15 maja 2013 roku, decyzją NSA, po blisko 25-letnich staraniach i walkach w sądach, bezprawnie zrabowany w 1945 roku Dwór na Woli Zręczyckiej pod Krakowem, został przekazany z powrotem rodzinie-spadkobiercom jego budowniczych i dawnych właścicieli.
Tego dnia postanowiliśmy porzucić całe swoje dotychczasowe życie i poświęcić się przywróceniu i zachowaniu pamięci o tym niezwykłym miejscu. Dwór i należace do niego obiekty przez dziesiątki lat rządów PRL zostały doszczętnie rozrabowane oraz zniszczone przebudową i rozbiórką. Mozolnie dokonujemy rewitalizacji tego miejsca, by uczynić go lokalnym centrum kulturotwórczym i turystycznym. Na terenie obiektu działa już Muzeum Dwór Feillów oraz agroturystyka. Klikając w zakładki, zapoznacie się z naszą ofertą.
Jest to opowieść o czasach dawnych i tych współczesnych, o naszych zmaganiach z materią, zarówno zabytkową, jak i tą żywą, o stosunkach z urzędami i sąsiadami. Jest to blog o życiu, do którego serdecznie Was zapraszamy.

wtorek, 29 września 2015

Historia pewnej kupy.

Pragnę wszystkim zakomunikować, że „Akcja Pszczółka”, o której pisałam ostatnio, zakończyła się szczęśliwie. Pasiaste, brzęczące i potencjalnie żądlące istoty opuściły definitywnie nasze progi, czy też raczej, nasze dziury pod belkami. Owszem, niektóre pogłupiały od tej eksmisji i jeszcze przez kilka dni nieliczne, mniej rozgarnięte, próbowały nosić pożytek pod belkę, ale bezlitośnie Chłop zakleił im wejście. Mam nadzieję, że trafiły do jakiegoś pobliskiego ula, niekoniecznie do swojego roju. Jeżeli obca pszczoła przychodzi z pożytkiem, ma szansę na adopcję. Po pszczołach został nam kompletnie zdemolowany pokój.


Mniej więcej w tym samym czasie udało się nam pochwycić i przytrzymać dekarza, który powoli wprawdzie, ale systematycznie naprawia nam dach. Przewinęło się przez nasz dom w ciągu kilku ostatnich miesięcy kilkanaście ekip. Uwierzcie mi, że była to istna rewia cudaków. Byli: cwaniacy, naciągacze, pijaki, odstawiający manianę, którzy na każde pytanie odpowiadali „jutro” i nigdy się nie pojawili, byli też normalni, ale bez wolnych w tym roku terminów i jeden taki, któremu dobrze z oczu patrzyło, ale dzień przed przyjściem do pracy orzekł, że dostał lepszą propozycję i po prostu wystawił nas do wiatru. Ręce nam opadły. 
To był do tej pory najtrudniejszy dla nas czas, byłam niemal bliska załamania nerwowego. Piąty miesiąc usiłowaliśmy zmotywować jakąkolwiek ekipę do pracy, a tu nic z tego. W końcu po którymś z kolei dziesiątym telefonie, przybył młody człowiek i z taką pasją zaczął nam opowiadać o sposobach oblachowania kominów, że słuchaliśmy, jak urzeczeni. Młody człowiek, mimo braku terminów, zgodził się po godzinach zająć naprawą naszego dachu, dlatego idzie to wolno, ale najważniejsze, że coś się tam w końcu dobrego dzieje.

Ten fakt upolowania dekarza ma bardzo duże konsekwencje, gdyż wreszcie możemy ruszyć z remontem wnętrza nie obawiając się, że tuż po naprawieniu i wymalowaniu ścian, zostaną one zalane z powodu dziurawego dachu. I teraz powinien nastąpić gruby akapit, w którym utyskuję na życie w centrum placu budowy, w ogólnej rozpierdusze i bałaganie, w kurzu, pyle, brudzie i smrodzie. Akapit nie nastąpi, gdyż zbyt długo czekaliśmy na fachowców, by teraz marudzić. Naród tu pracowity i zapracowany, co widać po długich terminach oczekiwania na realizację zleceń, zatem zaciskam mocno zęby i wstaję o jakiejś koszmarnej godzinie, by o 7.00 rano panowie mogli zacząć robić to, co trzeba.





