15 maja 2013 roku, decyzją NSA, po blisko 25-letnich staraniach i walkach w sądach, bezprawnie zrabowany w 1945 roku Dwór na Woli Zręczyckiej pod Krakowem, został przekazany z powrotem rodzinie-spadkobiercom jego budowniczych i dawnych właścicieli.
Tego dnia postanowiliśmy porzucić całe swoje dotychczasowe życie i poświęcić się przywróceniu i zachowaniu pamięci o tym niezwykłym miejscu. Dwór i należace do niego obiekty przez dziesiątki lat rządów PRL zostały doszczętnie rozrabowane oraz zniszczone przebudową i rozbiórką. Mozolnie dokonujemy rewitalizacji tego miejsca, by uczynić go lokalnym centrum kulturotwórczym i turystycznym. Na terenie obiektu działa już Muzeum Dwór Feillów oraz agroturystyka. Klikając w zakładki, zapoznacie się z naszą ofertą.
Jest to opowieść o czasach dawnych i tych współczesnych, o naszych zmaganiach z materią, zarówno zabytkową, jak i tą żywą, o stosunkach z urzędami i sąsiadami. Jest to blog o życiu, do którego serdecznie Was zapraszamy.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podziękowania. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podziękowania. Pokaż wszystkie posty

piątek, 3 kwietnia 2015

Przeprowadzka

To było trudne przedsięwzięcie, ale pomijając kilka drobnych niedogodności, wszystko poszło zgodnie z planem. Od pięciu tygodni Krzyś jeździł pożyczonym busem i przewoził do dworu nasze rzeczy. 31 marca, tak jak ustaliliśmy wcześniej, po uprzednim zapakowaniu przyczepy z najpotrzebniejszymi i osobistymi rzeczami, przed południem opuściliśmy nasz dotychczasowy dom i ruszyliśmy rozpocząć nowe życie. Zapusta żegnała nas porywami huraganowych wiatrów, a niebo płakało deszczem. Ja sobie też trochę popłakałam, ale mieliśmy ten ogromny komfort psychiczny, że zostawiliśmy nasz dom w rękach dobrych ludzi. Obiecaliśmy sobie odwiedzać się wzajemnie i utrzymywać kontakt. Z resztą, nie może być inaczej przynajmniej jeszcze przez jakiś czas, ponieważ Chłop nie ogarnął swojego stanu posiadania. Zostało w Zapuście tak dużo naszych rzeczy, że jego wizyty będą koniecznością.


W piątek, kilka dni przed wyjazdem, postanowiliśmy sprawdzić stan techniczny naszego niedawno zakupionego auta, 14-letniego Mitsubishi Pajero Pinin. W tym celu zażyczyłam sobie wycieczkę do Bolesławca, ponieważ chciałam kupić na pamiątkę kilka naczyń ceramicznych. Kiedy obkupieni, odarci z gotówki, ale przeszczęśliwi wracaliśmy do domu, coś złego stało się z piątym biegiem. Niby był, ale wyskakiwał i trzeba było go trzymać ręką. Chłop wprowadził Pingwina, bo tak pieszczotliwie go nazwał, na kanał, zdjął dekiel od skrzyni biegów i wyjął jakąś latającą luzem kulkę. Mimo przeglądania instrukcji obsługi oraz konsultacji ze znajomymi, do dziś nie wyjaśniło się, skąd mogła wypaść taka mała kulka i czy to ona była winna zamieszania z piątym biegiem.  Pomimo lekkich obaw, że za piątym biegiem może wysypać się reszta, postanowiliśmy ruszyć w drogę. Teoretycznie z przyczepą i tak nie można jechać więcej, jak 70 km/h, więc po co nam piąty bieg?


Przez większość drogi w deszczu i przy huraganowym wietrze Chłop nie dosyć, że walczył z naturą napierającą na auto, to jeszcze nie puszczał prawej ręki ze skrzyni biegów. Jednak piąty bieg był w użyciu. Do czasu. Gdy opuszczaliśmy Górny Śląsk, wysypał się do końca. Niby nic dziwnego, bo po aucie z recyklingu można się spodziewać wszystkiego, ale i z nowymi rzeczami czasem dzieje się coś dziwnego.

