15 maja 2013 roku, decyzją NSA, po blisko 25-letnich staraniach i walkach w sądach, bezprawnie zrabowany w 1945 roku Dwór na Woli Zręczyckiej pod Krakowem, został przekazany z powrotem rodzinie-spadkobiercom jego budowniczych i dawnych właścicieli.
Tego dnia postanowiliśmy porzucić całe swoje dotychczasowe życie i poświęcić się przywróceniu i zachowaniu pamięci o tym niezwykłym miejscu. Dwór i należace do niego obiekty przez dziesiątki lat rządów PRL zostały doszczętnie rozrabowane oraz zniszczone przebudową i rozbiórką. Mozolnie dokonujemy rewitalizacji tego miejsca, by uczynić go lokalnym centrum kulturotwórczym i turystycznym. Na terenie obiektu działa już Muzeum Dwór Feillów oraz agroturystyka. Klikając w zakładki, zapoznacie się z naszą ofertą.
Jest to opowieść o czasach dawnych i tych współczesnych, o naszych zmaganiach z materią, zarówno zabytkową, jak i tą żywą, o stosunkach z urzędami i sąsiadami. Jest to blog o życiu, do którego serdecznie Was zapraszamy.

piątek, 24 stycznia 2014

Wizyta wrześniowa cz.3.

Z wizytą w Jolinkowie.

Przyznam się Wam szczerze, że od dziecka nie lubię „chodzić po ludziach”. Bardzo chętnie widzę u siebie gości, ale jak ja mam do kogoś iść, to pięć razy się zastanowię, a za szóstym razem rzucę monetą. Być może z tego powodu niektórzy mogą uważać mnie za osobę nietowarzyską, a ja najzwyczajniej w świecie nieśmiała i wstydliwa jestem! :-( Czasem jednak trzeba się przełamać i popracować nad tym „schorzeniem”. Jak wspomniałam we wcześniejszym wpisie, brakuje nam jeszcze, jako ludziom obcym w Małopolsce, odpowiednich kontaktów. Będąc czytelniczką bloga Jolinkowo, odkrywszy, iż jego właścicielka mieszka niemalże za płotem (tylko godzinka drogi od Woli, cóż to jest?!), uznałam, że się wproszę tam na krótką wizytę. Jola, na ile zdołałam wywnioskować z bloga, wydała mi się osobą sympatyczną, serdeczną, która mogłaby podpowiedzieć nam, czy doradzić w sprawach związanych z osiedleniem się. Nie pomyliłam się ani troszeczkę.

Do Joli wprosiłam się via e-mail jeszcze w Zapuście, by ustalić dogodny termin spotkania i nie zwalić się Joli nagle na głowę, jak zajęta jest przy gościach. Termin został pi razy oko ustalony, dostaliśmy wytyczne, jak do Jolinkowa dojechać. Wydrukowałam sobie opis trasy zdając sobie sprawę, jakie to ważne. Mieszkam na odludziu i na stronie internetowej publikuję mapkę dojazdu. Proszę swoich gości, aby wydrukowali sobie ten obrazek, a dojadą do nas, jak po sznurku. Niestety, mnóstwo ludzi lekceważy moje prośby i potem kręcą się po wsi, jak te zagubione pszczółki. Byłam zatem bardzo grzeczna, nie dosyć że wydrukowałam opis dojazdu to jeszcze wysłuchałam wskazówek Joli udzielonych nam telefonicznie dzień przed wizytą.

-Tylko jedźcie ten ostatni odcinek bardzo powoli- prosiła- Na jedynce.

Potem okazało się, że podobnie, jak w naszym przypadku, nie wszyscy jej turyści są zdyscyplinowani, co niekiedy kończy się awarią zawieszenia. O nie, my awarii mieliśmy już serdecznie dosyć!

Trasa do Jolinkowa okazała się być dokładnie taka, jak opisała ją Jola. Z kartką w ręku udało się nam bez żadnego błądzenia dotrzeć do celu na umówioną godzinę. Nie powiem, dojazd zrobił na nas kolosalne wrażenie. Byliśmy uprzedzeni, że jest to droga gruntowa przez las, ale do głowy nam nie przyszło, że to będą prawdziwe ćwiczenia terenowe 21 letnim seatem.

-No, jak po tej wspinaczce seat nam się nie rozleciał, to znaczy, że już wszystko, co było konieczne zostało naprawione- stwierdził Chłop i pomaszerowaliśmy rozsiąść się u Joli, by ochłonąć po podróży.

Muszę szczerze przyznać, że krajobraz Małopolski mocno mnie dołuje. Rozumiem oczywiście, że nie możemy nikogo zmuszać, aby mieszkał w skansenie cierpiąc niewygody i rezygnując ze zdobyczy cywilizacyjnych współczesnego świata. Dlatego o taki, a nie inny krajobraz nie obwiniam mieszkańców, tylko stwierdzam fakt. We wsiach Małopolski w obecnych czasach znajdują się niemal tylko i wyłącznie nowe, współczesne domy. Jeśli gdzieś zachowała się stara chałupa, stanowi niebywałą rzadkość. Mogę sobie marudzić, gdyż jako Dolnoślązaczka jestem przyzwyczajona do XIX-wiecznych domów, które mają swój specyficzny klimat i piękny wygląd z epoki. Mamy tu zachowane całe wioski, gdzie praktycznie nie ma nowego budownictwa. W takich domach, po dołożeniu niezbędnej infrastruktury, mieszka się znakomicie. Małopolskę kształtowały zupełnie inne czynniki. Przed wojną były tu przede wszystkim małe drewniane chałupy. Po wojnie zakazano wznoszenia tradycyjnych drewnianych domów. Zmieniała się też mentalność ludzi, gdyż powoli zaczęliśmy wszyscy być globalną wioską. Każdy chciał mieć nowoczesny, murowany dom. Nasiliło się to w latach 90-tych. Drewniane domy popadały w ruinę, były małe i niewygodne. Obok nich lub na ich miejscu, powstawały domy murowane. Nie wiem, czy to tylko moje odczucie, ale te podkrakowskie nowe domy wydają mi się tak malutkie i ciasne, jakby tradycja pozostała, a zmienił się tylko materiał z którego są wznoszone. I w kontekście tego zapamiętanego małopolskiego krajobrazu ujrzałam dom Joli.



Owszem, widziałam dom Joli na blogu i na stronie internetowej. Żadne zdjęcie nie odda klimatu i uroku tego miejsca. Tam trzeba być i to zobaczyć. Naprawdę nie dziwię się, że mimo ekstremalnego dojazdu turyści do Joli pchają się drzwiami i oknami. Sama bym się pchała, gdyby nie moje obowiązki związane z tą samą branżą. Można mieszkać w starej drewnianej, małej chałupie po dawnemu, bez udogodnień choćby w postaci toalety. Wiem, że są miłośnicy takiego stylu życia. To jednak zdecydowanie nie moja bajka. W mojej bajce jest miejsce na styl, który obrała Jola. Znakomicie połączyła cechy tradycyjnej chałupy ze zdobyczami cywilizacji. Mało tego, potraktowała to wszystko na sposób artystyczny.





Ciekawiło mnie, z punktu widzenia zawodowego, jak udaje się jej tym swoim miejscem na ziemi oczarować turystów. Ludzie w dzisiejszych czasach mają spore wymagania, wiem to po swoim gospodarstwie. Dziś standardem jest jeśli nie toaleta w każdym gościnnym pokoju, to przynajmniej osobne WC, niezależne od gospodarzy. Jola nie ma miejsca na osobną toaletę. I jak widać, nie ma to żadnego znaczenia.

Spędziliśmy u Joli ponad godzinę jeśli nie dwie. Nagadać się nie mogliśmy do tego stopnia, że w połowie zdania wsiadłam do auta, bo zdałam sobie sprawę, że wątki nam się nie skończą. Po tym czasie, zjeżdżając wolno w dolinę (na jedynce oczywiście), zaczęłam się zastanawiać nad fenomenem Jolinkowa. Malutka chatka, fakt- śliczna, jak z obrazka, wspólna izba (kuchnia), malutkie pokoiki dla gości, wspólna łazienka (ale jaka!) i chętnych na wypoczynek nie brakuje. Odpowiedź jest oczywiście prosta. To Jola jest sprawcą tego wszystkiego z tą swoją  naturalną serdecznością, otwartością, autentyczną gościnnością i bezinteresownie ofiarowaną pomocą w nawiązaniu kontaktów. To ona sprawiła, że 5 minut po zapukaniu do jej chaty poczułam, że mogłabym tu spędzić życie.