Kafelki tutaj nie nazywają się kafelki, tylko flizy :-)

Po koszmarnych upałach, nagle zrobiło się zimno, co poskutkowało przeziębieniem się naszego staruszka Jaskra. W styczniu skończy 13 lat, a to bardzo poważny wiek, jak na goldena. Ostatnio bardzo często zdarzają mu się tego typu podziębienia z byle powodu. A to kilka kropel deszczu spadnie mu na pyszczek, a to położy się na zimnej posadzce, mimo że kocyk ma obok, etc. A że wielki z niego uparciuch był przez całe życie, na starość ta cecha jakby się wzmocniła. Z powodu zaawansowanego wieku i pewnego już jego niedołęstwa, skaczemy wokół niego, jak wokół śmierdzącego jajka. Podsuwamy pod dupcię kocyki, sprowadzamy po 3 schodkach na podwórko, bo zaczyna się przewracać. Poprosiłam nawet Złotego Kota, by uszyła mu ubranko na deszcz i na zimę. 



 I jeszcze z tej strony i z drugiej, jak w "Top Model" :-)



Ubranko jest urocze i funkcjonalne, a Jaskier jeśli tylko warunki pogodowe są odpowiednie, nie dość, że nie ma nic przeciwko niemu, to jeszcze doczekać się nie może wyjścia przez furtkę, by pokazać się na wsi w swojej dizajnerskiej kreacji. Jestem pewna, że mieszkańcy wioski, gdy zimą lub w deszcz zobaczą ubranego w kurteczkę psa, stracą wszelkie wątpliwości co do naszego zdrowia psychicznego. Cóż, jest to kwestia priorytetów, zatem tego typu opinie mam głęboko w nosie.

Póki jeszcze nie mamy gotowej sypialni, gdzie będziemy spędzać noc wszyscy razem, Jaskier wybrał sobie na legowisko główny korytarz. Obecnie znajduje się tam mały skład budowlany.

O trzeciej w nocy obudził mnie kaszel. Każdy kto ma dużego psa wie, jaki to koszmarny dźwięk. Kaszlowi u psa często towarzyszą wymioty. Po kaszlu u Jaskra zazwyczaj pojawia się szczekanie, które ma wymusić na nas wstanie i wypuszczenie psa na zewnątrz, by sobie trawkę poskubał. Widocznie przy tych zaziębieniach, piesek odczuwa dyskomfort w gardle i skubanie czegoś bardzo mu pomaga. Zamiast szczekania usłyszałam dziwny dźwięk, jakby szuranie. Nie byłam do końca przebudzona i bardzo nie chciało mi się wstać i schodzić na dół bez powodu. Pies nie szczeka, to znaczy, że sytuacja nie jest poważna. Szuranie nie ustawało i po kilku minutach ciekawość wzięła górę nad snem. Zeszłam i ujrzałam, jak Jaskier intensywnie przeżuwa i szarpie worek z jakąś zaprawą. Zrobiło mi się słabo. Sypki materiał częściowo znalazł się na podłodze. Wyprowadziłam psa na podwórko (tu się mówi „na pole”) i usiłowałam coś wymyślić, by się jednak jeszcze odrobinę przespać. Nie mogę go tu zostawić, bo straty mogą być większe, dobierze się w przypływie rozpaczy do reszty worków i nawet nie chce mi się myśleć, jak rano będzie wyglądało wnętrze.

