15 maja 2013 roku, decyzją NSA, po blisko 25-letnich staraniach i walkach w sądach, bezprawnie zrabowany w 1945 roku Dwór na Woli Zręczyckiej pod Krakowem, został przekazany z powrotem rodzinie-spadkobiercom jego budowniczych i dawnych właścicieli.
Tego dnia postanowiliśmy porzucić całe swoje dotychczasowe życie i poświęcić się przywróceniu i zachowaniu pamięci o tym niezwykłym miejscu. Dwór i należace do niego obiekty przez dziesiątki lat rządów PRL zostały doszczętnie rozrabowane oraz zniszczone przebudową i rozbiórką. Mozolnie dokonujemy rewitalizacji tego miejsca, by uczynić go lokalnym centrum kulturotwórczym i turystycznym. Na terenie obiektu działa już Muzeum Dwór Feillów oraz agroturystyka. Klikając w zakładki, zapoznacie się z naszą ofertą.
Jest to opowieść o czasach dawnych i tych współczesnych, o naszych zmaganiach z materią, zarówno zabytkową, jak i tą żywą, o stosunkach z urzędami i sąsiadami. Jest to blog o życiu, do którego serdecznie Was zapraszamy.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dwór Feillów. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dwór Feillów. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 4 lutego 2019

Jak karmimy naszych gości.


W życiu kieruję się zasadą „nie czyń drugiemu, co tobie nie miłe”. Nie dotyczy to urzędników, wszelkiej maści proroków, cudzych adwokatów i może jeszcze... hmm… Może zacznę od nowa :-)

W życiu kieruję się zasadą „nie czyń gościowi, co tobie nie miłe”, co oznacza, że staram się traktować każdego, jak sama chciałabym być obsłużona będąc czyimś gościem. Nawiasem wtrącę, że urzędnicy, adwokaci i prorocy po cywilnemu spełniają definicję gościa w naszym domu, nie ma zatem się czego obawiać. 
Kiedyś pewien urzędnik na służbie zaszedł do nas na kontrolę Muzeum, a działo się to jeszcze w Zapuście, zobaczył 3 golden retrievery na posesji i zapytał: „czy one są szkolone na urzędników”? Ha! Tak! Zalizują na śmierć! :-) W każdym razie urzędników serdecznie zapraszamy. Obecnie mamy jedną wiekową goldenkę, jest zatem szansa na ujście z życiem :-)

Już kilka lat temu przepracowałam sobie w głowie i w kuchni gotowanie w oparciu o uczciwe i zdrowe produkty. W naszym domu ani my, ani tym bardziej nasi goście, nie dostaną margaryny pod żadną postacią. Nie używamy też kostek rosołowych, maggi, wegety oraz podobnych produktów zawierających więcej dodatków typu E niż naturalnych. Ciasta piekę wyłącznie na maśle. Wędliny, kiełbasy i pasztety nabywamy od lokalnych producentów. Są robione uczciwie, bez zbędnych dodatków i są pyszne. Mówicie, że tłusto i dużo cholesterolu? A odchudzajcie się w domu, nie u nas! :-)

Mamy nadzieję, że już od tego sezonu będziemy mieli własne jaja od szczęśliwych kurek. Kurnik jest bowiem gotowy, czekamy jedynie na lokatorki i odpowiednią do ich wprowadzenia porę roku.

Goście, którzy decydują się na pobyt u nas dostają co rano śniadanie (no chyba że nie chcą :-)


Jeśli gościmy grupę, wygląda to w ten sposób:
Śniadanie składa się z deski regionalnych wędlin (2 rodzaje szynki, pasztet, wiejska kiełbasa), deski serów, półmiska warzyw, twarogu lub pasty z jajek, ewentualnie sałatki, dżemu, pieczywa i masła, kawy, herbaty.


Pozostałe posiłki są opcjonalne i trzeba wcześniej umówić się z nami na ich przygotowanie. Nie prowadzimy restauracji, zatem nie mamy możliwości bez uprzedniego zamówienia, podania innych posiłków poza śniadaniem. Nie trzeba się tym jednak martwić, możemy polecić pobliską, smaczną w opinii gości, restaurację.

