Mamy przeświadczenie, że robimy coś fajnego nie tylko dla siebie, ale również dla innych, dla społeczności, która ciepło wspomina lata, gdy wokół dworku zawsze coś się działo. Prawie codziennie, a w weekendy kilka razy dziennie, zatrzymują się koło nas spacerujący ludzie i wyrażają swoje zadowolenie, że po latach opustoszenia, dwór znów ma opiekunów i powoli wkracza tu na nowo życie. Wielu z tych spacerowiczów miało przed wojną kogoś z rodziny, który pracował we dworze. Opowiadają nam cudne historie, które w ich rodzinach przekazywane są z pokolenia na pokolenie. Wszyscy dobrze wspominają tamte czasy. Takie słowa działają na nas niezwykle motywująco. To wszystko sprawia, że mimo trudności, chce nam się dalej działać.

Nie jest możliwe w żadnej społeczności, by każdy przyjmował „nowych” tak samo. Staramy się zatem nie zwracać uwagi na nieliczne, wrogie spojrzenia ludzi zawistnych. Nikomu tutaj nie zrobiliśmy nic złego, nikt też nie usłyszał od nas złego słowa, zatem jawna do nas niechęć spowodowana jest tylko i wyłącznie nieczystym sumieniem. Cóż, ktoś w końcu rabował i parcelował ten majątek dworski.

Zapustę wspominamy z niezwykłą nostalgią i z radością obserwujemy, jak nowi właściciele nadają naszemu dawnemu domowi nowy charakter. Powoli wydobywają z tamtego miejsca potencjał, którego my już nie widzieliśmy. My z kolei możemy realizować swoje plany w otoczeniu, które ponownie pobudziło naszą kreatywność.

Zapowiadałam otwarcie dworku dla turystów w połowie maja. Już widzę, że nie uda się na sto procent zrealizować tego planu. Na pewno gotowa będzie ekspozycja muzealna i może 2 pokoje. Kolejne będziemy oddawali w miarę możliwości jak najszybciej. Napiętrzenie innych spraw, pilna sprzedaż pozostałych w Zapuście gruntów, by uciec przed skandaliczną ustawą przywiązującą chłopa do ziemi, jak za czasów pańszczyźnianych, spowodowały poślizg w pracach remontowych. Z niewielkim tradycyjnym w naszym kraju obsuwem, ale damy radę.

Tymczasem w ogródku kolorują się pierwsze wiosenne kwiaty. Jest to owoc naszych prac pielęgnacyjnych, które prowadzimy od dnia przeprowadzki.





Jest słonecznie, ciepło, wiosennie, kolorowo, czego chcieć więcej?!


piątek, 3 kwietnia 2015

Przeprowadzka

To było trudne przedsięwzięcie, ale pomijając kilka drobnych niedogodności, wszystko poszło zgodnie z planem. Od pięciu tygodni Krzyś jeździł pożyczonym busem i przewoził do dworu nasze rzeczy. 31 marca, tak jak ustaliliśmy wcześniej, po uprzednim zapakowaniu przyczepy z najpotrzebniejszymi i osobistymi rzeczami, przed południem opuściliśmy nasz dotychczasowy dom i ruszyliśmy rozpocząć nowe życie. Zapusta żegnała nas porywami huraganowych wiatrów, a niebo płakało deszczem. Ja sobie też trochę popłakałam, ale mieliśmy ten ogromny komfort psychiczny, że zostawiliśmy nasz dom w rękach dobrych ludzi. Obiecaliśmy sobie odwiedzać się wzajemnie i utrzymywać kontakt. Z resztą, nie może być inaczej przynajmniej jeszcze przez jakiś czas, ponieważ Chłop nie ogarnął swojego stanu posiadania. Zostało w Zapuście tak dużo naszych rzeczy, że jego wizyty będą koniecznością.


