15 maja 2013 roku, decyzją NSA, po blisko 25-letnich staraniach i walkach w sądach, bezprawnie zrabowany w 1945 roku Dwór na Woli Zręczyckiej pod Krakowem, został przekazany z powrotem rodzinie-spadkobiercom jego budowniczych i dawnych właścicieli.
Tego dnia postanowiliśmy porzucić całe swoje dotychczasowe życie i poświęcić się przywróceniu i zachowaniu pamięci o tym niezwykłym miejscu. Dwór i należace do niego obiekty przez dziesiątki lat rządów PRL zostały doszczętnie rozrabowane oraz zniszczone przebudową i rozbiórką. Mozolnie dokonujemy rewitalizacji tego miejsca, by uczynić go lokalnym centrum kulturotwórczym i turystycznym. Na terenie obiektu działa już Muzeum Dwór Feillów oraz agroturystyka. Klikając w zakładki, zapoznacie się z naszą ofertą.
Jest to opowieść o czasach dawnych i tych współczesnych, o naszych zmaganiach z materią, zarówno zabytkową, jak i tą żywą, o stosunkach z urzędami i sąsiadami. Jest to blog o życiu, do którego serdecznie Was zapraszamy.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą flizy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą flizy. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 29 września 2015

Historia pewnej kupy.

Pragnę wszystkim zakomunikować, że „Akcja Pszczółka”, o której pisałam ostatnio, zakończyła się szczęśliwie. Pasiaste, brzęczące i potencjalnie żądlące istoty opuściły definitywnie nasze progi, czy też raczej, nasze dziury pod belkami. Owszem, niektóre pogłupiały od tej eksmisji i jeszcze przez kilka dni nieliczne, mniej rozgarnięte, próbowały nosić pożytek pod belkę, ale bezlitośnie Chłop zakleił im wejście. Mam nadzieję, że trafiły do jakiegoś pobliskiego ula, niekoniecznie do swojego roju. Jeżeli obca pszczoła przychodzi z pożytkiem, ma szansę na adopcję. Po pszczołach został nam kompletnie zdemolowany pokój.


Mniej więcej w tym samym czasie udało się nam pochwycić i przytrzymać dekarza, który powoli wprawdzie, ale systematycznie naprawia nam dach. Przewinęło się przez nasz dom w ciągu kilku ostatnich miesięcy kilkanaście ekip. Uwierzcie mi, że była to istna rewia cudaków. Byli: cwaniacy, naciągacze, pijaki, odstawiający manianę, którzy na każde pytanie odpowiadali „jutro” i nigdy się nie pojawili, byli też normalni, ale bez wolnych w tym roku terminów i jeden taki, któremu dobrze z oczu patrzyło, ale dzień przed przyjściem do pracy orzekł, że dostał lepszą propozycję i po prostu wystawił nas do wiatru. Ręce nam opadły. 
To był do tej pory najtrudniejszy dla nas czas, byłam niemal bliska załamania nerwowego. Piąty miesiąc usiłowaliśmy zmotywować jakąkolwiek ekipę do pracy, a tu nic z tego. W końcu po którymś z kolei dziesiątym telefonie, przybył młody człowiek i z taką pasją zaczął nam opowiadać o sposobach oblachowania kominów, że słuchaliśmy, jak urzeczeni. Młody człowiek, mimo braku terminów, zgodził się po godzinach zająć naprawą naszego dachu, dlatego idzie to wolno, ale najważniejsze, że coś się tam w końcu dobrego dzieje.

Ten fakt upolowania dekarza ma bardzo duże konsekwencje, gdyż wreszcie możemy ruszyć z remontem wnętrza nie obawiając się, że tuż po naprawieniu i wymalowaniu ścian, zostaną one zalane z powodu dziurawego dachu. I teraz powinien nastąpić gruby akapit, w którym utyskuję na życie w centrum placu budowy, w ogólnej rozpierdusze i bałaganie, w kurzu, pyle, brudzie i smrodzie. Akapit nie nastąpi, gdyż zbyt długo czekaliśmy na fachowców, by teraz marudzić. Naród tu pracowity i zapracowany, co widać po długich terminach oczekiwania na realizację zleceń, zatem zaciskam mocno zęby i wstaję o jakiejś koszmarnej godzinie, by o 7.00 rano panowie mogli zacząć robić to, co trzeba.





Kafelki tutaj nie nazywają się kafelki, tylko flizy :-)

Po koszmarnych upałach, nagle zrobiło się zimno, co poskutkowało przeziębieniem się naszego staruszka Jaskra. W styczniu skończy 13 lat, a to bardzo poważny wiek, jak na goldena. Ostatnio bardzo często zdarzają mu się tego typu podziębienia z byle powodu. A to kilka kropel deszczu spadnie mu na pyszczek, a to położy się na zimnej posadzce, mimo że kocyk ma obok, etc. A że wielki z niego uparciuch był przez całe życie, na starość ta cecha jakby się wzmocniła. Z powodu zaawansowanego wieku i pewnego już jego niedołęstwa, skaczemy wokół niego, jak wokół śmierdzącego jajka. Podsuwamy pod dupcię kocyki, sprowadzamy po 3 schodkach na podwórko, bo zaczyna się przewracać. Poprosiłam nawet Złotego Kota, by uszyła mu ubranko na deszcz i na zimę. 