Chętnie organizujemy dla gości przyjęcia, rodzinne lub w gronie przyjaciół. Można wówczas zamówić u nas menu biesiadne, takie od obiadu do połowy nocy. Nasze gotowanie charakteryzuje się prostotą oraz aromatem ziół. Mięsa pieczemy z dodatkiem tymianku, który rośnie w naszym ogrodzie.

Nasza propozycja jest następująca:
I danie: zupa Do wyboru jedna z propozycji:
-krupnik mięsny polski
-rosół
-zupa krem (z pomidorów, brokułów, kalafiora, pieczonych buraków)

II danie: 2 rodzaje mięs: do wyboru jedna z propozycji:
-piersi z kurczaka faszerowane pieczarkami, serem i cebulą oraz karkówka z pieca
-udka lub pałki z kurczaka oraz schab faszerowany śliwkami lub morelą z pieca
-piersi (farsz do indywidualnego ustalenia) oraz schab pieczony w piecu bez farszu
Uwaga: mięsa można zestawiać w dowolnej konfiguracji, jednak ze względu na różne diety gości, polecamy wybrać jeden rodzaj potrawy z drobiu i jeden z mięsa wieprzowego.
Do mięsa:
-ziemniaczki z masłem i koperkiem
-2 rodzaje surówek do wyboru: sałata winegret (zielona sałata, jajko, pomidor, sos winegret), buraczki na ciepło, surówka z kapusty z papryką, mizeria.

Deser: 2 rodzaje ciast (sernik i brownie)

Zimna płyta
-deska serów (2 rodzaje serów)
-deska wędlin (2 rodzaje szynki-drobiowa i wieprzowa, pasztet i wiejska kiełbasa)
-2 rodzaje sałatek (do ustalenia)
-mini galaretki z indyka lub śledzik w śmietanie lub w oleju.
-kawa
-herbata
-woda gazowana i niegazowana
-napoje, soki
-pieczywo
-masło
-owoce

Ciepła kolacja
-gulasz z łopatki wieprzowej
-zupa gulaszowa z łopatki lub schabu
-pieczywo

Z podanego menu można dowolnie wybrać zestawy, ceny ustalimy wówczas indywidualnie. Ustalimy też menu na postawie zadeklarowanej kwoty, którą klient chce wydać na 1 osobę. Istnieje możliwość zrobienia dodatkowych dań typu przystawka przed obiadem w postaci mini kanapeczek.


Zdarzają nam się już goście wegetarianie i być może wkrótce zechcą dołączyć weganie. Z wegetarianami nie ma żadnego problemu, gdyż na bazie nabiału, jaj, ryb wciąż można komponować smaczne, wartościowe posiłki. Natomiast, przyznam szczerze, że mimo najszczerszych chęci, otwartego umysłu, szacunku do wyborów żywieniowych innych ludzi, nie podejmę się przygotowywać całodziennego wyżywienia dla wegan. Lubię wyzwania kulinarne i starałam się przygotować na próbę kilka typowo wegańskich potraw. Niestety, kuchnia ta opiera się na zbyt dużej ilości żywności przetworzonej, co w moim mniemaniu jest niezdrowe, a przede wszystkim niesmaczne. Olejem kokosowym nie da się zastąpić masła. Z oleju kokosowego to ja robię mydła. 
O takie:



I ten wszechobecny sos sojowy, który udaje, że nadaje smak potrawom. I kotlety sojowe, rzekomy zamiennik mięsa, które smakują jak karton. Wybaczcie weganie, starałam się, ale nigdy nie podam na stół czegoś, co mi nie smakuje. Taka jest moja etyka i filozofia kulinarna. Oczywiście z wegańskim śniadankiem nie będzie problemu, natomiast biesiady wegańskiej nie podejmujemy się przygotowywać.
Żeby nie kończyć negatywnym akcentem zamieszczam jeszcze kilka fotografii naszych domowych potraw.











niedziela, 11 czerwca 2017

Małopolskie Dni Dziedzictwa w Dworze Feillów.