W piątek, kilka dni przed wyjazdem, postanowiliśmy sprawdzić stan techniczny naszego niedawno zakupionego auta, 14-letniego Mitsubishi Pajero Pinin. W tym celu zażyczyłam sobie wycieczkę do Bolesławca, ponieważ chciałam kupić na pamiątkę kilka naczyń ceramicznych. Kiedy obkupieni, odarci z gotówki, ale przeszczęśliwi wracaliśmy do domu, coś złego stało się z piątym biegiem. Niby był, ale wyskakiwał i trzeba było go trzymać ręką. Chłop wprowadził Pingwina, bo tak pieszczotliwie go nazwał, na kanał, zdjął dekiel od skrzyni biegów i wyjął jakąś latającą luzem kulkę. Mimo przeglądania instrukcji obsługi oraz konsultacji ze znajomymi, do dziś nie wyjaśniło się, skąd mogła wypaść taka mała kulka i czy to ona była winna zamieszania z piątym biegiem.  Pomimo lekkich obaw, że za piątym biegiem może wysypać się reszta, postanowiliśmy ruszyć w drogę. Teoretycznie z przyczepą i tak nie można jechać więcej, jak 70 km/h, więc po co nam piąty bieg?


Przez większość drogi w deszczu i przy huraganowym wietrze Chłop nie dosyć, że walczył z naturą napierającą na auto, to jeszcze nie puszczał prawej ręki ze skrzyni biegów. Jednak piąty bieg był w użyciu. Do czasu. Gdy opuszczaliśmy Górny Śląsk, wysypał się do końca. Niby nic dziwnego, bo po aucie z recyklingu można się spodziewać wszystkiego, ale i z nowymi rzeczami czasem dzieje się coś dziwnego.

Wspominałam ostatnio, że długo czekaliśmy na wybrane przez siebie modele telefonów. Chłop wybrał sobie Alcatela z tradycyjną klawiaturą, ja postanowiłam otworzyć się na nowe wyzwania i zamówiłam smartfon Microsoft Lumia 535. W tenże piątek (to był chyba pechowy dzień) załatwiliśmy wszystko w oddziale operatora, ja dostałam nowy numer telefonu, już na abonament i cała uchachana obwieściłam światu, że mają się do niego przyzwyczajać. W domu okazało się, że moja Lumia nie startuje. Sprzedano mi wadliwy model lub bateria jest zepsuta. Niestety, nawet nie mogłam reklamować sprzętu w oddziale w Lubaniu, ponieważ na reklamowany telefon trzeba czekać nawet 2 tygodnie. A my za dwa dni mieliśmy ruszać. Odłożyłam więc sprawę do załatwienia po przyjeździe na nowe miejsce.


Jechaliśmy z całym dobytkiem na przyczepie w deszczu i przy porywach huraganowego wiatru. Piątka wysypała się dokumentnie tuż przed Balicami. Mimo to dobry nastrój nas nie opuszczał. Cała podróż trwała niemal 7 godzin, ale nigdzie się przecież nie spieszyliśmy. Wszyscy domownicy siedzieli w aucie. Gaja w kontenerze (po kotku) pod moimi nogami, Jaskier i Mantra na tylnym siedzeniu. Kiedy zjeżdżaliśmy z autostrady, tuż przed Wieliczką zobaczyliśmy na niebie tęczę. Nasza droga prowadziła wprost na miejsce, skąd wyrastała. Uznaliśmy, że jest to dobry i piękny znak na początek naszego nowego życia.


W naszym nowym domu zastałam widok, który niejednego wprawiłby w palpitację serca, ale byłam na to przygotowana. Nasz dobytek leżał i nadal oczywiście leży na podłodze w całym niemal domu. Odgruzowałam prowizoryczną kuchnię, jadalnię, która w przyszłości będzie naszą sypialnią i korytarz, żeby nie potykać się o pudła. Trochę nagrzaliśmy w dziewiątce (na razie tam śpimy), bo w domu było plus pięć stopni i padliśmy na pysk, zagrzebawszy się uprzednio w dwie puchowe kołdry.