Tu biję się w pierś, bo najpierw pomyślałam o sobie, że mam nockę z głowy, potem o wnętrzu, że wszystko będzie zababrane i będę musiała to sprzątać, a o tym, że Jaskier mógł nażreć się tej zaprawy i zacementować sobie jelita pomyślałam dopiero wtedy, kiedy zniosłam materac z łóżka i kołdrę na dół i położyłam się obok psa na podłodze w pokoju. Sam w tym pokoju zamknięty spać nie chciał, histerycznie szczekał, wyboru zatem zbyt dużego nie miałam.

Kiedy rozum śpi budzą się demony. Traf chciał, że tej opisywanej nocy nie było w domu Chłopa, który w przypływie mojej paniki jest mi ostoją i głosem rozsądku. Nie było też o czwartej nad ranem komu zawieźć psa do weterynarza, gdyby pojawiła się taka potrzeba. Reasumując, nie było mi wesoło. Pies trochę się pokręcił, pokaszlał, pomlaskał, głośno i wielokrotnie popierdział, co wyjątkowo wprawiło mnie w euforię, że przynajmniej na razie otwór tylny jest drożny. W końcu spokojnie zasnął. Zasnęłam i ja.
Bladym świtem z obowiązku, bo nie z chęci, zwlekłam się z materaca i poszłam na oględziny sfatygowanego przez psa worka. W tym czasie mój kochany łobuz spał smacznie pochrapując. Udało mi się odnaleźć zachowany fragment etykiety. W worku była wylewka samopoziomująca.

To był trudny spacer. Przez kilka minut zastanawiałam się, czy pies aby nie jest zaklejony. Wyobraźcie sobie, jak wielki kamień spadł mi z serca, kiedy Jaskier się wypiął i wyprodukował kupę. 
Samopoziomującą się kupę, oczywiście :-)

Suplement: Rozmawiając rano przez telefon z Chłopem, opisując mu tę trudną noc, naszła mnie refleksja, jak bardzo będzie brakować nam pieska, gdy już od nas odejdzie. W ogóle nie wiem, jak będziemy w stanie bez niego żyć. Bezustannie dostarcza nam od prawie 13 lat tylu wrażeń i rozrywki, terroryzuje nas, owija wokół swojego ogona, organizuje nam życie stosując wszelkiego rodzaju szantaże i wymuszenia, którym mniej lub bardziej radośnie ulegamy. I teraz mówię całkiem serio: nie wyobrażam sobie bez niego naszego życia.

piątek, 11 września 2015

Akcja „Pszczółka”.

Było wiosenne, ciepłe, słoneczne przedpołudnie. Wraz z sąsiadami siedzieliśmy przed domem przy kawce, kiedy usłyszałam niepokojące buczenie tuż nad swoją głową. Podniosłam wzrok i ujrzałam coś, co do tej pory widziałam jedynie na filmach i to takich drugiej kategorii. To był rój pszczół. Miliard bzyczących owadów, każdy ze szpilą ukrytą w odwłoku, pakował się do wnętrza konstrukcji dworku. Już chciałam uciekać wrzeszcząc przy tym wniebogłosy, ale powstrzymała mnie jedna z tych ludowych mądrości, które nie wiadomo, czy są prawdziwe, ale każdy w nie wierzy. „Jak się pszczoły roją, to nie gryzą”- rzekł sąsiad, po czym wsiadł na rower i sprowadził nam zaprzyjaźnionego sąsiada-bartnika.


Po 15 minutach od pod dachem mieliśmy zainstalowany drewniany domek, do którego przy odrobinie szczęścia powinny przejść pszczoły, gdyż niewątpliwie w profesjonalnym ulu byłoby im znacznie wygodniej, niż pod belkami. Pszczoły miały najwyraźniej wygodę w odwłoku, albo były to jakieś pszczoły indywidualistki, może anarchistki i wybrały wolność. Poczuliśmy lekkie zaniepokojenie zaistniałą sytuacją. Chłop jest uczulony na wszelkie robactwo pasiaste i nie byłoby wskazane dzielić przestrzeń z miliardem pszczół. W rzeczywistości bartnik określił ich liczebność na 20-50 tysięcy. Moim zdaniem mała to różnica, skoro po kilku już użądleniach można obudzić się w zaświatach. Jednym słowem, zabrakło nam tej odrobiny szczęścia.