W dzisiejszym świecie, gdzie rządzi kasa, a wszyscy chcą się nachapać małym kosztem, dając innym od siebie jak najmniej, takie miejsca, jak Jolinkowo to prawdziwe perełki, wyspy na morzu komercji i degrengolady, które powinniśmy pielęgnować, jak skarb. I mówić o nich całemu światu. Po wielokroć mówić!

Wracając do Dworu zaczęłam się zastanawiać, czy mam taką osobowość, która pozwoli mi stworzyć miejsce, ciepłe i przytulne mimo swoich dużych rozmiarów? Przestrzeń, do której moi goście zechcą wracać?

wtorek, 21 stycznia 2014

Wizyta wrześniowa cz.2.

Grodzisko w Poznachowicach Górnych.

-Musimy sprawdzić auto po naprawie- rzekł Krzyś, a ja słysząc te słowa, chwyciłam za mapę głodna wiedzy o nieznanym mi jeszcze terenie.
-Tu jest takie miejsce- powiedziałam wpatrując się w mapę- które brzmi dla mnie cudnie- Grodzisko. A obok, wyobraź sobie, jest Klasztorzysko!

To, że kawałek dalej jest Pustelnia, w której ponoć mieszka pustelnik, dowiedziałam się z przewodnika kilka tygodni później, już w domu. I to wprawiło nas w niemałe osłupienie. Póki co jednak, skoncentrowaliśmy się na grodzisku, które okazało się być całkiem blisko.

Radość ze spodziewanej przygody, związanej z odkrywaniem innych genetycznie grodzisk, niż nasze dolnośląskie, zaćmiła mi umysł, gdyż wskoczyłam w chińskie tenisówki, albo może w tenisówkach byłam i zapomniałam zmienić obuwie, chwyciłam termos, jedzenie i usadowiłam się w aucie.
Zapomniałam na śmierć, że na południe od Woli zaczynają się Beskidy.

Jechaliśmy sobie powolutku, podziwialiśmy widoki, kilka razy zgubiliśmy drogę, ale się szybko odnaleźliśmy. Mimo, że od dłuższego czasu wyraźnie wjeżdżaliśmy pod górkę, nic nie zmąciło mego spokoju. Zatrzymaliśmy auto, zapytaliśmy o niebieski szlak i cytując klasyka, tu mnie zamurowało. Czego ja się spodziewałam? Grodziska przy asfaltowej szosie? Popatrzyłam na idący stromo pod górę leśny szlak, popatrzyłam w dół na chińskie tenisówki i pogratulowałam sobie bystrości oraz inteligencji. Spojrzałam jeszcze raz na mapę i dotarło do mnie, że grodzisko usytuowane jest na szczycie góry o tej samej nazwie -Grodzisko. Cóż było robić? Przypomniałam sobie, jak kiedyś we Francji przypadkiem wylądowałam na skalistym wybrzeżu Bretanii w plażowych klapkach. I dałam radę. To, co? Mam się wystraszyć jednej górki w Beskidzie Wyspowym?

Droga na górę Grodzisko była bardzo stroma. Musiało nas nieźle zaćmić, iż w ogóle nie zarejestrowaliśmy faktu, że znajdujemy się na przedpolu Beskidów. Do tej pory poruszaliśmy się na północ i na wschód od Woli. Tam było w miarę płasko. No i wszędzie drogi były asfaltowe. Tymczasem wreszcie znaleźliśmy się w miejscu, jakie kochamy- na odludziu, w środku lasu, pośród skał i kamieni. I ten krajobraz nas, średnio na to przygotowanych, odrobinę zaskoczył.

Oczywiście, bez trudu pokonałam w chińskich tenisówkach stromą drogę na Grodzisko. Czułam każdy kamyk pod stopami, co przypominało mi o mojej bezmyślności. Dobrze, że nie chodzę w szpilkach- pomyślałam- i dobrze, że nie wyskoczyłam w pluszowych kapciach.


Wreszcie dotarliśmy na szczyt, gdzie pierwszą rzeczą, jaka rzuciła się nam w oczy, była mogiła.



Wszystkie informacje, jakie posiadłam na temat grodziska znalazłam powróciwszy do domu. Zamówiliśmy sobie „Monografię powiatu myślenickiego”, by zdobyć jak największą wiedzę o regionie, w którym przyjdzie nam zamieszkać.

Owa mogiła na szczycie góry Grodzisko jest symboliczna. Podczas II wojny światowej mieli tu schronienie partyzanci. Tu też toczyły się walki, tu ginęli ludzie. W latach 50-tych zwłoki partyzantów zostały przeniesione na cmentarz wojskowy.

Wokół samego grodziska narosło z czasem mnóstwo legend. Materiał archeologiczny pozwolił początkowo na wysunięcie przypuszczeń o zasiedleniu tego miejsca jeszcze w czasach epoki brązu (kultura łużycka). Tymczasem dokładniejsze badania wykazały, iż owszem, miejsce to penetrowane jest od wieków, o czym świadczą pojedyncze znaleziska skorup łużyckich i celtyckich, ale ze stałym osadnictwem mamy do czynienia dopiero we wczesnym średniowieczu. Zarówno badania archeologiczne, jak i źródła pisane potwierdzają istnienie w tym miejscu kasztelanii, która przetrwała aż do schyłku XIII wieku. Wspomina się nawet kasztelana Zdzisława.



Badania archeologiczne nie potwierdziły istnienia ogromnych rozmiarów zamku, o jakim wspominają XIX- wieczne źródła pisane, rzekomo siedziby możnego rodu Jaxów herbu Gryf. Mamy tutaj raczej do czynienia z typowym gródkiem obronnym- wieżą rycerską, tzw. donżonem. Bronił go zespól wałów kamienno- drewniano- ziemnych. Wały były w ciągu wielu lat użytkowania kilkukrotnie naprawiane, w końcu gródek padł ofiarą pożaru. Być może miały w tym udział tatarskie hordy przetaczające się w 2 połowie XIII wieku przez Małopolskę. Gródek stracił wówczas na znaczeniu na korzyść rozwoju Dobczyc i popadł w ruinę oraz zapomnienie.

Ze względu na upływ czasu oraz moje tenisówki, zdecydowaliśmy, że Klasztorzysko odwiedzimy innym razem. To przecież tak blisko od Dworu.

Schodząc bardzo stromo w dół zgubiliśmy szlak. Normalka, każdy myśli, że znaków pilnuje ten drugi. Ja bezgranicznie ufam Krzysiowi, ponieważ ma on świetne rozeznanie w terenie. Krzyś zapewne zaufał mnie i pomyślał, że skoro taka ze mnie zapalona piesza turystka, to automatycznie zwracam uwagę na oznakowanie szlaku.

-Wiesz- powiedział Krzyś- Jestem pewien, że tędy nie wchodziliśmy.
-Naprawdę?- odwróciłam się zdziwiona. Chwilę później wyobraźnia zaczęła działać. Beskidy, niedźwiedzie, Jezus Maria!!!
-Wracamy?- zapytałam cichutko. Obejrzałam się jeszcze raz za siebie i ujrzałam strome podejście, z którego właśnie zeszliśmy.
-Nie chce mi się- rzekł szczerze Krzyś.

Odpędziłam od siebie wizję niedźwiedzi i przypomniałam sobie, co było napisane w przewodniku. Beskid Wyspowy jest tak gęsto zaludniony, że nie sposób się zgubić. Schodząc z góry w dolinę, zawsze trafi się na jakąś wioskę.

-Droga jest dosyć szeroka, na pewno dokądś prowadzi.

Autorzy przewodnika nie kłamali. Kilka kroków dalej zobaczyliśmy majaczącą za drzewami wieś. Na szczęście były to wciąż Poznachowice. Przez chwilę zastanawialiśmy się, czy nie wejdziemy komuś na podwórko, lecz ku naszemu zdumieniu wyszliśmy prosto na szosę, w dodatku jeszcze bliżej naszego auta niż miejsce, z którego zaczęliśmy wędrówkę niebieskim szlakiem. Przy okazji odkryliśmy ten pomnik.




To niesamowity rejon o innej, nieznanej nam historii. Ja, przesiąknięta Dolnym Śląskiem, mająca w głowie wyrytą cezurę związaną z powojenną wymianą etnosu i kultury, jeszcze wiele razy odruchowo zapytam, czy to pozostałość poniemiecka, czy już nasza? Ku ogólnej naszej radości, zdarza mi się to notorycznie w Goerlitz, nie ma więc powodu wątpić, że pod Krakowem będzie inaczej :-)

piątek, 17 stycznia 2014

Wizyta wrześniowa. cz.1.