Zaletą opieki nad historycznym dworkiem są niespodzianki, które czyhają na nas niemal każdego dnia. A to zadzwoni jakiś producent filmowy, który poszukuje pleneru do zdjęć, a to w obejściu bez zapowiedzi pojawi się jakiś pan z teatru, czy pani z telewizji, ot tak, z ciekawości. 
A pewnego jesiennego dnia odwiedziły nas panie z Małopolskiego Instytutu Kultury szukając obiektów, które mogłyby być udostępnione zwiedzającym za darmo na potrzeby Małopolskich Dni Dziedzictwa. Jest to cykliczna impreza organizowana co roku w maju. Powołując do życia Muzeum braliśmy jak najbardziej pod uwagę współpracę z wszelkimi instytucjami kultury, zgodziliśmy się zatem bez wahania udostępnić nasze zbiory zwiedzającym.  

-A czy macie jakiś doświadczenie z tego typu przedsięwzięciami?-zapytała jedna z pań.
-Tak, oczywiście. W poprzednim miejscu zamieszkania braliśmy udział w Dniach Otwartych Domów Przysłupowych.
-Jaką mieliście frekwencję?
-Kilkanaście osób- nie bez dumy odparłam.
-A, to nie. Na nasze imprezy przychodzi kilkaset osób.

Troszkę osłupiałam, ale natychmiast wyraziłam zwątpienie, czy rzeczywiście komuś będzie chciało się przyjechać na takie odludzie. Zostaliśmy poinformowani, że na zwiedzanie obiektów są rezerwacje, a dworki bukowane są jako pierwsze. Miałam się o tym przekonać na tydzień przed imprezą, kiedy rezerwacje ruszyły. Już pierwszego dnia, dziesięć minut po otwarciu infolinii, ludzie dzwonili do nas, zawiedzeni, ze smutkiem w głosie, że nie można już się zapisać na zwiedzanie i czy nie możemy coś z tym zrobić. Nie możemy- tłumaczyłam i zapraszałam w każdy inny dzień, wszak nasze Muzeum otwarte jest niemal codziennie, pod warunkiem, że ktoś umówi się z nami telefonicznie na wizytę. Ta informacja w ogóle nie docierała do rozczarowanych ludzi. Jak bardzo człowiek potrafi być zdesperowany, aby wedrzeć się do obiektu w celu „konsumpcji kultury” mieliśmy okazję przekonać się w weekend 20-21 maja, kiedy drzwi naszego Muzeum zostały otwarte dla zwiedzających.

fot.S.Woźniak (MIK 2017)

Cóż mam napisać? Przeżyliśmy prawdziwy szturm na Dworek. Przez nasze Muzeum przetoczyło się około 770 osób. Początkowo mieliśmy na zmianę z Krzysiem oprowadzać po Dworku grupy 15 osobowe, jednak szybko okazało się, że to nie jest możliwe. Nie sposób było odmówić (choć czasem było trzeba) osobom spoza rezerwacji, którzy tak bardzo prosili o możliwość wejścia, że nasze grupy ostatecznie liczyły około 30 osób. Desperacja ludzka przeszła moje najśmielsze wyobrażenia. I o co było się tak starać? O wejście do obiektu, który można darmo odwiedzić w każdym innym terminie. Najsympatyczniejsi ludzie prosili, inni kłamali, że dostali informację, że to my decydujemy, kogo wpuścić do obiektu, a jeszcze inni, których naprawdę już nie zdołaliśmy upchnąć, uważajcie… wygrażali nam i wyzywali nas!!! Nie do uwierzenia! Gdyby ktoś mi coś takiego opowiedział, postukałabym się w głowę!
Na szczęście impreza ta była dobrze przygotowana przez Małopolski Instytut Kultury. Do pomocy dostaliśmy grupkę wolontariuszek, które zarządzały tym tłumem. Dziennie mieliśmy 11 oprowadzań, po 5-6 na każdego z nas. To jest dużo. Mniej więcej w połowie dnia miałam już mroczki przed oczami , a wieczorem po zakończeniu byłam nieprzytomna ze zmęczenia. Mimo to uważam, że było to niezwykle pozytywne wydarzenie. Ludzie, którzy zwiedzili obiekt, byli serdeczni, dali nam mnóstwo pozytywnej energii i życzyli szczęścia. Opowiadaliśmy o historii dworku, o rodzinie Feill, sprawach sądowych, jakie toczyły się i nadal toczą wokół dworku, o losach obiektu i naszej rodziny. Równocześnie na terenie ogrodu trwały pokazy robienia mydła, tłoczenia oleju na zimno i produkcji farb sposobami domowymi, prowadzone przez nasze nieocenione, zdolne sąsiadki- Monikę i Olę. Do tego były kramiki z naszymi wyrobami i panie z koła gospodyń wiejskich z domowymi wypiekami. Wszak tegoroczna edycja Małopolskich Dni Dziedzictwa nosiła tytuł „od kuchni”.