Przez kilka pierwszych dni łypałam podejrzliwym na nie okiem, czy nie mają jakichś niecnych zamiarów, czy nie odwracają się do nas odwłokiem i nie prezentują tego swojego poważnego argumentu. Pszczółki zajęły się, jak natura każe, zbieraniem miodu. Całe lato obserwowałam jak pracują, jak wykonują swoje tańce zanim ruszą na pożytek. Przy okazji podpatrywania owadów i zaprzyjaźnienia się z sąsiadem-bartnikiem, zgłębiałam tajemnice tych fascynujących owadów. Co jakiś czas przemykała mi myśl, że coś z tymi pszczołami trzeba zrobić, by się ich pozbyć i wcale nie chciało mi się ich truć. Czas mijał, potrzeba wyprowadzenia roju stawała się coraz pilniejsza tym bardziej, że każdy następny sprowadzony dekarz mówił, że pszczółek ma nie być podczas roboty. Tymczasem to dekarze nawalali, a pszczółki spokojnie przygotowywały się do zamknięcia sezonu zbiorów. Najpewniej zostawilibyśmy je w spokoju, gdyby nie fakt, że zorientowaliśmy się, iż owady rezydują pomiędzy podłogą naszej przyszłej sypialni. „Panie, miód zaleje wam sufit, jeśli się tego nie pozbędziecie”- straszył nas kolejny dekarz. Nie wiem, na ile ta wizja mogła być prawdziwa, ale jej ulegliśmy. Owszem, przez chwilę rozkoszowałam się miłą wizją miodu kapiącego wprost z sufitu do filiżanki z poranną kawą, jednak stwierdziłam, że za dużo może być z tego kłopotów.

I w końcu przyszedł ten moment, kiedy i bartnik i my byliśmy zdeterminowani, aby zrobić owadom eksmisję. Ten dzień nadszedł właśnie dziś. Byłam w trakcie gotowania smacznego obiadu, pełna samouwielbienia co do moich kulinarnych zdolności. Zapachy rozchodziły się po całym dworku nęcąc moje kubki smakowe zapowiedzią rychłej rozkoszy.
-Dzień dobry. A co tu tak śmierdzi?!- rzekł na powitanie bartnik. 
-Oj tam, zaraz śmierdzi. Obiad gotuję!- odparłam i pomyślałam sobie, że chyba trzeba będzie jednak zatrudniać kucharkę do gotowania gościom ;-)

Już wcześniej Chłop obadał sytuację i wytypował przypuszczalne miejsce, gdzie rezyduje nasz bzyczący problem. Bartnik zapewnił nas, że zabierając królową, wraz z nią przeniesie niemal cały rój, co pozwoli przeżyć tym istotom. Jakieś straty wiadomo, być muszą. Niestety, dostać się do pszczół nie było prostą sprawą. W tym celu zdeterminowany, by chronić każde życie, Chłop podjął decyzję o rozbiórce podłogi w jednym z przyszłych gościnnych pokojów. I tak 50 tysięcy pasiastych stworzeń wylazło spod podłogi na pokoje. 



 Na tej desce jest tylko fragment roju, potem nie miałam już odwagi biegać z aparatem.



Widok był wstrząsający, a sytuacja stresująca. Uczulony na owady Chłop asystował bartnikowi podając mu różne potrzebne narzędzia, ja histerycznie odciągałam Chłopa od zabójczego roju jednocześnie ze zgrozą patrząc, że bartnik miał tylko zabezpieczoną przed ukąszeniem głowę. 