Tak obecnie mieszkamy, jak ostatni menele :-)

To chyba dobry moment, aby podziękować ludziom, którzy okazali nam wiele serca udzielając bezinteresownej pomocy. Dziękujemy przede wszystkim Grzesiowi z Gryfowa, który użyczył nam swojego busa. Bez jego pomocy przedsięwzięcie to byłoby dużo bardziej skomplikowane i kosztowne. Na podziękowania zasłużył też nasz sąsiad Stachu, który towarzyszył Krzysiowi podczas podróży wte i wewte dzielnie dźwigając nasze koszmarnie ciężkie szafy, biurka i wyposażenie z muzeum. A to wszystko za kilka czteropaków.

Dziękujemy Agnieszce, Wojtkowi oraz Zosi i Rafałowi, nowym mieszkańcom naszego dotychczasowego domu, za to, że pokochali to miejsce i zechcieli się nim zaopiekować. Nawet nie umiem wyrazić słowami, jaką czuję ulgę zostawiając dom w takich rękach.

I sama jestem zaskoczona, ale podziękowania należą się też firmie telekomunikacyjnej Orange, za błyskawicznie wykonanie przeniesienia usługi telefonu stacjonarnego i neostrady. Czekaliśmy na to tylko 1 dzień. Od wczoraj jesteśmy połączeni ze światem, co oznacza, że spokojnie możemy wszystko załatwiać, planować i kupować przez internet. Tylko czasu brak, bo każdą chwilę wykorzystujemy na ogarnianie się.

To, że mieszkamy na pudłach, jesteśmy nieogarnięci i oszolomieni, nie oznacza, że do końca ignorujemy Święta. Pogoda wprawdzie jest bardziej bożonarodzeniowa i wiosny na horyzoncie nie widać, ale nie tracimy nadziei. Zamierzam więc przystąpić do skrobania jaj, które już ufarbowały się w wywarze z łupinek cebuli.

Życzę Wam spokojnych Świąt Wielkanocnych pełnych nadziei na to, że wkrótce przyroda obudzi się do życia.

środa, 25 marca 2015

Końcowe odliczanie czas zacząć.

Zbliża się nieubłagalnie wyznaczony przez nas termin przeprowadzki. Jak zwykle na ostatnią chwilę zostało milion rzeczy do zrobienia, załatwienia. Aby zdążyć ze wszystkim, doba musiałaby mieć ze 48 godzin. Nikt nas oczywiście nie wygania, ale z doświadczenia wiem, że przekładanie tego typu decyzji wcale nie spowoduje, że się ze wszystkim zdąży. Daje ono tylko złudne poczucie, że zostało jeszcze dosyć czasu i następuje spore rozluźnienie. A tuż przed końcem znowu zaczyna się młyn. 

Postanowiłam zatem za wszelką cenę utrzymać nasz pierwotny plan i ruszyć już definitywnie i ostatecznie 31 marca, czyli w najbliższy wtorek. Zatem, jak nietrudno się domyślić, jest młyn, a grafik pęka w szwach. Aby mniej więcej ze wszystkim zdążyć, rozpisałam sobie plan przyszłych dni. Musimy jeszcze pozałatwiać kilka spraw w Urzędzie Gminy-wymeldować się, wypowiedzieć umowę na odbiór śmieci, odebrać jakiś login z Agencji Rolnej (kurde, kolejny numerek z agencji!!! :), aby załatwiać sprawę dopłat w sposób cywilizowany, przez Internet (O jakże jestem tego ciekawa! O jakże mam wielkie przeczucie, że nie będzie łatwo z tego korzystać!), wymienić telefon komórkowy i załatwić drugi dla mnie na abonament. Mam już bowiem dosyć korzystania z kart telefonicznych, bo nie dosyć, że jestem zasypywana jakimiś flirtami i innymi cudnymi SMS-sami, to jeszcze część z tych SMS-ów wydaje się być płatna, ponieważ co rusz znikają mi z konta jakieś złotówki. Nie umiem tego ustawić na stronie operatora, bo nie rozumiem, co tam do mnie piszą! 
Wydawałoby się, że w dzisiejszych czasach wymiana telefonu i podpisanie umowy na drugi to banał, ale nie w Lubaniu. Od tygodnia czekamy na wybrane przez siebie telefony i nie ma. Ja rozumiem, że Lubań to mała miejscowość, a oddział operatora telefonii komórkowej niekoniecznie jest pierwszy w kolejce do realizacji zamówień. W innym przypadku cierpliwie bym poczekała, albo złożyła zamówienie przez Internet. Niestety, obawiam się, że na ten adres już może przesyłka nie dojść. Trudno się mówi, jak się nie da, to załatwimy sobie te telefony już po przeprowadzce. A pan w oddziale nie zarobi na prowizję.
Musimy jeszcze przepisać umowę z energetyką, to już w towarzystwie nowych właścicieli oraz pomóc im pozałatwiać sprawy w Urzędzie Gminy.