Z wizytą u mechanika w Gdowie.

Ostatnia podróż na Wolę w czerwcu, a zwłaszcza skomplikowana awaria auta, na tyle dała mi w kość, że we wrześniu podczas drogi, miałam, duszę na ramieniu. Wprawdzie auto zostało niby gruntownie przebadane, zainwestowaliśmy w jego lifting kwotę większą od jego wartości, ale uraz pozostał. W końcu seat ma już 21 lat. Droga upłynęła nam bardzo spokojnie, nie wydarzyło się nic złego, a Krzyś aby dodać mnie i zapewne sobie otuchy, co kawałek pokazywał mi palcem zepsute samochody stojące na poboczu.

- O zobacz, ten ma nie więcej, jak pięć lat, a tamten to już zupełna nówka.

W ten sposób przekonywał mnie, że wiek samochodu o niczym nie świadczy.

Na Wolę zajechaliśmy za dnia. Rozłożyliśmy bagaże, a szczęśliwe psy rozbiegły się po całym terenie. Mamy naprawdę wspaniałe warunki dla psów w Zapuście, ale coś w tym jest, że zarówno w czerwcu, jak i we wrześniu, trzeba było je długo prosić, by zechciały wrócić z nami do domu. One po prostu jeszcze przed naszą decyzją wiedziały, że to jest ich nowy dom.

Wieczorem Krzyś zrobił przegląd auta. Przyszedł do mnie trochę zasępiony.

-Nie denerwuj się, ale mamy malutki, naprawdę malutki problem.

Ścisnęło mnie w żołądku.

-Pasek rozrządu jest odrobinę wystrzępiony. Wolałbym go wymienić, ponieważ jak pęknie, to nic nam nie pomoże.

Oczyma mojej rozbuchanej wyobraźni ujrzałam, jak seat, przyczepa my i cztery psy, w tym jeden histeryk, wracamy do domu na lawecie.

-Niestety, sam tego nie wymienię, musimy znaleźć jakiś warsztat.

Zastanawiając się, jak nasz mechanik mógł to przeoczyć, następnego dnia udaliśmy się do Gdowa w poszukiwaniu mechanika, który dokonałby wymiany na miejscu lub w jakimś rozsądnym czasie.
Jest to wiedza powszechna, że dobry i uczciwy mechanik to skarb. My byliśmy obcy, w nieznanym miejscu i bardzo łatwo mogliśmy paść ofiarą jakiegoś cwaniaczka.
Aby zmniejszyć koszty naprawy, zakupiliśmy pasek rozrządu w sklepie motoryzacyjnym. Tam zapytaliśmy o jakiś rozsądny warsztat. Mechanik, do którego nas skierowano, miał akurat pełne ręce roboty. Widząc jednak obcą rejestrację i słysząc opowieść, że jesteśmy w podróży, zaproponował nam termin na dzień następny. Dowiedzieliśmy się, że wymiana tej części będzie u niego kosztować 150 zł. Zgodziliśmy się, ale postanowiliśmy poszukać jeszcze szczęścia gdzieś indziej, ponieważ Gdów, sądząc po widzianych przy jakiejś innej okazji szyldach, wydał nam się naszpikowany warsztatami samochodowymi. Mieliśmy już też jakieś rozeznanie, co do ceny.

Właśnie zaczęło padać, kiedy napotkaliśmy warsztat, przy którym stał jeden tylko rozgrzebany wóz.
Właściciel warsztatu, wysłuchawszy naszej historii, że jesteśmy z daleka i do domu mamy 500 km, rzekł że oczywiście, może odstawić mniej pilną robotę i wymienić nam tę część za 280 zł.

-Oj nie, to nie, my dziękujemy- odparłam. –Jesteśmy umówieni na jutro u innego mechanika za 150 zł.
-Acha, no dobrze- po zmarszczkach na czole widać było, że mechanik intensywnie myśli i kalkuluje, co robić.- To ja wam to wymienię za 150 zł. 

Ucieszyliśmy się, choć tak naprawdę to trzeba było wiać. Facet ewidentnie szukał „jeleni” do oskubania. Świadczyła o tym pierwsza wygórowana kwota. Jeśli ktoś na wstępie próbuje cię oszukać,  nie warto w ogóle z takim rozmawiać. Już później, analizując na spokojnie sytuację, zastanowiłam się, że nie bez powodu u pierwszego mechanika stał sznur kilku aut, a u tego jeden biedny gruchocik.
Ucieszeni, jak jakieś głupole, przystąpiliśmy do omawiania szczegółów.

-No ale jak wymienimy pasek rozrządu, to jeszcze koniecznie trzeba wymienić rolkę napinającą – tłumaczył nam mechanik.
-Hm... –zamyślił się Krzyś. -Ale może jednak nie trzeba. Może zadecydujemy o tym, jak ją wyjmiemy i okaże się, że jest zużyta.
-A jak już rozbieramy- podniecił się niezdrowo mechanik- To może powinniśmy wymienić pompę wody?
-Ale co ma pompa wody do paska rozrządu?- zdenerwował się Krzyś.

Krzyś jest świetnym mechanikiem –amatorem. Kiedy spawał i konserwował podwozie seata, rozebrał auto na drobne części i co ważniejsze złożył go z powrotem. I nie została żadna śrubka.
Zapaliła mi się czerwona lampka w głowie.

-No, wygląda na to, że chce pan nam wymienić pół samochodu?- rzekłam kąśliwie.
-Ale tę rolka napinającą trzeba wymienić koniecznie- kontynuował mechanik.
-Zobaczymy- stwierdził Krzyś. -My pójdziemy teraz na spacer do bankomatu, panowie rozbiorą samochód i zadecydujemy.

Nie bacząc na strugi deszczu i nie mając też żadnej innej alternatywy, pomaszerowaliśmy w kierunku centrum Gdowa w poszukiwaniu bankomatu.

-Wiesz... –zagaił Krzyś. –Ten facet ma rację. Pasek rozrządu powinno się wymienić razem z rolką. Dogadaliśmy się z nim, że jeśli będziemy wymieniać rolkę to policzy nam tylko za część, robocizna będzie w cenie wymiany paska. Tych kilku złotych marży mu nie będę żałował.
-Dobrze, oczywiście, jak trzeba to robimy. Ja chcę bezpiecznie wrócić do domu.

Kiedy ponownie stanęliśmy przed warsztatem, samochód był rozgrzebany, a mechanik zaczął zachowywać się tak, jakby mu ktoś śrubkę w tyłku podkręcił. Machał kończynami na wszystkie strony. Tu koniecznie trzeba wymienić i to i tamto, a pompa wody świszczy! Patrzyliśmy na niego przerażeni. Asertywność może i jest naszą mocną stroną, ale mamy do pokonania 500 km. Po takim tekście każdemu zmiękłyby nogi. 

-Dość!- zarządził Krzyś. –Wymieniamy tylko pasek rozrządu i rolkę!

Mechanik sklęsł, jak nakłuty balonik.

Nie odwiedzałam krajów arabskich, ale nie wiedzieć czemu ta scenka skojarzyła mi się z arabskim zwyczajem targowania się. Nie znam jeszcze lokalnej mentalności i tradycji, ale być może właśnie w ten sposób załatwia się sprawy „krakowskim targiem”?
Uregulowawszy należność, mechanik zaczął roztaczać przed nami wizje, że ani chybi po drodze do domu pęknie nam pompa wody oraz spadnie na nas 10 plag egipskich. Na koniec uścisnął nam krzepko dłonie oraz... polecił się na przyszłość. Jezus Maria!!!

Wyszłam z tego warsztatu wymięta psychicznie.
-I co o tym wszystkim sądzisz, kochanie? – zapytałam cichutko.
-Tak to właśnie wygląda, jak jesteś tu obcy, nie masz żadnego punktu zaczepienia ni osoby, która mogłaby ci polecić odpowiednich fachowców. Jedną z pierwszych rzeczy, o którą trzeba się postarać, to stworzyć sieć kontaktów i poleceń.
Łatwo powiedzieć, na razie nie znamy nawet własnych sąsiadów. Oczywiście, jest to tylko kwestia czasu.
cdn...

środa, 8 stycznia 2014

Partyzanci na Woli Zręczyckiej.