„No, użarły mnie tylko cztery sztuki”- rzekł pszczelarz trzy godziny później podczas przerwy na kawę. Pszczoły były okopcone, zatem nieco dziabnięte, w innym razie mielibyśmy niezłą jatkę.
Kiedy większość pszczół znalazła się w magicznym pudełku bartnika, a trwało to jak wspomniałam bite trzy godziny, zostawiliśmy skrzyneczkę w pokoju, ponieważ reszta miała wejść do niej sama. Pod warunkiem oczywiście, że w środku znalazła się królowa- pasiasta jej mać! Zdenerwowana przedłużającym się zagrożeniem życia Chłopa i moich psiaków, żywo zainteresowanych bzyczącym i latającym po domu cholerstwem, wyraziłam swoją wątpliwość.
-A jeśli one z tej skrzyneczki wyjdą z powrotem pod podłogę?
-Eeee.., nie wyjdą- rzekł bartnik- No chyba, że królowa została pod podłogą.
I szlag by to jasny trafił, po półgodzinie wszystkie pszczoły były z powrotem pod podłogą!

-Nie jest dobrze, nie jest dobrze- rzekł bartnik i podrapał się po głowie.
Wyobraźcie sobie taką sytuację- zdemolowany pokój z powodu starań ocalenia roju, a te cholery nie chcą się stąd ruszyć!

Na wizję lokalną poszedł Chłop, pomimo moich próśb, by trzymał się od pszczółek z daleka. Jak wszedł, tak szybciej wyszedł, a raczej wybiegł machając rękami. Rzekłabym, by dać bardziej poetycki opis tej sceny, że biegł z rozwianym włosem, gdyby nie fakt, że Chłop jest całkiem łysy.  „Pszczoła mnie goni!”- wrzasnął z obłędem w oczach. Owad przysiadł na bluzie, a w ciemnym korytarzu nie było widać gdzie. Kiedy pospiesznie zdzierałam z Chłopa ubranie pomyślałam sobie, że choć pijam tylko i wyłącznie szlachetnie trunki, dziś muszę napić się wódki.

Akcja „pszczółka” trwa. Wieczorem bartnik przyniósł kolejne magiczne pudełko, tym razem większe, poprosił o chochelkę do zupy, którym to narzędziem zgarniał cholerstwo do skrzynki mając nadzieję, że tym razem trafił w królową. Mimo to pudełko zostało w pokoju, aby jak najwięcej pszczół załapało się na nowe lokum. Pudełko ma być zabrane jutro wieczorem.

Jeżeli znowu zamiast wejść do skrzynki cała ta pasiasta gadzina wylezie pod podłogę, to trafi mnie jasny szlag. Istnieje być może opcja, że gadzina wylezie ze skrzynki i spod podłogi na cały dom, a wtedy to już...hm... Dziś śpię z rozpylaczem.


Jedyny słodki akcent w tej całej sytuacji jest taki, że mam całą miednicę plastrów wypełnionych złocistym miodem.


niedziela, 23 sierpnia 2015

Ekomuzeum w Sobolowie

Jakie to ja miałam ambitne plany, aby przynajmniej raz na tydzień robić krajoznawcze wycieczki. Głupio mieszkać w okolicy, której kompletnie się nie zna. Tymczasem wygrzebać się nie możemy z prac remontowych, porządkowych, urządzania wnętrz, ogólnego ogarniania ogrodu.

Lato dało nam nieźle popalić. Rośliny, które kupiłam w doniczkach, rzekomo do całorocznego wsadzania w grunt, w większości się nie przyjęły. Koszmarna susza i prawdopodobnie zbyt ciężka gliniasta gleba załatwiła połowę lawendy i prawdopodobnie wszystkie 30 sztuk wrzosów. 


Podarowałam sobie zakupy w taką pogodę, bo szkoda pieniędzy. Ogród więc leży i kwiczy, a ja jedynie usuwam „złe zioło”, czyli zajmuję się plewieniem.

Tygodnie upałów wybiły nam też z głowy wszelkie wycieczki, bo to żadna przyjemność prażyć się w słońcu i dusić w aucie. Wprawdzie w naszym terenowym Mitsubishi odkryliśmy klimatyzację (nieźle, przez dwa miesiące byliśmy przekonani, że takowej nie ma) ale stoi on od kilku tygodni w warsztacie we Wrocławiu, czyli jakieś 350 km od nas i „się naprawia”, a my jeździmy naszym niezawodnym, niezniszczalnym 22-letnim seatem.