 I jeszcze z tej strony i z drugiej, jak w "Top Model" :-)



Ubranko jest urocze i funkcjonalne, a Jaskier jeśli tylko warunki pogodowe są odpowiednie, nie dość, że nie ma nic przeciwko niemu, to jeszcze doczekać się nie może wyjścia przez furtkę, by pokazać się na wsi w swojej dizajnerskiej kreacji. Jestem pewna, że mieszkańcy wioski, gdy zimą lub w deszcz zobaczą ubranego w kurteczkę psa, stracą wszelkie wątpliwości co do naszego zdrowia psychicznego. Cóż, jest to kwestia priorytetów, zatem tego typu opinie mam głęboko w nosie.

Póki jeszcze nie mamy gotowej sypialni, gdzie będziemy spędzać noc wszyscy razem, Jaskier wybrał sobie na legowisko główny korytarz. Obecnie znajduje się tam mały skład budowlany.

O trzeciej w nocy obudził mnie kaszel. Każdy kto ma dużego psa wie, jaki to koszmarny dźwięk. Kaszlowi u psa często towarzyszą wymioty. Po kaszlu u Jaskra zazwyczaj pojawia się szczekanie, które ma wymusić na nas wstanie i wypuszczenie psa na zewnątrz, by sobie trawkę poskubał. Widocznie przy tych zaziębieniach, piesek odczuwa dyskomfort w gardle i skubanie czegoś bardzo mu pomaga. Zamiast szczekania usłyszałam dziwny dźwięk, jakby szuranie. Nie byłam do końca przebudzona i bardzo nie chciało mi się wstać i schodzić na dół bez powodu. Pies nie szczeka, to znaczy, że sytuacja nie jest poważna. Szuranie nie ustawało i po kilku minutach ciekawość wzięła górę nad snem. Zeszłam i ujrzałam, jak Jaskier intensywnie przeżuwa i szarpie worek z jakąś zaprawą. Zrobiło mi się słabo. Sypki materiał częściowo znalazł się na podłodze. Wyprowadziłam psa na podwórko (tu się mówi „na pole”) i usiłowałam coś wymyślić, by się jednak jeszcze odrobinę przespać. Nie mogę go tu zostawić, bo straty mogą być większe, dobierze się w przypływie rozpaczy do reszty worków i nawet nie chce mi się myśleć, jak rano będzie wyglądało wnętrze.

Tu biję się w pierś, bo najpierw pomyślałam o sobie, że mam nockę z głowy, potem o wnętrzu, że wszystko będzie zababrane i będę musiała to sprzątać, a o tym, że Jaskier mógł nażreć się tej zaprawy i zacementować sobie jelita pomyślałam dopiero wtedy, kiedy zniosłam materac z łóżka i kołdrę na dół i położyłam się obok psa na podłodze w pokoju. Sam w tym pokoju zamknięty spać nie chciał, histerycznie szczekał, wyboru zatem zbyt dużego nie miałam.

Kiedy rozum śpi budzą się demony. Traf chciał, że tej opisywanej nocy nie było w domu Chłopa, który w przypływie mojej paniki jest mi ostoją i głosem rozsądku. Nie było też o czwartej nad ranem komu zawieźć psa do weterynarza, gdyby pojawiła się taka potrzeba. Reasumując, nie było mi wesoło. Pies trochę się pokręcił, pokaszlał, pomlaskał, głośno i wielokrotnie popierdział, co wyjątkowo wprawiło mnie w euforię, że przynajmniej na razie otwór tylny jest drożny. W końcu spokojnie zasnął. Zasnęłam i ja.
Bladym świtem z obowiązku, bo nie z chęci, zwlekłam się z materaca i poszłam na oględziny sfatygowanego przez psa worka. W tym czasie mój kochany łobuz spał smacznie pochrapując. Udało mi się odnaleźć zachowany fragment etykiety. W worku była wylewka samopoziomująca.

To był trudny spacer. Przez kilka minut zastanawiałam się, czy pies aby nie jest zaklejony. Wyobraźcie sobie, jak wielki kamień spadł mi z serca, kiedy Jaskier się wypiął i wyprodukował kupę. 
Samopoziomującą się kupę, oczywiście :-)

Suplement: Rozmawiając rano przez telefon z Chłopem, opisując mu tę trudną noc, naszła mnie refleksja, jak bardzo będzie brakować nam pieska, gdy już od nas odejdzie. W ogóle nie wiem, jak będziemy w stanie bez niego żyć. Bezustannie dostarcza nam od prawie 13 lat tylu wrażeń i rozrywki, terroryzuje nas, owija wokół swojego ogona, organizuje nam życie stosując wszelkiego rodzaju szantaże i wymuszenia, którym mniej lub bardziej radośnie ulegamy. I teraz mówię całkiem serio: nie wyobrażam sobie bez niego naszego życia.