Kiedy w 1939 roku Polska dostała się pod okupację niemiecką i sowiecką, majątek na Woli Zręczyckiej znalazł się pod stałą kontrolą Niemców, którym właściciele musieli dostarczać deputaty w postaci mleka, mięsa, zboża i drewna. Nie przeszkodziło to jednak, aby w najbliższej okolicy Dworu ulokowali się partyzanci Armii Krajowej ze zgrupowania „Szczerbiec”, głownie pochodzący z okolic Poznania, a zatem władający doskonale językiem niemieckim.

Las Wólczański to 150 ha drzew, leśnych ścieżek i wąwozów, które przed wojną były własnością rodziny Feill. Takie okoliczności przyrody sprzyjały ukrywaniu się partyzantów i prowadzeniu przez nich działań dywersyjnych.

Fragment lasu pomiędzy wsią Podolany, a Wolą Zręczycką

Lata wojny były dla mieszkańców Dworu niezwykle trudne i niebezpieczne. Obecność partyzantów tuż pod bokiem, udzielanie schronienia i dostarczanie im jedzenia, narażało rodzinę na niebezpieczeństwo utraty życia lub w najlepszym wypadku, na wtrącenie do obozu koncentracyjnego. Podczas wojny we Dworze na stałe przebywał Stefan Feill, jego matka Malwina oraz siostra Kamila. Czasowo przebywała ich siostra Malwina z mężem Władysławem Jenknerem, jej córka Ewa Urbanowicz i jej malutki syn Jan. Brat Stefana- Antoni, który również mieszkał na Woli, w wybudowanym w stylu tyrolskim drewnianym domu w przysiółku Rasiki, został zmobilizowany w 1939 roku, jako rezerwista do wojska i trafił do niemieckiej niewoli. Przebywał między innymi w Offlag II c Woldenburg.
Dom Antoniego i jego żony, artystki-malarki Stefanii Bujańskiej na Rasikach służył partyzantom za szpital polowy. Szpitalem opiekował się prof. dr chirurg Glatzel z Krakowa oraz dr Pszon z Gdowa. W szpitalu tym dokonywano całkiem skomplikowanych zabiegów medycznych. Dr Glatzel usunął nawet nerkę jednemu z przywiezionych przez partyzantów pacjentów, który potrzebował tego typu pomocy. Niestety, willa na Rasikach została doszczętnie spalona przez Niemców przy okazji większej akcji mającej na celu pacyfikację oddziałów partyzanckich. Niemiecki oddział, który po spaleniu Wiśniowej (17 września 1944), przemieszczał się w stronę Dworu, spalił szpital wraz ze znajdującymi się tam rannymi ludźmi. Niemcy niechybnie spaliliby Dwór i wymordowali mieszkańców, gdyby nie wydarzyło się coś na miarę cudu. Przybył bowiem posłaniec z jakąś ważną wiadomością, która spowodowała zmianę kierunku niemieckiego natarcia. 

Wydawać by się mogło, iż wrzesień 1944 roku był dla Dworu miesiącem cudów. Drugi cud, czy raczej pierwszy, gdyż miał miejsce 13-14 września wydarzył się, kiedy przybyła z jakiejś podróży babcia (Ewa Urbanowicz) w sieni dworskiej zobaczyła duży skład różnego rodzaju produktów, alkoholi, papierosów, etc. Okazało się, że partyzanci zrobili napad na magazyny niemieckie i za bardzo nie mając gdzie, cały łup zrzucili we Dworze. Byli przyzwyczajeni, że od czasu do czasu mogą tam coś we Dworze przechować, ale to był już szczyt wszystkiego. Babcia wzięła sobie dowódcę partyzantów na stronę i go najzwyczajniej w świecie opieprzyła. Zbulwersowany dowódca rzekł:
-A co, bo się pani?
-A boję się- odpowiedziała babcia- Bo mam o co się bać!
Obrażony dowódca kazał spakować łup i chłopcy rozpłynęli się w ciemnym lesie.

Obawy babci okazały się mocno uzasadnione, żeby nie rzec prorocze. Bezmyślność partyzantów mogła kosztować życie wielu ludzi. Następnego dnia (13 września) na zboczu góry, tuż przy Dworze, rozbił się amerykański bombowiec. (Można o tym wydarzeniu przeczytać tutaj.) Załoga samolotu uratowała się, gdyż tuż przed upadkiem, wyskoczyła z samolotu na spadochronach. Niemcy pierwsze co zrobili, to kipisz we Dworze. Zagladali wszędzie, do szaf, a nawet do szuflad. Strach pomyśleć, co byłoby gdyby znaleźli w sieni zrzut łupów z obrabowanych magazynów. Kiedy Niemiec zaczął przetrząsać szuflady, babcia zapytała:
-Czy chcecie znaleźć lotnika w szufladzie? Może tak do lasu byście sobie poszli poszukać?
Niemiec nie kwapił się zagłębiać w las, gdzie za każdym drzewem mogła czekać na niego kulka.

Stosunki pomiędzy partyzantami a dworem i niemiecką komendanturą były niezwykle misterne i skomplikowane. Kiedy przy okazji obowiązkowych danin babcia odwiedzała posterunek niemiecki, oficer pytał:


-Jak tam, ukrywacie we dworze partyzantów?
-Ależ skąd?!- zarzekała się babcia
-To co, można was odwiedzić?
-Eeee… może lepiej nie?- odpowiadała.

To, że Dwór był okolicznym azylem dla partyzantów stanowiło dla Niemców tajemnicę poliszynela. Wszyscy o tym wiedzieli, ale wygodniej było tego nie zauważać. Las wokół Dworu był przecież naszpikowany partyzantami. Jeśli nie było wyraźnego, nie dającego się zlekceważyć powodu, takiego, jak chocby upadek samolotu, nikt z Niemców nie wyrywał się, aby wizytować Dwór położony w środku lasu. Mieli rację, by tego nie robić. Kilkukrotnie zdarzyło się, że mieszkańcy Dworu prosili partyzantów, aby nie strzelali do robiących kontrolę w majątku Niemców argumentując to faktem, że okupanci w odwecie spalą całą wioskę i zabiją wszystkich mieszkańców.

Dziś patrzymy na pozostałych przy życiu partyzantów, jak na nobliwych staruszków, którzy poświęcili się walcząc i ginąc za ojczyznę. Tak właśnie było, lecz nie możemy zapominać, że w czasie wojny byli to młodzi ludzie, pełni zapału, którym często w głowie rodziły się mniej lub bardziej mądre pomysły.

Pewnego letniego dnia, roku 1944, przyprowadzili do Dworu na Woli Zręczyckiej państwowego ogiera pełnej krwi angielskiej o imieniu Indo, którego odbili z transportu do Niemiec w Kłaju. Koń miał na zadzie wypalone znaki, a jako ogier, z powodu temperamentu, nadawał się do służby w partyzantce mniej, niż wół do karety. Niewiele myśląc, partyzanci przyprowadzili ogiera do Dworu, gdzie zamieszkał w stodole obok bardzo złego buhaja. Koń stale na zadzie miał założoną derkę, ponieważ do budynków gospodarczych miał wolny wstęp kontrolujący majątek bezirkslandwirt (powiatowy agronom), nawiasem mówiąc Niemiec (Volksdeutsch?) o nazwisku Jarosz. Indo dostał zaciszny kąt w głębi stodoły, natomiast przy wejściu ulokowano groźnego buhaja. Indo był na tyle miłym ogierem, że podczas wizytacji siedział cicho, jakby rozumiał powagę sytuacji. Widok buhaja zaś skutecznie zniechęcał wizytatora do eksplorowania pozostałej części budynku. Indo po wojnie został zwrócony do stadniny.

W rodzinie przechowywana jest pamięć o innych wybrykach partyzantów. Pewnego, zapewne zimnego, czy deszczowego dnia, zamiast w lesie, chłopaki postanowili zanocować w dworskiej stodole na niewymłóconym jeszcze zbożu. Problem polegał na tym, że w kieszeniach mieli mnóstwo granatów, które podczas snu powypadały. Nie trzeba zbyt bujnej wyobraźni, aby sobie uzmysłowić, jaką traumą tamtego roku była dla właścicieli majątku młocka. Granaty, wszystkie, co do jednej sztuki, znalazły się po ukończeniu prac na samym spodzie stodoły.