fot.S.Woźniak (MIK 2017)
Spacer botaniczny z pracownikiem Krakowskiego Ogrodu Botanicznego

fot.S.Woźniak (MIK 2017)
pokaz wyrobu farb- Aleksandra Popławska

fot.S.Woźniak (MIK 2017)
W salonie

fot.S.Woźniak (MIK 2017)
Galeria Stefanii Feill

fot.S.Woźniak (MIK 2017)
Galeria Stefanii Feill

fot.W.Szczekan (MIK 2017)
Gajka była gwiazdą naszego obiektu, 
Krzyś stwierdził, że stanie się twarzą tegorocznych Dni Dziedzictwa.
"Raczej pyszczkiem"- odparłam :-)

Więcej zdjęć z wydarzenia w naszym obiekcie pod tym linkiem.

Odwiedził nas Wicemarszałek Województwa Małopolskiego Pan Leszek Zegzda, którego miałam przyjemność oprowadzać wraz z jedną z grup po Dworku. Zostawił wpis w księdze pamiątkowej oraz koszulki z przezabawnym, jak dla mnie hasłem promującym Małopolskę: „Jestem z Małopolski, wychodzę na... pole”. Dostałam też czerwone korale i mam nadzieję, że kiedyś dorobię się reszty, bo te stroje ludowe są obłędnie cudowne. (Ok! Wiem, że zdziwaczałam na tej wsi! :)





Podczas oprowadzania Krzyś miał dwie zabawne sytuacje. Pierwsza, gdy opowiadał jak Politechnika Krakowska, poprzedni zarządca dworku, bezrefleksyjnie, podczas remontu i przebudowy zniszczyła zabytkowy charakter wnętrz oraz rozebrała budynki gospodarcze. Oburzył się na to jeden ze zwiedzających, który przed samym wyjściem rzucił takim zdaniem:
-To nie dział architektury jest za to odpowiedzialny, to partia kazała!
I pan uciekł nie dając możliwości podyskutowania na ten temat :-)))

Druga zabawna historia przydarzyła się pod dyplomami, które wiszą na ścianie w korytarzu. Moi czytelnicy zapewne wiedzą, że skończyłam między innymi Muzeologię na UJ-cie.
Do Krzysia podszedł człowiek i zagaił:
-Pan jest muzykologiem!
-Słucham?- zdziwił się Krzyś kompletnie pozbawiony muzycznych zdolności.
-Tu jest tak napisane- człowiek pokazał palcem na dyplom- jest pan muzykologiem!
Krzysiowi opadły ręce.
-Nie ja, tylko moja żona i nie muzykologiem, tylko muzeologiem!

Będę to opowiadała każdemu podczas zwiedzania Dworku, zgodnie z tym, czego nauczyłam się  na owej muzeologii. Nasz profesor bardzo zwracał nam uwagę, aby każdy wykład podczas oprowadzania, co 15 minut okraszać zabawną anegdotą.


To były dwa szalone dni. Po imprezie sprzątaliśmy 3 dni, następne 2 odpoczywaliśmy, a w kolejny weekend, gdyż Małopolskie Dni Dziedzictwa się nie zakończyły, wzięliśmy udział, tym razem od tej drugiej strony- jako „konsumenci kultury” -w zwiedzaniu innych obiektów- wioski Frydman na Spiszu i zakamarków Teatru Słowackiego. Przygoda to była niesamowita, ale to już  jest temat na zupełnie inną opowieść. 

środa, 3 lutego 2016

Muzeum Dwór Feillów

Pragniemy wszystkich oficjalnie poinformować, że Muzeum Techniki i Rzemiosła Wiejskiego w Zapuście, decyzją Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego, wicepremiera prof. Glińskiego, dnia 31 grudnia 2015 roku, zostało przekształcone w Muzeum Dwór Feillów z siedzibą w Zręczycach nr 51 (Wola Zręczycka Dwór). Jest to pierwsze i jak do tej pory jedyne muzeum na terenie gminy Gdów oficjalnie zarejestrowane w Ministerstwie Kultury i Dziedzictwa Narodowego.


Jeszcze mamy odrobinę bałaganu przy reorganizacji ekspozycji i remoncie pokojów. Ustaliliśmy termin otwarcia dworku dla gości na połowę maja. Pragniemy stworzyć dla Was gościniec muzealny, gdyż muzeum jest integralną częścią naszego gospodarstwa agroturystycznego.
Jesteśmy już zmęczeni remontami, ale pracujemy intensywnie, aby dopełnić terminu otwarcia dworku dla gości. Przygotowujemy dla Was na ten sezon 5 pokojów o różnym standardzie. Prócz noclegów i posiłków zamierzamy dla naszych gości organizować pokazy i warsztaty rzemiosł. Zobaczymy, jak nam się to wszystko ułoży, trzymajcie za nas kciuki.

Mamy też plany, co do naszego Muzeum. Dzięki temu, że działamy już formalnie, jako instytucja, jak tylko ruszą możliwości związane z pozyskiwaniem unijnych funduszów, będziemy starali się korzystać z dotacji przeznaczając środki na zakup muzealiów (pierwszy będzie fortepian wiedeński!), renowację naszych zbiorów oraz wirtualne projekty, których nie udało mi się zrealizować w poprzedniej siedzibie.

Przed nami jeszcze dopełnienie kilku ważnych formalności. Trzeba odwiedzić GUS w Krakowie i Urząd Skarbowy w Wieliczce, aby pozmieniać dane Muzeum. Za kilka dni mam nadzieję uruchomić stronę internetową Dworu Feillów-wspólną dla gospodarstwa i Muzeum, nad którą obecnie usilnie pracuję.

Mamy też prawdziwą niespodziankę, szczególnie dla miłośników historii naszej najbliższej okolicy, W domowym archiwum znalazła się książka korespondencji, w której zebrano treść listów mieszkańców najbliższej okolicy, kierowaną do urzędów. Dokumenty mają 100 lat! Pochodzą z czasów I wojny światowej!  Podobnie, jak Pamiętnik Ewy, będę w miarę wolnego czasu publikować te listy na osobnym blogu w odcinkach.

Dzieje się zatem, oj dzieje, czasem mam wrażenie, że za dużo, jak na naszą dwójkę. Ale... damy radę! :-)

wtorek, 10 grudnia 2013

Nasza historia

15 maja 2013 we Dworze na Woli spotkała się nasza rodzina oraz przedstawiciel Politechniki Krakowskiej, aby podpisać protokół przekazania obiektu w nasze ręce. Od tej chwili znaleźliśmy się zupełnie innym położeniu, niż przez ostatnie lata, kiedy po sądach walczyliśmy o oddanie niesłusznie zagrabionej przez PRL rodzinnej własności. Póki walczyliśmy, póty nie zastanawialiśmy się za bardzo, co się stanie, kiedy wreszcie Dwór trafi w nasze ręce. Sprawa toczyła się tak długo, że wszyscy zdążyliśmy poukładać sobie życie i ukorzenić się każdy na swoim nowym miejscu. 

Kiedy 15 lat temu, jeszcze gdy byliśmy we Wrocławiu, Mamuśka zapytała, czy po odzyskaniu Dworu nie zechcielibyśmy się nim zająć, miny nam się wydłużyły. „Najpierw trzeba obiekt odzyskać, a dopiero później o tym myśleć”- odparło któreś z nas. Miałam wtedy 25 lat i rozpaczliwie usiłowałam poukładać sobie życie z dala od miasta. Nie mieliśmy cierpliwości, by czekać na postanowienia w sprawie Woli. Jak się okazało, mieliśmy rację. Adwokat, który zechciał zająć się wówczas tą sprawą i dał Mamuśce nadzieję, okazał się oszustem. Wziął zaliczkę i zniknął wraz z całą dokumentacją. Na ostatecznie rozwiązanie sprawy Dworu przyszło nam zatem czekać jeszcze 15 lat. Z jednej strony to okropne, ale z drugiej strony, mając po dwadzieścia kilka lat, nie byliśmy w stanie podołać takiemu wyzwaniu, jakim było  objęcie opieką tego miejsca.

Kupiliśmy dom w Zapuście. 


Śliczny regionalny przysłupowy dom stał się dla nas naszym oczkiem w głowie i ukochanym miejscem na ziemi. Zaczęliśmy tam dorosłe życie. Założyliśmy hodowlę golden retrieverów oraz gospodarstwo agroturystyczne, stworzyliśmy markę Tuskulum. 


Do 15 maja 2013 byliśmy pewni, że tam chcemy dożyć spokojnej starości. Owego dnia jednak wszystko się zmieniło.

Kiedy Dwór przeszedł w ręce rodziny znów padło pytanie, i co teraz mamy z nim zrobić? Początkowo planowaliśmy nadal utrzymać dzierżawcę, który prowadził hotel. Niestety, konflikt dzierżawcy z Politechniką Krakowską spowodował, że umowy nie przedłużono, a zanim my mogliśmy zgodnie z prawem objąć obiekt w posiadanie, Dwór od dwóch lat stał już pusty. Dzierżawca nie zechciał skorzystać z naszej propozycji powrotu do Dworu. Cóż, pomyślałam sobie, że trzeba zdać się na los. Powrócił temat abyśmy sami przejęli obiekt i poprowadzili w nim agroturystykę. Nie byliśmy już tymi samymi smarkatymi dzieciakami sprzed 15 lat. Dysponowaliśmy 12 letnim doświadczeniem w branży turystycznej. Ja właśnie kończyłam studia podyplomowe z zakresu Zarządzania Dziedzictwem Kultury. Z jednej strony marzyłam o nowym wyzwaniu, a z drugiej strony nie mogłam pogodzić się z opuszczeniem naszego dotychczasowego domu. Pamiętam, że dwa lata wcześniej kilka razy śniła mi się przeprowadzka. Budziłam się wtedy zalana łzami i z ogromnym bólem w sercu.

Krzyś też przeszedł sporą metamorfozę. Przez ostatnie lata mocno zaangażował się w walkę o sprawę Dworu, ściśle współpracował z adwokatem i śmiem twierdzić, że gdyby nie on, Dwór mógłby przepaść. Politechnika bowiem do samego końca próbowała przekręcić nas wystawiając obiekt na sprzedaż, mimo iż mieliśmy już prawomocne wyroki dotyczące zwrotu nieruchomości. Krzyś tak mocno zaangażował się w sprawy prawne, że niemal odkrył w sobie nowy talent. „Byłby z pana dobry prawnik”- skomplementował go adwokat. 

Wiem, że Krzyś z ogromnym wzruszeniem przyjął informację o zakończeniu tej wlokącej się przez dziesiątki lat sagi sądowej. Kiedy pojechaliśmy tam w czerwcu na kilka dni, miał łzy w oczach. Bardzo kocha ten obiekt. Babcia postarała się wychować dwa pokolenia w oparciu o pamięć związaną z tym miejscem. To nie jest jakiś obcy dom, to "ziemia obiecana", do której została nam otwarta droga. Krzyś też miał rozdarte serce. Z jednej strony dom rodzinny, w którym od 70 lat panoszył się PRL, z drugiej miłość do miejsca i domu, który sami sobie wybraliśmy i w którym spędzaliśmy najpiękniejsze lata naszego życia. To naprawdę nie była łatwa dla nas decyzja. Mimo, że rodzina oczekiwała od nas opieki nad tym miejscem, bo kto, jak nie my, nie chcieliśmy być manipulowani, czy zmuszani do tego obowiązku. W końcu to nasze życie.


Postanowiliśmy decyzję odroczyć i dać na miesiąc lub dwa ogłoszenie o możliwości wydzierżawienia Dworu. Przez ten czas moglibyśmy na chłodno, bez emocji, rozważyć wszystkie za i przeciw. Co tu ukrywać, wszystkie argumenty świadczyły o tym, że powinniśmy się przeprowadzić. Nawet te emocjonalne. Nasz ukochany dom w Zapuście był przecież nabyty, nie wiązała się z nim żadna osobista historia. To my nadaliśmy mu swoją magię, obdarzyliśmy go uczuciem i otoczyliśmy opieką. To nie sam budynek, ale również my tworzyliśmy tam pozytywną atmosferę. To ludzie tworzą magię miejsca, przedmioty to tylko dekoracja. Wiedząc o tym, byliśmy pewni, że równie szczęśliwi, jak w Zapuście będziemy na Woli. Mimo to nie mogłam zdobyć się, aby napisać i zamieścić ogłoszenie.

Przez miesiąc, kiedy szło ogłoszenie o możliwości dzierżawy Dworu, nie zgłosił się nikt konkretny. Było parę marudnych i niepoważnych osób. Z każdym dniem dojrzewaliśmy do decyzji o przejęciu obiektu nie mając jeszcze sprecyzowanych planów co do rodzaju działalności. Dom jest ogromny, koszty jego utrzymania są na obecną chwilę poza naszym zasięgiem. Pieniądze uzyskane ze sprzedaży domu w Zapuście trzeba będzie od razu zainwestować w całą nową, oszczędną infrastrukturę, zanim zaczniemy zarabiać na życie i na utrzymanie obiektu. Zaczęłam się zamartwiać, jak damy sobie sami radę nie mając doświadczenia w zatrudnianiu ludzi i nie znając lokalnego rynku zarówno produktów, jak i zasobów ludzkich. W życiu jednak trzeba podejmować ryzyko, by iść do przodu.

Postanowiliśmy nie odnawiać już ogłoszenia o możliwości dzierżawy Dworu. Kiedy przyjechaliśmy na Wolę ponownie we wrześniu, wiedzieliśmy, że chcemy podjąć to wyzwanie. Widocznie rewitalizacja domów jest nam pisana – rzekłam filozoficznie i przy okazji odkryłam w sobie duszę nomada. Kiedy bowiem pogodziłam się z opuszczeniem Zapusty, nagle poczułam dziką chęć przeżycia kolejnej w życiu przygody. Czyżby stabilizacja i bezpieczeństwo, jakie dawał nam dom na Pogórzu Izerskim było dla mnie już nudne?

Sen z powiek spędzały mi tylko obawy, w czyje ręce trafi nasz ukochany dom? I ile to jeszcze potrwa? Zanim zdecydowałam się napisać i wstawić ogłoszenie, zrobiła się późna jesień. Kto na zimę kupuje domy? Mimo to chciałam, aby potencjalni nabywcy opatrzyli się i odnotowali sobie nasz obiekt. Prorokowałam wycieczki chętnych na wiosnę. Przyjaciele mówili, że mało pieniędzy za dom chcemy, że prędko znajdziemy nabywcę. Osoby, które nigdy u nas nie były, ale zawsze na każdy temat mają coś do powiedzenia, podchodzili do sprawy sceptycznie. Teraz jest zastój w nieruchomościach, ludzie mają duży wybór, domy stoją po kilka lat, będziecie czekać. Cóż, pokornie wysłuchałam wszystkich opinii spodziewając się każdego scenariusza.

Przyjaciele mieli rację. Morał z tego jest taki, że zawsze trzeba słuchać ludzi życzliwych, którzy nie kierują się w życiu zawiścią, lecz wspierają i kibicują, choćby i im pękały serca na skutek naszej decyzji.


W listopadzie 2014 roku, po długich oczekiwaniach związanych z biurokracją bankową, nasz dom trafił do rąk Agnieszki, Wojtka i ich dwóch córek. Nie mam wątpliwości, że są to właściwi ludzie, którzy nie tylko będą kontynuować naszą pracę, ale nadadzą temu obiektowi nową jakość.

Nam pozostała ciężka praca, by doprowadzić Dwór na Woli Zręczyckiej do stanu świetności. Mamy nadzieję, że obiekt ten stanie się dla naszych gości miejscem wyjątkowym, do którego będą z przyjemnością powracać.