I stało się to, na co czekaliśmy z niecierpliwością i nie ma
co ukrywać, z ciężkim sercem. Otrzymaliśmy ekspertyzę wykonaną przez biegłego
rzeczoznawcę sądowego odnośnie stanu technicznego budynku dworu. W ten nasz
wielki słój miodu, jakim jest opieka nad dworkiem i jego otoczeniem, wkradła
się całkiem spora łyżka dziegciu.
Ustawa o ochronie zabytków nakłada na właścicieli
nieruchomości wpisanych w rejestr zabytków obowiązek dokonania niezbędnych
remontów, aby zapobiec dalszemu ich niszczeniu. Inną sprawą jest, że
konserwator interesuje się zabytkiem tylko wtedy, kiedy właściciel zamierza
zająć się pracami remontowymi. Niestety, remont pod nadzorem konserwatora jest
dużo droższy niż naprawa zwykłego budynku. Muszą go przeprowadzać firmy, które
mają odpowiednie uprawnienia, trzeba używać dopuszczonych przez konserwatora
materiałów, a każdą zaplanowaną pracę trzeba poprzedzić stworzeniem kosztownego
projektu. Do tego dochodzi koszt pozwoleń na każdą pracę.
Niestety, możemy
zapomnieć o remoncie robionym panem Zdzisiem, Stasiem, czy Jasiem.
Oczywiście, spodziewaliśmy się kiepskiej opinii, bo mniej
więcej orientujemy się w stanie technicznym nieruchomości, ale nie
spodziewaliśmy się tak ogromnych kosztów, jakie przyjdzie nam ponieść, by
właściwie zadbać o obiekt. Mieliśmy nadzieję, że jeszcze w tym sezonie uda nam się
przygotować ze dwa, trzy pokoje dla gości, lecz z każdym tygodniem wydaje się
nam to mało możliwe.
Chyba najpilniejszą robotą jest przekładka dachu, ponieważ
na dzień dzisiejszy jest to sito. Widać to dopiero z od spodu, po wejściu na górny stryszek.
Drugą pilną sprawą jest wymiana starej kotłowni,
głównie pieca gazowego, który jest przestarzały, skorodowany i zagraża
bezpieczeństwu zarówno ludzi, jak i budynku. Trzecią pilną robotą jest
zrobienie nowego szamba. Stare się zapadło. Poza tym wszystkim, robiąc na
potrzeby ekspertyzy odkrywki, okazało się, że izolacja pod podłogą jest zelżała
i dom ciągnie od spodu wilgoć, co też widać w postaci zacieków na ścianach. W
miejscach, które odsłoniliśmy, belki na samym spodzie są przegnite.
Bale, z których zbudowany jest dworek też mają bardzo
szerokie pęknięcia, które należy wypełnić jakąś specjalną żywicą. W wielu
miejscach brakuje słomianej izolacji pomiędzy belkami. Oceniono stan
zużycia bali na 50%. Trzeba też wymienić stolarkę okienną, ponieważ jest wypaczona i
utraciła swoją funkcję, okna się nie domykają i budynek przez to traci ciepło.
O takich pierdołach, jak cyklinowanie parkietów, bo ich wygląd to dramat, czy wymiana
kafelek już nawet nie ma co wspominać. Zapomniałam z tego wszystkiego o kołatku (podobno to spuszczel pospolity), który od pewnego czasu zamilkł. Cóż, z nami to nawet duchy mieszkać nie chcą, co dopiero spuszczel:-)
Podsumowując, koszty podstawowego remontu zostały oszacowane
na prawie pół miliona złotych, bez wliczania w to wszystkich instalacji i robót
wykończeniowych. Ze względu na nie do końca jeszcze uregulowane sprawy
własnościowe, nie mamy szans na uzyskanie dofinansowania zarówno od
konserwatora zabytków, jak i dotacji unijnych na remont zabytku. Ale nie zamierzamy
też czekać, aż dwór zawali się nam na głowę, zamierzamy działać. Nie wiem
jeszcze, jakim cudem uniesiemy te koszty, bo taką ilością gotówki nie
dysponujemy (a gdzie urządzanie się, przygotowanie pokoi, ogrodu?). Jedno jest
pewne, nie damy rady zrobić tego wszystkiego na jeden raz. Trzeba będzie ustalić
priorytety i rok po roku realizować kolejne etapy.
Mamy jednak nadzieję, że pierwsi goście odwiedzą nas już przyszłą
wiosną.