Pewnego dnia partyzanci postanowili włamać się do mleczarni, skąd zabrali wszelki znajdujący się tam nabiał. Po ogromnej ilości spożytego mleka i śmietany, odwykłe  od tłustego jedzenia żołądki odmówiły im posłuszeństwa. 80 chłopów tak zasrało cały las wokół Dworu, że aby uniknąć dalszego smrodu i kłopotów, mieszkańcy leczyli ich wypalanym naprędce węglem drzewnym.

Rodzina i prawdopodobnie niektórzy mieszkańcy Gdowa i okolic pamiętają brawurową akcję partyzantów, którym chyba z nudów strzeliło do głowy ukraść Niemcom opancerzony samochód. Chłopaki byli na style radośnie bezczelni, że obwożąc się po mieście opancerzonym samochodem, zatrzymali się tuż pod posterunkiem niemieckim, ponieważ drzewo blokowało im przejazd. Niemcy zabarykadowali się na posterunku myśląc, że nadeszła ich ostatnia godzina, partyzanci jednak pożyczyli od kogoś piłę i spokojnie utorowali sobie przejazd. Tego typu wybryki nie były niczym dziwnym, ponieważ partyzanci liczebnością górowali nad Niemcami sprawującymi władzę i kontrolę w Gdowie.

Pomimo iż we Dworze mieszkała lub pomieszkiwała cała rodzina wolańskiej gałęzi Feillów, całym majątkiem w głównej mierze opiekowała się Kamila Feill przy ogromnej pomocy leśniczego Karola Dobosza oraz starszego już wiekiem zarządcy, zwanego karbowym. Nazwa pochodziła ponoć od karbowanego kija, który ów zarządca dzierżył i który pomagał mu w obliczeniach. Można sobie wyobrazić, że kij był narzędziem poręczniejszym niż liczydło przy pracy w terenie.

Kamila podczas wojny często opiekowała się rannymi partyzantami. O jednym takim wypadku pisała lokalna gazeta.




środa, 25 grudnia 2013

Czerwcowy zwiad.

Czerwiec 2013
Dzień, w którym przyszło nam zajechać do Dworu, nie jako turyści, ale pierwszy raz w charakterze gospodarzy, był niezwykle ponury. Tego roku wiosna na Pogórzu Izerskim była okrutnie mokra. Pierwszy raz nie zakwitły wcale jabłonie, a zawiązki czereśni strącił wiatr i bezustannie od półtora miesiąca lejący deszcz. Dzień zatem, w którym przyszło nam wyjechać, na Pogórzu Izerskim nie różnił się niczym od poprzednich i następnych tej wiosny. Zapakowaliśmy do auta cztery nasze psy, doczepiliśmy przyczepę z dobytkiem i pierwszy raz od 15 lat ruszyliśmy całą ferajną na wakacje. Może nie do końca miały to być wakacje, a bardziej zwiad, ponieważ musieliśmy podjąć jedną z najważniejszych dla nas decyzji życiowych, czy chcemy wyprowadzić się do Małopolski, by przejąć opiekę nad Dworem?

Tego dnia nasz anioł stróż, znudzony zapewne bezustannym deszczem, musiał zrobić sobie małą drzemkę. Jeszcze zanim wyjechaliśmy z Zapusty, jedno z kół w aucie wpadło w głęboką, ale niewidoczną, bo zalaną wodą dziurę. Okazało się to przyczyną późniejszych kłopotów. Z powodu lokalnych podtopień, nie mogliśmy dojechać do autostrady. Straciliśmy na to dwie godziny. Kiedy wreszcie w okolicach Bolesławca odnaleźliśmy czynny wjazd na autostradę, już byliśmy psychicznie umęczeni i zniechęceni. Podróż ciągnęła się w nieskończoność, mimo to mieliśmy szansę dojechać na Wolę przed zmrokiem. Nadzieja ta prysła w Wieliczce, kiedy naruszony na dziurze w Zapuście kielich mocujący zawieszenie auta rozsypał się w drobny mak. Utknęliśmy o zmroku w centrum Wieliczki, w deszczu. 



Szczęście nasze to wielkie, że Krzyś jest utalentowanym majsterkowiczem. Po kilku próbach, tracąc jedynie godzinę, przy pomocy łomika i sznurka, udało się podnieść i unieruchomić zawieszenie na tyle, by powolutku dowlec się do Dworu. Z Wieliczki na Wolę jest kilkanaście kilometrów. Było to najdłuższe kilkanaście kilometrów w moim życiu.

Kiedy wreszcie dojechaliśmy, wysiadłam z auta. Pierwsze wrażenie jest najważniejsze. Mnie uderzył w kubki węchowe zapach drewna pomieszany z impregnatem. Tak pachniał Dwór, pomimo że został zbudowany w 1935 roku, a konserwacji nie przeprowadzano tam od dziesięcioleci. Później tego charakterystycznego „zapachu historii” nie wyczuwałam, ponieważ nos się przyzwyczaił.

Poranek dnia następnego powitał nas oczywiście deszczem i chłodem. Zakutałam się cała w ciepłą kurtkę z zimową podpinką i wyszłam na obowiązkowy, niezależnie od pogody, poranny spacer z psami.  
Małopolska jest niezwykle gęsto zaludniona. Nie ma tu takiej sytuacji, jak u nas na Pogórzu Izerskim, że wychodzi się na spacer i pół dnia nie spotyka się żadnej ludzkiej żywej duszy. Towarzyszy nam raczej sama przyroda ożywiona i nieożywiona. Wkrótce miałam się przekonać, że mimo iż Wola Zręczycka to mały przysiółek równie niewielkiej wsi Zręczyce, panuje tu spory ruch.

-Dzień dobry- wita się ze mną jakiś człowiek. Spod kaptura, w mroczny poranek, nawet nie widzę jego twarzy, słyszę tylko miły głos.
-Pani jest naszą nową sąsiadką?- pada pytanie. –Ja mieszkam tu obok.

Sąsiad wymienia numer swojej posesji, rzeczywiście, to musi być gdzieś niedaleko. Nie mam zielonego pojęcia, kto gdzie mieszka. Znam tylko ze słyszenia kilka nazwisk, ale chwilowo nic mi to nie daje.

-Hm… - nie za bardzo wiem, co powiedzieć i zaczynam się tłumaczyć- Wie pan, sąsiadka to jeszcze za dużo powiedziane. Na razie przyjechaliśmy zastanowić się, czy chcemy tutaj zamieszkać.

Pies mnie ciągnie, zatem konwersacja musi się zakończyć.

Po śniadaniu niebo się przejaśniło. Ruszyliśmy do Gdowa na piechotę, ponieważ auto nie nadawało się do użytku. Po zakupie niezbędnych materiałów do naprawy oraz produktów spożywczych zaczęliśmy się otrząsać z przygód i rejestrować w głowie to, co było nam zapewne przeznaczone przez los.

Wraz z budynkiem Dworu i dawną służbówką, rodzina odzyskała 5 ha ziemi, w tym 3 ha sadu. Oczywiście, jabłonie, jakbyśmy nie mieli dosyć jabłek w Zapuście. Dopust boży, jak się wie, z czym to się wiąże. Sad wygląda pięknie tylko na zdjęciach i obrazach, schody zaczynają się, kiedy ten sad trzeba ogarnąć. Owocujące co drugi rok jabłonie w półhektarowym sadzie w Zapuście dają ok 8 ton jabłek na raz. Mnóstwo owoców się marnuje, aż serce pęka. No i to koszenie. Na Woli przynajmniej odpada mi ten podstawowy problem. Będziemy mieć raczej kłopot  z pogodzeniem interesów sąsiadów zainteresowanych pozyskaniem zielonki na potrzeby swoich zwierząt, a nie z tym, że przyjdzie nam kosić własnoręcznie 5 ha traw. Być może będziemy sami mieć własne konie, choć na początek chyba spróbujemy wziąć cudze pod swoją opiekę. W ten sposób będę mogła się zorientować, czy naprawdę chcę mieć konia i jestem gotowa się nim opiekować i szkolić, czy jest to tylko moja fanaberia, która stanie się kłopotem, kiedy chęć mi przejdzie.

W sadzie odkryliśmy kilka niepozornych czereśni zagubionych gdzieś pomiędzy jabłoniami. To dobrze, ale trzeba będzie dosadzić kilka innych drzew owocowych- gruszę, śliwę, czereśnie i wiśnie. Obowiązkowo musi znaleźć się winogron, ponieważ nie wyobrażamy już sobie życia bez wina domowego.



Za sadem jest łąka, na której pasły się dwa konie. Nie wiedzieliśmy wówczas, czyje to konie, czemu pasą się na naszym, ale nie robimy z tego żadnego problemu. Niech się pasą, niech nic się nie marnuje. Nie możemy jeszcze z tego wszystkiego korzystać, niech korzystają inni. Z końmi zapoznaliśmy się bliżej dwa miesiące później, we wrześniu, kiedy drugi raz przyjechaliśmy już pewni, że chcemy zaopiekować się Dworem.

Zamknęliśmy psy w budynku i ruszyliśmy obejrzeć sobie wieś. Dla mnie było bardzo ważne poczuć energię, jaka bije z domów, z ludzi. W Zapuście można przejść całą wieś nie napotykając po drodze żadnego mieszkańca. Tutaj, mimo iż wioska wydaje się mniejsza, tętni życie. Co kawałek napotykaliśmy krzątających się ludzi. Witając się z nimi szukałam w oczach uczuć. Nie napotkałam niechęci do obcych, co dało mi nadzieję, że nasze stosunki z wsią powinny być poprawne. Wiadomo, na początku będzie trudno określić swoje miejsce w społeczności, ale mamy już doświadczenie z Zapusty. Dla ludzi trzeba być miłym, pomocnym, uczynnym, ale w żadnym wypadku nie dać sobie wejść na głowę i nie dać się wykorzystać. Nie wolno silić się na to, by ludzie od razu nas zaakceptowali, to przyjdzie samo z czasem. Należy trzymać dystans do problemów i sporów pomiędzy sąsiadami, nie stawać po niczyjej stronie. Spory, które toczą się w każdej wsi, jak Polska długa i szeroka, datują się od pokoleń i nie nam wtrącać się w tego typu sprawy. Nie wolno też nikogo pouczać, choćby serce bolało. Zauważyłam, że w tamtych okolicach kultura trzymania zwierząt jest dużo gorsza niż na Dolnym Śląsku, choć i u nas nie jest z tym różowo. Mimo wszystko nie zamierzam prowadzić w okolicy kampanii na rzecz spuszczania psów z łańcuchów, ani pogadanek na temat wody i grzebienia, ponieważ tego typu działania napotykają na opór i przysparzają jedynie wrogów. Lepiej działa dobry przykład. Mam nadzieję, popartą doświadczeniami z Zapusty, że sam widok naszej czwórki psów lepiej podziała na wyobraźnię i ludzie zobaczą, że psy nie muszą, brudne i skudlone, wisieć na łańcuchu. Podobnie jak dom i obejście, również zwierzęta są naszą wizytówką.


W czerwcu obejrzeliśmy dokładnie stan techniczny budynku i obejścia. Prawda jest taka, że choć poszczególni użytkownicy każdy, jak jeden mąż, określali się właścicielami, Dwór dzierżawili i nie zamierzali inwestować w remonty. Na początku lat 90-tych, kiedy obiekt dzierżawił Krzysztof Wize, przebudował wszystkie pokoje wykrawając w każdym przestrzeń na łazienki. Zamontował też przedziwny i absolutnie nie przystający do technicznych warunków obiektu piec na gaz. Być może w tamtych czasach miało to jakiś sens, jednak dziś ogrzewanie gazowe takiego obiektu, w oparciu o przestarzałą infrastrukturę to nieporozumienie. Nie ukrywam, że to nasze największe wyzwanie, z którym przyjdzie się nam zmierzyć na samym wstępie. 
Z oględzin technicznych wynika, że dach jest mocno dziurawy, a na strychu zamontowane są przedziwne metalowe  konstrukcje obciążające drewniany strop. O śmietniku na strychu i w służbówce nawet nie chcę wspominać. Wspomnę i to w obrazkach, jak przyjdzie nam to wszystko sprzątać. Problem stanowią liczne uschnięte drzewa na posesji w tym takie, które bezpośrednio grozi bezpieczeństwu budynku. Aby to wszystko uprzątnąć musimy wpierw uzyskać zgodę konserwatora zabytków, ponieważ nie tylko sam dom, ale i cała działka, na której stoi, objęta jest konserwatorskim nadzorem.

Ostatniego dnia, kiedy gorączkowo się pakowaliśmy, pod płot podszedł jeden z mieszkańców wsi. Szkoda, że nabrał odwagi dopiero na kilka godzin przed naszym odjazdem. Bardzo chętnie ucięlibyśmy sobie pogawędkę, gdyż bardzo byliśmy ciekawi tego, jak się tu żyje. Ale co się odwlecze, to nie uciecze. Sąsiad rozśmieszył nas swoim stwierdzeniem:
-A skąd wy jesteście?- zapytał
-Z okolic Jeleniej Góry.
-A, to Niemcy- machnął ręką.

Droga powrotna upłynęła nam początkowo w innych warunkach, niż przyjazd, ponieważ dla odmiany był koszmarny upał. Sama nie wiem, co jest gorsze, kiedy w aucie bez klimatyzacji przewozi się zwierzęta. W okolicach Legnicy poczułam, że jesteśmy w domu. Lunęło tak okrutnie, że przypomniałam sobie nasz wyjazd z Zapusty. Opadły mi ręce i w tym momencie poczułam, że Dolny Śląsk jest dla mnie zdecydowanie za mokry, choć tak naprawdę zdarzyła nam się jedna taka w życiu mokra wiosna.
Po mokrej wiośnie świat zaczął schnąć. Lato tego roku, choć bez owoców, było w miarę ładne. Zajęliśmy się na dwa miesiące intensywnie obsługą naszego ruchu turystycznego. Następną przerwę, by pojechać na Wolę, wygospodarowaliśmy dopiero we wrześniu.


piątek, 13 grudnia 2013

Dzieje Dworu i historia rodziny Feill.

Najstarszym protoplastą, o którym rodzina zachowała pamięć, był Johann Feill. Był to obywatel francuski niemieckiego pochodzenia, który posiadał dobra w Lotaryngii. Podczas rewolucji francuskiej, w 1790 roku spieniężył swój majątek i wyemigrował do Austrii. Tam zakupił browar pod Wiedniem w miejscowości Wiener Neudorf, który prowadził z żoną Barbarą. Z ich związku urodził się syn Rudolf, który przejął rodzinny interes. Rudolf ożenił się z Polką Anną Józefą Olszańską, córką uczestnika powstania listopadowego, który po klęsce w 1831 roku utracił majątek na Śląsku i ratował się ucieczką do Wiednia. Rudolfowi i Annie urodziło się 4 synów: Rudolf, Antoni, Aleksander i Jan oraz 5 córek: Katarzyna, Maria, Barbara, Emilia i Ernestyna. Anna bardzo tęskniła do swojej ojczystej ziemi. Po śmierci  Jonanna, około 1850 roku, Rudolf z Anną oraz z dziećmi udali się do Małopolski, gdzie w okolicach Wieliczki nabyli klucz majątków ziemskich należących przed rabacją do rodziny Lubomirskich. Po śmierci Rudolfa majątek został podzielony pomiędzy trzech braci. W Zręczycach osiedlił się Aleksander, Zagorzany przejął Rudolf zaś Wola Zręczycka przypadła w udziale Antoniemu. Jan, który pozostał w Wiedniu, oraz wszystkie dziewczęta zostali wywianowani gotówką.

Z mapy znajdującej się w Archiwum Narodowym wynika, iż Antoni zasiedlił dwór istniejący na obecnym miejscu zanim rodzina Feillów sprowadziła się do Małopolski. W rodzinie zachowała się pamięć o tym, że obiekt ten był bardzo stary. Nigdy nie wspominano, by protoplasta wolańskiej gałęzi Feillów- Antoni wzniósł go na surowym korzeniu.

Majątek na Woli oparty był przede wszystkim na gospodarce leśnej. Należał do niego dwór wraz z zabudowaniami gospodarczymi, 30 ha gruntów ornych oraz 150 ha lasu.

Antoni, który osiedlił się na Woli Zręczyciej, urodził się 19 sierpnia 1843 roku w Wiener Neudorf. Jego pierwszą żoną była Ludmiła Pirkl, która zmarła na Woli 24 września 1885 roku na skutek komplikacji poporodowych w wieku 39 lat. Nic nie wiadomo o dziecku, zatem prawdopodobnie i ono nie przeżyło porodu.
W roku następnym Antoni, mając lat 43, wstąpił w związek małżeński z 19 letnią Malwiną Jurzykowską urodzoną na Morawach 2 października 1867 roku, córką Franciszka Jurzykowskiego  i Justyny Grzesickiej. 

Antoni i Malwina, rok 1886

Z tego związku urodziła się piątka dzieci; synowie: Ernest, Stefan, Antoni oraz dwie córki: Malwina i Kamila. 

Antoni i Malwina Feill z czwórką dzieci

Ernest po wstąpieniu w związek małżeński osiadł na Kujawach, pozostała czwórka rodzeństwa została z rodzicami na Woli.
Antoni zmarł na grypę (zwaną hiszpanka) w 1912 roku, pozostawiając żonę Malwinę z gromadą małoletnich dzieci.
Z pozostałej na Woli czwórki rodzeństwa, jedynie Malwina Feill (córka Antoniego i Malwiny) która wyszła za mąż za Władysława Jenknera z pobliskich Zalesian, doczekała się w roku 1914 córki Ewy. Małżeństwo Antoniego ze Stefanią Bujańską- artystką malarką, nie doczekało się potomstwa. Stefania po wojnie zmarła na raka.

Ewa Jenknerówna (znana wszystkim jako Dzidzia)

W latach 30-tych XX wieku rodzinę dotknęła prawdziwa tragedia. Od uderzenia pioruna zapalił się budynek mieszkalny. Z relacji babci (Ewy Jenknerówny ze zdjęcia powyżej) wiemy, iż otynkowany budynek ogień trawił na tyle wolno, że uratował się cały dobytek mieszkańców. Natychmiast przystąpiono do odbudowy Dworu. Zajął się tym mąż Malwiny inż. Władysław Jenkner wraz z inż. M.Bukowskim. 

Władysław Jenkner w mundurze armii austro-węgierskiej...

i po odzyskaniu przez Polskę niepodległości, w mundurze Wojska Polskiego

Obecny, zewnętrzny kształt budynku (bez dorobionych w czasach PRL-u mansard bocznych) zawdzięczamy projektowi inż. Władysława Jenknera. Wnetrze, w tym okazała, przepiękna klatka schodowa, zaprojektowane zostało przez słynnego polskiego architekta i konserwatora zabytków Marcina Bukowskiego. 


Projekt oryginalny

Wnętrze Dworu zostało tak przebudowane (zdewastowane) w czasach współczesnych, że trudno dopatrzeć się tam oryginalnego zamiaru. Najbardziej żal klatki schodowej, z której pozostał jedynie fragment przypadkowo zlepionych elementów.

Wygląd obecny szczątkowo zachowanej klatki schodowej.
Zwróćcie uwagę na słup, który stoi na przejściu.
I jeszcze te drzwi paździerzowe.

Jedyne, co możemy zrobić, aby zadośćuczynić tej dewastacji, to obiecać sobie i czytelnikom, że odnajdziemy w archiwach osobę personalnie odpowiedzialną za ową "przebudowę" i wymienimy ją z imienia i z nazwiska.
Przedwojenni mieszkańcy dworu, mając okazję wejść do wnętrza w latach 80-tych XX wieku orzekli, że wewnątrz nie rozpoznają swojego domu.

Malwina, wdowa po Antonim, wraz z czwórką swoich dzieci, doczekała we Dworze tragicznego roku 1939. Jej wnuczka Ewa (Dzidzia), ożeniona już wówczas z rotmistrzem 22 Pułku Kawalerii Zygmuntem Urbanowiczem, przebywała na wschodzie, w Brodach.

Ewa Urbanowicz Jenknerówna (Dzidzia)

W momencie wybuchu wojny, Zygmunt Urbanowicz znajdował się w Szwajcarii, dokąd kilka dni wcześniej udał się jako członek korpusu dyplomatycznego. Do Polski nie było, jak wrócić, zatem przedostał się do Francji, będąc pewnym, że kraj ten ruszy na ratunek napadniętej ojczyźnie. Kiedy Francja została zajęta przez Niemców, Zygmunt trafił do obozu jenieckiego, gdzie spędził całą wojnę. Ewa wraz z malutkim synkiem Janem udali się najpierw do rodziny męża do Lwowa, a gdy rozeszła się wieść o organizowaniu przez Rosjan wywózek Polaków na wschód, uciekła wraz z dzieckiem przez zieloną granicę na Wolę Zręczycką, do swojego domu rodzinnego.
Podczas wojny we Dworze na Woli przebywało, z mniejszymi lub większymi przerwami, siedem osób: wdowa Malwina, jej dwie córki: Malwina i Kamila, syn Stefan oraz mąż Malwiny Władysław i ich córka Ewa (Dzidzia) ze swoim małym synem Janem. Syn Antoni, który został zmobilizowany do wojska, spędził wojnę w niewoli niemieckiej.

Jan Urbanowicz wraz ze swoim psem bernardynem Reksem,
odkupionym od miejscowego Volksdeutscha.

Wojna nie okazała się tak okrutna, jak wydarzenia, które po niej nastąpiły. Na skutek przemian ustrojowych, nawet wbrew dekretowi PKWN (majątek nie spełniał kryteriów do upaństwowienia), w 1945 roku wszyscy mieszkańcy zostali wyrzuceni z domu, jak stali, a majątek uległ rabunkowi. Dwór został splądrowany, meble zostały rozkradzione, a cenny zbiór biblioteczny spłonął w wielkim ognisku przed Dworem.

Po epizodycznym pomieszkiwaniu w Krakowie, gdzie w roku 1949 umarła najstarsza Malwina, rodzina osiedliła się na przyłączonym świeżo do państwa polskiego Dolnym Śląsku. Stefan zamieszkał w Nysie, wraz z żoną, lecz jego związek nie doczekał się potomstwa. Cała pozostała część rodziny oraz mąż Ewy, który powrócił z niemieckiej niewoli z Francji, zamieszkała razem we Wrocławiu.

Rodzina nigdy nie pogodziła się z utratą majątku na Woli. Po wojnie na świat przyszło drugie dziecko Ewy (Dzidzi) i Zygmunta- córka Ewa, która zawarła związek małżeński z Edwardem Tylem. W 1972 roku na świat przyszedł ich jedyny syn- Krzysztof.

Ewa z małym Krzysztofem, wczesne lata 70-te.
Pierwsze kroki Krzysia na koniu :-)

Ewa z Krzysztofem i własnym bernardynem. Początek lat 80-tych.

Żaden z przedwojennych mieszkańców Dworu nie dożył jego zwrotu. Najmłodszy jego mieszkaniec, syn Ewy i Zygmunta -Jan Urbanowicz, zmarł we Wrocławiu pół roku wcześniej.

Decyzją rodziny opiekę nad odzyskanym Dworem wraz z przyległościami, powierzono Krzysztofowi Tylowi i jego żonie Anecie. Zamiłowanie tej pary do historii oraz opieki nad dziedzictwem kulturowym, wynikające zarówno z wykształcenia, jak i naturalnych skłonności, daje nadzieję, iż w przyszłości Dwór stanie się kulturotwórczym centrum swojego regionu i ciekawą atrakcją turystyczną.

Ciekawostki:
-piaskowcowe kolumny w doryckim stylu były tak ciężkie, że do Dworu ciągnięto je wołami.
-nazwisko rodowe pierwszej żony Antoniego- Ludmiły Pirkl znajduje się na kapliczce przy Dworze.

wtorek, 10 grudnia 2013

Nasza historia

15 maja 2013 we Dworze na Woli spotkała się nasza rodzina oraz przedstawiciel Politechniki Krakowskiej, aby podpisać protokół przekazania obiektu w nasze ręce. Od tej chwili znaleźliśmy się zupełnie innym położeniu, niż przez ostatnie lata, kiedy po sądach walczyliśmy o oddanie niesłusznie zagrabionej przez PRL rodzinnej własności. Póki walczyliśmy, póty nie zastanawialiśmy się za bardzo, co się stanie, kiedy wreszcie Dwór trafi w nasze ręce. Sprawa toczyła się tak długo, że wszyscy zdążyliśmy poukładać sobie życie i ukorzenić się każdy na swoim nowym miejscu. 

Kiedy 15 lat temu, jeszcze gdy byliśmy we Wrocławiu, Mamuśka zapytała, czy po odzyskaniu Dworu nie zechcielibyśmy się nim zająć, miny nam się wydłużyły. „Najpierw trzeba obiekt odzyskać, a dopiero później o tym myśleć”- odparło któreś z nas. Miałam wtedy 25 lat i rozpaczliwie usiłowałam poukładać sobie życie z dala od miasta. Nie mieliśmy cierpliwości, by czekać na postanowienia w sprawie Woli. Jak się okazało, mieliśmy rację. Adwokat, który zechciał zająć się wówczas tą sprawą i dał Mamuśce nadzieję, okazał się oszustem. Wziął zaliczkę i zniknął wraz z całą dokumentacją. Na ostatecznie rozwiązanie sprawy Dworu przyszło nam zatem czekać jeszcze 15 lat. Z jednej strony to okropne, ale z drugiej strony, mając po dwadzieścia kilka lat, nie byliśmy w stanie podołać takiemu wyzwaniu, jakim było  objęcie opieką tego miejsca.

Kupiliśmy dom w Zapuście. 


Śliczny regionalny przysłupowy dom stał się dla nas naszym oczkiem w głowie i ukochanym miejscem na ziemi. Zaczęliśmy tam dorosłe życie. Założyliśmy hodowlę golden retrieverów oraz gospodarstwo agroturystyczne, stworzyliśmy markę Tuskulum. 


Do 15 maja 2013 byliśmy pewni, że tam chcemy dożyć spokojnej starości. Owego dnia jednak wszystko się zmieniło.

Kiedy Dwór przeszedł w ręce rodziny znów padło pytanie, i co teraz mamy z nim zrobić? Początkowo planowaliśmy nadal utrzymać dzierżawcę, który prowadził hotel. Niestety, konflikt dzierżawcy z Politechniką Krakowską spowodował, że umowy nie przedłużono, a zanim my mogliśmy zgodnie z prawem objąć obiekt w posiadanie, Dwór od dwóch lat stał już pusty. Dzierżawca nie zechciał skorzystać z naszej propozycji powrotu do Dworu. Cóż, pomyślałam sobie, że trzeba zdać się na los. Powrócił temat abyśmy sami przejęli obiekt i poprowadzili w nim agroturystykę. Nie byliśmy już tymi samymi smarkatymi dzieciakami sprzed 15 lat. Dysponowaliśmy 12 letnim doświadczeniem w branży turystycznej. Ja właśnie kończyłam studia podyplomowe z zakresu Zarządzania Dziedzictwem Kultury. Z jednej strony marzyłam o nowym wyzwaniu, a z drugiej strony nie mogłam pogodzić się z opuszczeniem naszego dotychczasowego domu. Pamiętam, że dwa lata wcześniej kilka razy śniła mi się przeprowadzka. Budziłam się wtedy zalana łzami i z ogromnym bólem w sercu.

Krzyś też przeszedł sporą metamorfozę. Przez ostatnie lata mocno zaangażował się w walkę o sprawę Dworu, ściśle współpracował z adwokatem i śmiem twierdzić, że gdyby nie on, Dwór mógłby przepaść. Politechnika bowiem do samego końca próbowała przekręcić nas wystawiając obiekt na sprzedaż, mimo iż mieliśmy już prawomocne wyroki dotyczące zwrotu nieruchomości. Krzyś tak mocno zaangażował się w sprawy prawne, że niemal odkrył w sobie nowy talent. „Byłby z pana dobry prawnik”- skomplementował go adwokat. 

Wiem, że Krzyś z ogromnym wzruszeniem przyjął informację o zakończeniu tej wlokącej się przez dziesiątki lat sagi sądowej. Kiedy pojechaliśmy tam w czerwcu na kilka dni, miał łzy w oczach. Bardzo kocha ten obiekt. Babcia postarała się wychować dwa pokolenia w oparciu o pamięć związaną z tym miejscem. To nie jest jakiś obcy dom, to "ziemia obiecana", do której została nam otwarta droga. Krzyś też miał rozdarte serce. Z jednej strony dom rodzinny, w którym od 70 lat panoszył się PRL, z drugiej miłość do miejsca i domu, który sami sobie wybraliśmy i w którym spędzaliśmy najpiękniejsze lata naszego życia. To naprawdę nie była łatwa dla nas decyzja. Mimo, że rodzina oczekiwała od nas opieki nad tym miejscem, bo kto, jak nie my, nie chcieliśmy być manipulowani, czy zmuszani do tego obowiązku. W końcu to nasze życie.


Postanowiliśmy decyzję odroczyć i dać na miesiąc lub dwa ogłoszenie o możliwości wydzierżawienia Dworu. Przez ten czas moglibyśmy na chłodno, bez emocji, rozważyć wszystkie za i przeciw. Co tu ukrywać, wszystkie argumenty świadczyły o tym, że powinniśmy się przeprowadzić. Nawet te emocjonalne. Nasz ukochany dom w Zapuście był przecież nabyty, nie wiązała się z nim żadna osobista historia. To my nadaliśmy mu swoją magię, obdarzyliśmy go uczuciem i otoczyliśmy opieką. To nie sam budynek, ale również my tworzyliśmy tam pozytywną atmosferę. To ludzie tworzą magię miejsca, przedmioty to tylko dekoracja. Wiedząc o tym, byliśmy pewni, że równie szczęśliwi, jak w Zapuście będziemy na Woli. Mimo to nie mogłam zdobyć się, aby napisać i zamieścić ogłoszenie.

Przez miesiąc, kiedy szło ogłoszenie o możliwości dzierżawy Dworu, nie zgłosił się nikt konkretny. Było parę marudnych i niepoważnych osób. Z każdym dniem dojrzewaliśmy do decyzji o przejęciu obiektu nie mając jeszcze sprecyzowanych planów co do rodzaju działalności. Dom jest ogromny, koszty jego utrzymania są na obecną chwilę poza naszym zasięgiem. Pieniądze uzyskane ze sprzedaży domu w Zapuście trzeba będzie od razu zainwestować w całą nową, oszczędną infrastrukturę, zanim zaczniemy zarabiać na życie i na utrzymanie obiektu. Zaczęłam się zamartwiać, jak damy sobie sami radę nie mając doświadczenia w zatrudnianiu ludzi i nie znając lokalnego rynku zarówno produktów, jak i zasobów ludzkich. W życiu jednak trzeba podejmować ryzyko, by iść do przodu.

Postanowiliśmy nie odnawiać już ogłoszenia o możliwości dzierżawy Dworu. Kiedy przyjechaliśmy na Wolę ponownie we wrześniu, wiedzieliśmy, że chcemy podjąć to wyzwanie. Widocznie rewitalizacja domów jest nam pisana – rzekłam filozoficznie i przy okazji odkryłam w sobie duszę nomada. Kiedy bowiem pogodziłam się z opuszczeniem Zapusty, nagle poczułam dziką chęć przeżycia kolejnej w życiu przygody. Czyżby stabilizacja i bezpieczeństwo, jakie dawał nam dom na Pogórzu Izerskim było dla mnie już nudne?

Sen z powiek spędzały mi tylko obawy, w czyje ręce trafi nasz ukochany dom? I ile to jeszcze potrwa? Zanim zdecydowałam się napisać i wstawić ogłoszenie, zrobiła się późna jesień. Kto na zimę kupuje domy? Mimo to chciałam, aby potencjalni nabywcy opatrzyli się i odnotowali sobie nasz obiekt. Prorokowałam wycieczki chętnych na wiosnę. Przyjaciele mówili, że mało pieniędzy za dom chcemy, że prędko znajdziemy nabywcę. Osoby, które nigdy u nas nie były, ale zawsze na każdy temat mają coś do powiedzenia, podchodzili do sprawy sceptycznie. Teraz jest zastój w nieruchomościach, ludzie mają duży wybór, domy stoją po kilka lat, będziecie czekać. Cóż, pokornie wysłuchałam wszystkich opinii spodziewając się każdego scenariusza.

Przyjaciele mieli rację. Morał z tego jest taki, że zawsze trzeba słuchać ludzi życzliwych, którzy nie kierują się w życiu zawiścią, lecz wspierają i kibicują, choćby i im pękały serca na skutek naszej decyzji.


W listopadzie 2014 roku, po długich oczekiwaniach związanych z biurokracją bankową, nasz dom trafił do rąk Agnieszki, Wojtka i ich dwóch córek. Nie mam wątpliwości, że są to właściwi ludzie, którzy nie tylko będą kontynuować naszą pracę, ale nadadzą temu obiektowi nową jakość.

Nam pozostała ciężka praca, by doprowadzić Dwór na Woli Zręczyckiej do stanu świetności. Mamy nadzieję, że obiekt ten stanie się dla naszych gości miejscem wyjątkowym, do którego będą z przyjemnością powracać.