W moim grafiku jest jeden bardzo ważny punkt i jeśli nie uda mi się go zrealizować, to się pochlastam, popłaczę i będę przez całe życie nieszczęśliwa. Muszę pojechać do Bolesławca i zaopatrzyć się w komplet ceramiki. Chcę mieć pamiątkę z naszego regionu i wolałabym osobiście, a nie przez Internet, wybrać zestaw. Diabli wiedzą, kiedy zdarzy mi się okazja być w tych stronach.

Chłop na Woli już bywa i przywozi urocze fotki. Dokumentuje pierwsze kwitnienie cebulek, które sadziliśmy zeszłej jesieni. Narcyzy już są w rozkwicie, na tulipany czekamy z niecierpliwością.


Zobaczcie, jak pięknie wygląda bryła Dworu, kiedy nie jest zasłonięta przez ten koszmarny iglak, który rósł przed domem.


Jak tylko decyzja z WKZ-tu się uprawomocniła, wycięliśmy to paskudztwo. Uwielbiamy drzewa, posadzimy ich w swoim życiu jeszcze wiele, ale na boga w odpowiednim ku temu miejscu!







Zatem jeżeli nie przydarzy się jakaś tragedia, lub nie powstrzymają nas inne obiektywne przyczyny, czy awarie, ruszamy w najbliższy wtorek.


A propos tragedii. Z przykrością muszę poinformować, że w międzyczasie, a dokładniej 12.03.2015 odeszła do Krainy Wiecznych Łowów na Mysz nasza kicia Tissaia de Vries. Niestety, nie doczekała przeprowadzki. Przyczyną śmierci była niewydolność nerek, czyli popularnie mówiąc, mocznica. Gdy okazała symptomy choroby, było już za późno. 

Kilka dni przed śmiercią bardzo źle się czuła, miała hipotermię, owijaliśmy ją ręcznikami, by było jej cieplej, wydawała się też być półprzytomna. Oczywiście nie jadła, a kiedy przestała pić mleko, podłączylismy ją pod kroplówkę i czekaliśmy na wyniki badań. USG wykazało krytyczną degenerację nerek, wyniki krwi tylko to potwierdziły. Stan był beznadziejny, nie było żadnej szansy na poprawę. Zdecydowaliśmy się, podobnie, jak w przypadku Fiony, pomóc jej bezboleśnie przejść na drugą stronę. Nie przypuszczałam, że tak bardzo to przeżyję. Była z nami blisko 14 lat.


Tissaia pół roku wcześniej na Woli

Cóż, wszystko wskazuje na to, że następny post będę pisała i publikowała już na Woli, jak tylko operator neostrady przełączy naszą usługę.
Do zobaczenia zatem w nowej dla mnie rzeczywistości :-)

***
I jeszcze niespodzianka, njusik dosłownie z ostatnicj chwili, jeszcze ciepły, jak bułeczki z tuskulańskiego pieca chlebowego:
Nowi właściciele domu w Zapuście zdecydowali się kontynuować tradycje blogerskie związane z tym miejscem. Będziemy mogli zatem podejrzeć jak radzą sobie w miejscu, w którym my przeżyliśmy najszczęśliwsze lata naszego życia: