15 maja 2013 roku, decyzją NSA, po blisko 25-letnich staraniach i walkach w sądach, bezprawnie zrabowany w 1945 roku Dwór na Woli Zręczyckiej pod Krakowem, został przekazany z powrotem rodzinie-spadkobiercom jego budowniczych i dawnych właścicieli.
Tego dnia postanowiliśmy porzucić całe swoje dotychczasowe życie i poświęcić się przywróceniu i zachowaniu pamięci o tym niezwykłym miejscu. Dwór i należace do niego obiekty przez dziesiątki lat rządów PRL zostały doszczętnie rozrabowane oraz zniszczone przebudową i rozbiórką. Mozolnie dokonujemy rewitalizacji tego miejsca, by uczynić go lokalnym centrum kulturotwórczym i turystycznym. Na terenie obiektu działa już Muzeum Dwór Feillów oraz agroturystyka. Klikając w zakładki, zapoznacie się z naszą ofertą.
Jest to opowieść o czasach dawnych i tych współczesnych, o naszych zmaganiach z materią, zarówno zabytkową, jak i tą żywą, o stosunkach z urzędami i sąsiadami. Jest to blog o życiu, do którego serdecznie Was zapraszamy.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zwiedzanie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zwiedzanie. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 11 czerwca 2017

Małopolskie Dni Dziedzictwa w Dworze Feillów.

Zaletą opieki nad historycznym dworkiem są niespodzianki, które czyhają na nas niemal każdego dnia. A to zadzwoni jakiś producent filmowy, który poszukuje pleneru do zdjęć, a to w obejściu bez zapowiedzi pojawi się jakiś pan z teatru, czy pani z telewizji, ot tak, z ciekawości. 
A pewnego jesiennego dnia odwiedziły nas panie z Małopolskiego Instytutu Kultury szukając obiektów, które mogłyby być udostępnione zwiedzającym za darmo na potrzeby Małopolskich Dni Dziedzictwa. Jest to cykliczna impreza organizowana co roku w maju. Powołując do życia Muzeum braliśmy jak najbardziej pod uwagę współpracę z wszelkimi instytucjami kultury, zgodziliśmy się zatem bez wahania udostępnić nasze zbiory zwiedzającym.  

-A czy macie jakiś doświadczenie z tego typu przedsięwzięciami?-zapytała jedna z pań.
-Tak, oczywiście. W poprzednim miejscu zamieszkania braliśmy udział w Dniach Otwartych Domów Przysłupowych.
-Jaką mieliście frekwencję?
-Kilkanaście osób- nie bez dumy odparłam.
-A, to nie. Na nasze imprezy przychodzi kilkaset osób.

Troszkę osłupiałam, ale natychmiast wyraziłam zwątpienie, czy rzeczywiście komuś będzie chciało się przyjechać na takie odludzie. Zostaliśmy poinformowani, że na zwiedzanie obiektów są rezerwacje, a dworki bukowane są jako pierwsze. Miałam się o tym przekonać na tydzień przed imprezą, kiedy rezerwacje ruszyły. Już pierwszego dnia, dziesięć minut po otwarciu infolinii, ludzie dzwonili do nas, zawiedzeni, ze smutkiem w głosie, że nie można już się zapisać na zwiedzanie i czy nie możemy coś z tym zrobić. Nie możemy- tłumaczyłam i zapraszałam w każdy inny dzień, wszak nasze Muzeum otwarte jest niemal codziennie, pod warunkiem, że ktoś umówi się z nami telefonicznie na wizytę. Ta informacja w ogóle nie docierała do rozczarowanych ludzi. Jak bardzo człowiek potrafi być zdesperowany, aby wedrzeć się do obiektu w celu „konsumpcji kultury” mieliśmy okazję przekonać się w weekend 20-21 maja, kiedy drzwi naszego Muzeum zostały otwarte dla zwiedzających.

fot.S.Woźniak (MIK 2017)

Cóż mam napisać? Przeżyliśmy prawdziwy szturm na Dworek. Przez nasze Muzeum przetoczyło się około 770 osób. Początkowo mieliśmy na zmianę z Krzysiem oprowadzać po Dworku grupy 15 osobowe, jednak szybko okazało się, że to nie jest możliwe. Nie sposób było odmówić (choć czasem było trzeba) osobom spoza rezerwacji, którzy tak bardzo prosili o możliwość wejścia, że nasze grupy ostatecznie liczyły około 30 osób. Desperacja ludzka przeszła moje najśmielsze wyobrażenia. I o co było się tak starać? O wejście do obiektu, który można darmo odwiedzić w każdym innym terminie. Najsympatyczniejsi ludzie prosili, inni kłamali, że dostali informację, że to my decydujemy, kogo wpuścić do obiektu, a jeszcze inni, których naprawdę już nie zdołaliśmy upchnąć, uważajcie… wygrażali nam i wyzywali nas!!! Nie do uwierzenia! Gdyby ktoś mi coś takiego opowiedział, postukałabym się w głowę!
Na szczęście impreza ta była dobrze przygotowana przez Małopolski Instytut Kultury. Do pomocy dostaliśmy grupkę wolontariuszek, które zarządzały tym tłumem. Dziennie mieliśmy 11 oprowadzań, po 5-6 na każdego z nas. To jest dużo. Mniej więcej w połowie dnia miałam już mroczki przed oczami , a wieczorem po zakończeniu byłam nieprzytomna ze zmęczenia. Mimo to uważam, że było to niezwykle pozytywne wydarzenie. Ludzie, którzy zwiedzili obiekt, byli serdeczni, dali nam mnóstwo pozytywnej energii i życzyli szczęścia. Opowiadaliśmy o historii dworku, o rodzinie Feill, sprawach sądowych, jakie toczyły się i nadal toczą wokół dworku, o losach obiektu i naszej rodziny. Równocześnie na terenie ogrodu trwały pokazy robienia mydła, tłoczenia oleju na zimno i produkcji farb sposobami domowymi, prowadzone przez nasze nieocenione, zdolne sąsiadki- Monikę i Olę. Do tego były kramiki z naszymi wyrobami i panie z koła gospodyń wiejskich z domowymi wypiekami. Wszak tegoroczna edycja Małopolskich Dni Dziedzictwa nosiła tytuł „od kuchni”.

fot.S.Woźniak (MIK 2017)
Spacer botaniczny z pracownikiem Krakowskiego Ogrodu Botanicznego

fot.S.Woźniak (MIK 2017)
pokaz wyrobu farb- Aleksandra Popławska

fot.S.Woźniak (MIK 2017)
W salonie

fot.S.Woźniak (MIK 2017)
Galeria Stefanii Feill

fot.S.Woźniak (MIK 2017)
Galeria Stefanii Feill

fot.W.Szczekan (MIK 2017)
Gajka była gwiazdą naszego obiektu, 
Krzyś stwierdził, że stanie się twarzą tegorocznych Dni Dziedzictwa.
"Raczej pyszczkiem"- odparłam :-)

Więcej zdjęć z wydarzenia w naszym obiekcie pod tym linkiem.

Odwiedził nas Wicemarszałek Województwa Małopolskiego Pan Leszek Zegzda, którego miałam przyjemność oprowadzać wraz z jedną z grup po Dworku. Zostawił wpis w księdze pamiątkowej oraz koszulki z przezabawnym, jak dla mnie hasłem promującym Małopolskę: „Jestem z Małopolski, wychodzę na... pole”. Dostałam też czerwone korale i mam nadzieję, że kiedyś dorobię się reszty, bo te stroje ludowe są obłędnie cudowne. (Ok! Wiem, że zdziwaczałam na tej wsi! :)





Podczas oprowadzania Krzyś miał dwie zabawne sytuacje. Pierwsza, gdy opowiadał jak Politechnika Krakowska, poprzedni zarządca dworku, bezrefleksyjnie, podczas remontu i przebudowy zniszczyła zabytkowy charakter wnętrz oraz rozebrała budynki gospodarcze. Oburzył się na to jeden ze zwiedzających, który przed samym wyjściem rzucił takim zdaniem:
-To nie dział architektury jest za to odpowiedzialny, to partia kazała!
I pan uciekł nie dając możliwości podyskutowania na ten temat :-)))

Druga zabawna historia przydarzyła się pod dyplomami, które wiszą na ścianie w korytarzu. Moi czytelnicy zapewne wiedzą, że skończyłam między innymi Muzeologię na UJ-cie.
Do Krzysia podszedł człowiek i zagaił:
-Pan jest muzykologiem!
-Słucham?- zdziwił się Krzyś kompletnie pozbawiony muzycznych zdolności.
-Tu jest tak napisane- człowiek pokazał palcem na dyplom- jest pan muzykologiem!
Krzysiowi opadły ręce.
-Nie ja, tylko moja żona i nie muzykologiem, tylko muzeologiem!

Będę to opowiadała każdemu podczas zwiedzania Dworku, zgodnie z tym, czego nauczyłam się  na owej muzeologii. Nasz profesor bardzo zwracał nam uwagę, aby każdy wykład podczas oprowadzania, co 15 minut okraszać zabawną anegdotą.


To były dwa szalone dni. Po imprezie sprzątaliśmy 3 dni, następne 2 odpoczywaliśmy, a w kolejny weekend, gdyż Małopolskie Dni Dziedzictwa się nie zakończyły, wzięliśmy udział, tym razem od tej drugiej strony- jako „konsumenci kultury” -w zwiedzaniu innych obiektów- wioski Frydman na Spiszu i zakamarków Teatru Słowackiego. Przygoda to była niesamowita, ale to już  jest temat na zupełnie inną opowieść. 

sobota, 6 grudnia 2014

Z wizytą w Muzeum Lotnictwa Polskiego.

Zaległości zrobiły mi się ogromne w opisywaniu naszych wycieczek, które miały miejsce podczas letniego pobytu na Woli. Wrócę jeszcze do lipca, mimo że mamy już grudzień. Jakże miło przy tych chłodach wspomina się upalne dni, choć wtedy nieźle nam słońce dało w kość.

Po opisanych wcześniej (tu i  tu) wizytach w regionalnych okolicznych muzeach, po trudnym poniedziałku spędzonym w małopolskim WUOZ-ie, we wtorek wybraliśmy się wraz z sąsiadami do Muzeum Lotnictwa Polskiego w Krakowie. Padałam już na pysk i nie miałam za bardzo ochoty na kolejną wycieczkę, ale warto było skorzystać z okazji. Był to dzień z darmowym wejściem, to po pierwsze, a po drugie- ważniejsze, Chłop jest pasjonatem tego typu klimatów. Ja mam wiele zainteresowań (czasami twierdzę, że zdecydowanie za dużo), ale akurat sprawy związane z militariami nie należą do moich ulubionych. Pomyślałam sobie, że dam radę. Pewnie zobaczę ze trzy samoloty, bo cóż wielkiego może być w Polskich muzeach? 
Muszę przyznać ze wstydem, że wykazałam się ignorancją i nieznajomością rzeczy. Muzeum Lotnictwa Polskiego jest ogromne, samolotów jest tam około miliona, a ja po 3 godzinach zaczęłam jęczeć i prawie płakać, jak małe dziecko, że chcę do domuuuuu… do mamyyyyy… Większość czasu zatem spędziłam na ławeczce przy kultowym ponoć Junkersie zastanawiając się, jak do licha takie cudo z blachy falistej, z której buduje się hangary i garaże, mogło latać?


Chłop był przeszczęśliwy. Oddaję mu zatem klawiaturę, by sam podzielił się swoimi wrażeniami.




Przede wszystkim wdzięczny jestem naszym sąsiadom, Monice i Wojtkowi, ponieważ dzięki nim możliwy był wyjazd do muzeum w czasie naszego pobytu. [bo Chłopu nie chciało się kółkiem kręcić, he he- przypis Riannon, no dobrze, już się nie wtrącam :-)]

Muzeum zajmuje teren dawnego lotniska powstałego jeszcze w czasach austrowęgierskich. Przed wojną było ważnym wojskowym obiektem. Zbiory gromadzone od lat 60 tych ubiegłego wieku są obecnie jednymi z najciekawszych na świecie. Znajdują się tu prawdziwe unikaty, wiele muzealiów jest jedynymi zachowanymi egzemplarzami na świecie. Obok popularnych niegdyś w strefie wpływów ZSRR konstrukcji radzieckich, w dużej części pochodzenia wojskowego, możemy zobaczyć maszyny produkcji amerykańskiej z tego samego okresu z bardzo ciekawą historią. Otóż zostały one zdobyte przez stronę komunistyczną w czasie wojny w Wietnamie. Dla Wietnamczyków ale chyba tez dla Rosjan, stanowiły one tak zaawansowaną technologię, że zdobycze przesłano w celu badań do Polski. I właśnie tę niegdyś tajemnicę, możemy dotknąć w Krakowie. 

Duże zainteresowanie, zwłaszcza wśród gości zza zachodniej granicy, budzi wymieniony na początku trzysilnikowy Junkers, jedna z najbardziej rozpoznawalnych konstrukcji II wojny światowej. Egzemplarz jest naprawdę dobrze zachowany, wygląda na kompletny.
















Unikalną na skalę światową grupą eksponatów są samoloty z czasów I wojny światowej. Niestety, są niekompletne, ponieważ wyzwalający ziemie zachodnie czerwonoarmiści spalili od nich skrzydła. Kadłuby i osprzęt trafiły bezpośrednio w ręce Polaków, podczas gdy wagony, na których znajdowały się skrzydła, wpadły w ręce Armii Czerwonej. Na ich przykładzie widać, od jakich rozwiązań i materiałów (głównie drewno i tkanina) rozpoczęła się ewolucja maszyn latających.














Specjalne miejsce zajmuje kolekcja silników lotniczych. Znajdziemy tu konstrukcje od początków lotnictwa do najbardziej zaawansowanych nowoczesnych silników. Dla mnie interesujące były prototypy i konstrukcje eksperymentalne, np. niemieckie silniki odrzutowe z okresu II wojny światowej, czy też samolotowe silniki diesla z lat 20/30 ubiegłego wieku. Poza tym, na co zwróciła uwagę Monika, same formy kształty i bryły tych eksponatów są ciekawe. Tak więc silnikownia może być interesującym miejscem nie tylko dla miłośników techniki, ale i sztuki.





Wycieczka do muzeum lotnictwa zajęła cały dzień, a i tak nie zobaczyłem wszystkiego. Tego muzeum nie można w pełni zwiedzić i poznać w ciągu jednego dnia, dlatego też z pewnością wrócę tam i to nie raz.

Pozdrawiam
Chłop