Jak wcześniej wspominałam, mam wiele zaległości w zdawaniu relacji z bieżących spraw. Ma to swoją przyczynę w tym, że po zadanej sobie robocie jestem często już tak zmęczona, że stać mnie jedynie na sprawdzenie poczty. Jedyne zajęcie, miłe memu orgaznimowi po fizycznej pracy, to leżenie po zmroku na leżaku w towarzystwie Chłopa i gapienie się w gwiazdy, tudzież czytanie książki.

Jeszcze zanim wyjechałam na wakacje do Paryża, a pogoda nie dawała się tak we znaki, postanowiliśmy z Krzysiem odwiedzić ogłaszane w lokalnym folderze Ekomuzeum w Sobolowie. Pan Józef, właściciel zbiorów, zgromadził na swojej posesji ogromną liczbę przedmiotów związanych z ogólnie pojętą etnografią. Nasza wycieczka miała charakter małych przeszpiegów, gdyż bardzo chcieliśmy porównać nasze przywiezione z Dolnego Śląska zbiory z lokalnymi kolekcjami. Dręczyło mnie bowiem to, że nijak poniemieckie przedmioty nie będą pasowały do Małopolski. Jak bardzo się myliłam, zorientowałam się przeglądając kolekcję w Sobolowie. Czego tam nie było!? Zegary, żelazka, maszyny do szycia, fisharmonia, obrazy, maselnice, koszyki, meble, stroje ludowe, beczki, talerze, kufry, samowary, narzędzia kowalskie, młynki, maszyny rolnicze. A to wszystko nie tylko z Małopolski, ale i z terenów poniemieckich, które po wojnie stanowiły raj dla szabrowników, a nawet z Europy zachodniej.























Niestety, pan Józef zmarł w zeszłym roku, ale duchem był chyba z nami obecny. Pomimo, że po ekomuzeum oprowadzała nas jego żona i kolekcjonera osobiście nie poznałam, myślę o tym miejscu jako o własności pana Józefa.

Zachęcam czytelników do wizyty w Sobolowie i wsparcia choćby niewielkim groszem Ekomuzeum pana Józefa. Obecnie zbiorami zajmuje się jego rodzina z przyjemnością witająca gości pragnących poznać tę niezwykłą kolekcję.

Przyszedł w końcu czas na zrobienie miejsca dla naszych zbiorów. Korzystając z przykrych okoliczności, że żaden z umówionych dekarzy wciąż nie zjawił się, by naprawić nasz dach, przez co nie możemy ruszyć z remontem pokojów gościnnych, bo je zalewa, postanowiliśmy przeznaczyć kilka dni na przygotowanie domku-oficyny.  Jest on w opłakanym stanie technicznym, niemniej jednak jakąś ekspozycję w lepszej części domku powinno się dać zrobić. Zanim jednak nasze zbiory zajmą swoje miejsce, trzeba było uprzątnąć wieloletni kurz, pajęczyny, a co gorsza zwietrzałą podłogę na stryszku. Choć dzielnie pomagała nam jedna czytelniczka-wolontariuszka, urobiliśmy się po pachy, a Chłop to nawet poszkodował sobie kręgosłup znosząc po drabinie ciężkie wory z gruzem. Stęka do tej pory.







Przy temperaturze 36 st, pracując w pyle, wyglądaliśmy wszyscy, jak górnicy dołowi.


Nie mam już kompleksów, że nasze zbiory średnio przystają do miejsca. Będą po prostu stanowiły świadectwo naszych dziejów. Myślę, że nasi goście, a dla nich przede wszystkim powstaje ta ekspozycja, z przyjemnością poznają nie tylko dawną historię związaną z rodziną Feillów, ale i nasze własne dzieje, które zaprowadziły nas przez Dolny Śląsk do Małopolski. 