Wspominałam ostatnio, że długo czekaliśmy na wybrane przez siebie modele telefonów. Chłop wybrał sobie Alcatela z tradycyjną klawiaturą, ja postanowiłam otworzyć się na nowe wyzwania i zamówiłam smartfon Microsoft Lumia 535. W tenże piątek (to był chyba pechowy dzień) załatwiliśmy wszystko w oddziale operatora, ja dostałam nowy numer telefonu, już na abonament i cała uchachana obwieściłam światu, że mają się do niego przyzwyczajać. W domu okazało się, że moja Lumia nie startuje. Sprzedano mi wadliwy model lub bateria jest zepsuta. Niestety, nawet nie mogłam reklamować sprzętu w oddziale w Lubaniu, ponieważ na reklamowany telefon trzeba czekać nawet 2 tygodnie. A my za dwa dni mieliśmy ruszać. Odłożyłam więc sprawę do załatwienia po przyjeździe na nowe miejsce.


Jechaliśmy z całym dobytkiem na przyczepie w deszczu i przy porywach huraganowego wiatru. Piątka wysypała się dokumentnie tuż przed Balicami. Mimo to dobry nastrój nas nie opuszczał. Cała podróż trwała niemal 7 godzin, ale nigdzie się przecież nie spieszyliśmy. Wszyscy domownicy siedzieli w aucie. Gaja w kontenerze (po kotku) pod moimi nogami, Jaskier i Mantra na tylnym siedzeniu. Kiedy zjeżdżaliśmy z autostrady, tuż przed Wieliczką zobaczyliśmy na niebie tęczę. Nasza droga prowadziła wprost na miejsce, skąd wyrastała. Uznaliśmy, że jest to dobry i piękny znak na początek naszego nowego życia.


W naszym nowym domu zastałam widok, który niejednego wprawiłby w palpitację serca, ale byłam na to przygotowana. Nasz dobytek leżał i nadal oczywiście leży na podłodze w całym niemal domu. Odgruzowałam prowizoryczną kuchnię, jadalnię, która w przyszłości będzie naszą sypialnią i korytarz, żeby nie potykać się o pudła. Trochę nagrzaliśmy w dziewiątce (na razie tam śpimy), bo w domu było plus pięć stopni i padliśmy na pysk, zagrzebawszy się uprzednio w dwie puchowe kołdry.




Tak obecnie mieszkamy, jak ostatni menele :-)

To chyba dobry moment, aby podziękować ludziom, którzy okazali nam wiele serca udzielając bezinteresownej pomocy. Dziękujemy przede wszystkim Grzesiowi z Gryfowa, który użyczył nam swojego busa. Bez jego pomocy przedsięwzięcie to byłoby dużo bardziej skomplikowane i kosztowne. Na podziękowania zasłużył też nasz sąsiad Stachu, który towarzyszył Krzysiowi podczas podróży wte i wewte dzielnie dźwigając nasze koszmarnie ciężkie szafy, biurka i wyposażenie z muzeum. A to wszystko za kilka czteropaków.

Dziękujemy Agnieszce, Wojtkowi oraz Zosi i Rafałowi, nowym mieszkańcom naszego dotychczasowego domu, za to, że pokochali to miejsce i zechcieli się nim zaopiekować. Nawet nie umiem wyrazić słowami, jaką czuję ulgę zostawiając dom w takich rękach.

I sama jestem zaskoczona, ale podziękowania należą się też firmie telekomunikacyjnej Orange, za błyskawicznie wykonanie przeniesienia usługi telefonu stacjonarnego i neostrady. Czekaliśmy na to tylko 1 dzień. Od wczoraj jesteśmy połączeni ze światem, co oznacza, że spokojnie możemy wszystko załatwiać, planować i kupować przez internet. Tylko czasu brak, bo każdą chwilę wykorzystujemy na ogarnianie się.

To, że mieszkamy na pudłach, jesteśmy nieogarnięci i oszolomieni, nie oznacza, że do końca ignorujemy Święta. Pogoda wprawdzie jest bardziej bożonarodzeniowa i wiosny na horyzoncie nie widać, ale nie tracimy nadziei. Zamierzam więc przystąpić do skrobania jaj, które już ufarbowały się w wywarze z łupinek cebuli.

Życzę Wam spokojnych Świąt Wielkanocnych pełnych nadziei na to, że wkrótce przyroda obudzi się do życia.