Pieczołowicie zatem, mając świadomość odwalania chałtury, bo żadna ze mnie artystka, maluję na ścianie dom przysłupowy, obok którego stanie nasz największy hit- nieznany na wsi małopolskiej drewniany rurociąg wraz ze świdrem. 


To jeszcze nie ekspozycja, ale pierwsze przymiarki:



Przed przeprowadzką przyrzekłam, że będę ambasadorem Krainy Domów Przysłupowych w Małopolsce. Poza miejscem ich występowania, niewielu ludzi w Polsce ma świadomość piękna tej oryginalnej, jedynej w swoim rodzaju architektury. Ciekawi mnie też, na ile w Małopolsce występuje zjawisko germanofobii? My, Dolnoślązacy, często już drugie, a nawet trzecie pokolenie urodzone na dawnych poniemieckich terenach, w dużej mierze zaadoptowaliśmy przedwojenną kulturę materialną traktując ją, jako dziedzictwo ponadnarodowe. Czy opowiadając o bardziej przed wojną zaawansowanym pod względem cywilizacyjnym regionie współczesnej Polski, narażę się na etykietkę germanofila? 

wtorek, 4 sierpnia 2015

Dworski wystrój wnętrz.

Podejrzewam, bo miałam kilka pytań drogą prywatną, że niektórzy z Was, po przeczytaniu ostatniego wpisu, zastanawiają się, gdzie w tym moim zamyśle na wystrój wnętrz atmosfera dworska? Wszystkich miłośników tradycji pragnę uspokoić, że ciężki, tradycyjny, historyczny styl będzie dominował w tzw. przestrzeni publicznej. W słusznie ciężkie i ornamentowane meble będzie wyposażony główny salon, półprywatny salonik, który już prezentowałam oraz hol i korytarz na piętrze. Meble, które będą tam stały, dobieramy bardzo starannie zwracając uwagę na styl, ornamentykę, epokę, w jakiej zostały wykonane oraz sposób renowacji. Bardzo ważna jest cena, gdyż nie trudno kupić super zrobiony antyk za ogromne pieniądze. Sztuką jest znaleźć ciekawy stary mebel, ładnie zrobiony, za okazyjną cenę. Dlatego wyposażanie przestronnych wnętrz na dole idzie tak wolno. Są jednak postępy.




Neorenesansowy kredens, jaki zakupiliśmy do głównego salonu, pokazywałam w jednym z poprzednich wpisów. Po jego zakupie pojawiło się pytanie, co jeszcze stanie w salonie? Przejrzałam zasoby aukcji internetowych i odnalazłam mebel, którego widok wprawił mnie w uczucia mieszane. Z jednej strony mebel wydawał się strzałem w dziesiątkę, bo pasował do salonu i stylem i kolorem, ale miał pewien "haczyk" i to wydaje się, że w dosłownym tego słowa znaczeniu.





Sprzedawca określił go, jako neorenesansowy (jak nasz świeżo nabyty kredens), jednak bardziej pasowałby tu przymiotnik "neokaroliński", czy „neoromański”, gdyż autor owego dzieła niewątpliwie zapragnął odwzorować w drewnie bardzo starą technikę tłoczenia w blasze. Gdy przyjrzałam się szczegółom ornamentu, mina mi zrzedła. No nie, wszystko ładne, piękne, oryginalne, ale na boga, co przyszło do głowy wykonawcy, by strzelić na meblu takiego kulfona?!


Cena artefaktu była na tyle atrakcyjna, że zaczęliśmy się poważnie zastanawiać nad Kulfonem (bo tak nazwaliśmy ten pomocnik). A może uczynić z niego atrakcję salonu? Jest tak kuriozalny, że sama obecność ściągnie gości chcących zobaczyć na żywo ten wybryk rzeźbiarza? 
-"To będzie się Wam śniło po nocach"- prorokowała Mamuśka, a ja im dłużej patrzyłam na Kulfona, tym bardziej mi się podobał. Po dwóch miesiącach obserwowania aukcji stwierdziliśmy, że Kulfon jest nam przeznaczony. Sprzedawcy najwyraźniej tak długo zastał się w magazynie, że opuścił nam koszty transportu, a to nie mało przy tego typu meblu. 
Kulfon jest nasz! :-)

Nie będę sobie robiła jaj i nie będę publicznie nazywać salonu „pod Kulfonem”. Między sobą jednak tak właśnie określamy naszą największą salę. W salonie z czasem stanie jeszcze bufet w podobnym stylu oraz moje największe marzenie- wiedeński fortepian. Niewiele zachowało się informacji dotyczących pierwotnego umeblowania dworku, ale wiemy, że na pewno stał tam wiedeński fortepian. Już nawiązałam kontakt z pracownią renowacji fortepianów pod Żywcem i wiem, że przy odrobinie determinacji uda nam się w przyszłym roku zrealizować owe marzenie.

Następne pomieszczenie, które wyposażamy, ma prywatnie dwie robocze nazwy: pokój flamandzki, lub pokój rubaszny. Zobaczymy, która nazwa się przyjmie. 


Pomieszczenie składa się z dwóch pokojów, które niegdyś zostały połączone. Tworzy to dużą przestrzeń, którą postanowiłam wykorzystać na naszą ściśle prywatną działalność. Będzie to odpowiednik kuchni połączonej z jadalnią, czyli coś, co zawsze chciałam posiadać. Okrutnie mnie denerwuje, że jak podejmuję prywatnych gości, znikam w kuchni przygotowując napoje lub potrawy, dzięki czemu jestem wyłączona z wątku toczącego się w towarzystwie. Zawsze brakowało mi choćby stołu w kuchni. Kiedy pojawiła się szansa, by mieć jedno duże pomieszczenie, które pomieści i kuchnię i jadalnię, z determinacją przeforsowałam swój pomysł. Przekonałam Chłopa, że do kuchni nie musimy mieć antyków, wystarczą nam tańsze, a równie solidne dwudziestowieczne repliki. Nie będzie żalu, jak zniszczy je wilgoć, czy tłuszcz.

Zawsze bardzo podobał mi się styl flamandzki- przysadzisty, ciężki, okuty słusznych rozmiarów zawiasami. Styl odjechany, trochę historyczny, a trochę fantastyczny, pozwalający na aranżację wnętrza z zastosowaniem rozmaitego rodzaju osobliwościami. 

Niektórzy może pamietają moją "osobliwość" na kolejowych drzwiach
która powstała kilka lat temu w Zapuście.
Nie mogę się z tym rozstać ;-)

Zadziało się podobnie, jak w przypadku Kulfona- zobaczyłam ornamentykę i wpadłam w euforię. Jak nie nabyć mebla, gdzie autor wyrzeźbił sceny pijaństwa, macanek i innych rubasznych zabaw średniowiecznej gawiedzi? Wkrótce cały komplet flamandzkich w wyrazie, a rubasznych w treści mebli był nasz. 








Pozostaje jeszcze wykonać zabudowę części gospodarczej, czyli całej AGD (której jeszcze nie posiadamy) i kuchnia powinna zrobić się nie tylko ciekawa, ale przede wszystkim funkcjonalna i wygodna. Dla pożytecznego zużytkowania wilgoci i tłuszczu, który gromadzi się tam, gdzie się gotuje, zaprojektowałam sobie „zieloną ścianę” nad kuchenką indukcyjną i zlewem. Bluszcze będą zachwycone.

Dla równowagi do współczesnych prawie mebli, kupiliśmy do kuchni śliczny XIX wieczny kredens z kolorowymi witrażami.



A w rubasznej witrynie znalazły swoje miejsce nabyte dzień przed przeprowadzką bolesławiecke cudeńka:




Nie da się żyć samą „ciężką” historią, musi być gdzieś miejsce na nasze pasje i inne lżejsze w temacie zainteresowania. Uważam, że lekkie w formie i treści pokoje gościnne (choć również w swoim charakterze edukacyjne) będą azylem dla chcących odpocząć po muzealnej ciężkiej atmosferze.