I słowo ciałem się stało. Wybaczcie biblijną inwokację, ale okazja jest ku temu wielka i zaprawdę godna. Podpisaliśmy
wreszcie akt notarialny sprzedaży domu w Zapuście, co uczyniło nas ludźmi
chwilowo bezdomnymi, gdyż już u siebie nie mieszkamy, a z drugiej strony
jeszcze u siebie, czyli we Dworze Feillów, nie mieszkamy. Jeśli z dnia na dzień
stajesz się osobą bezdomną, to nie pozostaje nic innego, jak urżnąć się na tę
okoliczność, co też uczyniliśmy przy pomocy jakiegoś lidlowskiego Bordeaux. To,
że dziś nie zdradzamy objawów „dnia następnego” świadczy, że wino nie było zbyt
kiepskiej jakości.
Ostatni rok był dla nas dosyć trudny i stresujący. Jeśli
nałożyć na to moje stałe genetyczne lęki i wrodzony pesymizm, powstaje
mieszanka wybuchowa, która skumulowała się w dniu podpisania aktu notarialnego.
W tym celu udaliśmy się do Wrocławia, przy okazji zahaczając o mieszkanie moich
rodziców, gdzie oczekiwały na nas skarby zamknięte w słoiczkach.
Kolejny raz
załamuję ręce nad samą sobą, że przetwory wożę z Wrocławia na wieś, zamiast
płody wsi rozwozić po wielkim mieście. Nic to, w Małopolsce zamierzam się
ogarnąć w tym temacie, bo do mamy będę już miała za daleko. Jeśli do tych
skarbów dodamy wędzone szynki dostarczone przez teściów oraz własnej produkcji
domowe, ostatnie w naszym życiu tuskulańskie wino, to zima naprawdę zapowiada
się bajecznie.
W lekką panikę wpadłam już w czwartek wieczorem przeglądając
papiery dla notariusza. Oczywiście, wszystko było w porządku, ale nie byłabym
sobą, gdybym nie generowała wymyślonych problemów. Cały czas miałam z tyłu głowy
pewną dziwną historię, która zdarzyła się kilkanaście lat temu, na kilka
tygodni przed zakupem przez nas domu w Zapuście. Skłoniła mnie ona do refleksji
nad tym, czy nasze życie determinuje przeznaczenie, czy jak twierdzi bardziej
osadzony na ziemi Chłop, czysty przypadek.
Kiedy kupowaliśmy dom w Zapuście, właściciel opowiadał nam,
że dom miał nabyć pewien kupiec, jeśli dobrze pamiętam, obcokrajowiec lub Polak mieszkający na obczyźnie. Mieli
wszystko dogadane. Kupiec jechał podpisać akt notarialny i zginął w wypadku
samochodowym. Wtedy puściłam tę informację mimo uszu, traktując ją jako
opowieść apokryficzną. Nawet sobie pomyślałam, co to ludzie nie wymyślą, żeby uatrakcyjnić
swoją ofertę? O tej sprawie przypomniałam sobie kilkanaście lat później.
Tuż po
wystawieniu oferty sprzedaży domu zgłosił się do nas pewien człowiek, który
opowiadał, że podczas poprzedniej sprzedaży miał nasz dom w swojej ofercie,
ponieważ pracował jako pośrednik nieruchomości. I opowiedział nam tę historię
ponownie, gdyż ów kupiec był jego klientem. I to naprawdę mną wstrząsnęło. Czy ten
człowiek zginął, ponieważ podjął złą decyzję, a dom był dla nas przeznaczony? Oczywiście,
nie warto zbyt intensywnie nad takimi sprawami myśleć, bo można zmysły
postradać. Niemniej jednak, akurat tuż przed podpisaniem aktu notarialnego,
które to doniosłe długo oczekiwane wydarzenie miało mieć miejsce 150 km od
naszego domu, przypomniałam sobie, że nasz seat ma 22 lata, a do Wrocławia
daleko i wszystko może się zdarzyć.
Szczęście wielkie, że im więcej panikuję,
tym sprawy przyjmują lepszy obrót. Nie licząc faktu, iż Chłop omal nie skasował
na autostradzie jakiegoś Niemca co mu się znalazł w „martwym polu”, do
Wrocławia dojechaliśmy szczęśliwie i bez niespodzianek.
We Wrocławiu jednak czyhają na mnie inne pułapki takie jak np.
winda w bloku rodziców. Kiedyś, dziecięciem kilkuletnim będąc, utkwiłam w nocy na
kilka godzin w takiej windzie z osobami trzecimi, których było wewnątrz zbyt dużo,
w dodatku połowa z nich była pijana. Wracaliśmy od cioci z imienin. Nigdy nie zapomnę
tych oparów, zachowania pijanych facetów oraz kuzyna, który mdlał z braku
powietrza. Od tamtej pory przez całe dzieciństwo i młodość miałam koszmarne sny
związane z windą. Wind panicznie się boję, a teraz doszedł lęk, że jak się
winda zatnie, nie zdążymy do notariusza. Ja wiem, że powinnam wylądować na
miękkiej kozetce u lekarza specjalisty albo przynajmniej skonsultować się z
farmaceutą, lecz chwilowo nie mam do tego głowy.
Z reguły chodzę po schodach na piechotę do mieszkania rodziców, ale
teraz mieliśmy zbyt dużo ciężkich słoików do załadowania do auta. Wchodzę zatem z
Chłopem do windy, naciskam przycisk zero i… nagle znajduję się w jednym z moich
najgorszych windowych koszmarów. Ta piekielna machina nie jedzie w dół, tylko
pokazuje kierunek do góry. Na wyświetlaczu wyświetla się cyfra 11. Znam ten sen i zaraz go opowiem.
Robię się mokra od zimnego potu i zielenieję. Na piętrze jedenastym otwierają się drzwi i
wsiada mężczyzna, jakby znany mi sprzed kilkunastu lat, z czasów kiedy tu mieszkałam.
Widzi moją zieloną twarz, więc pyta:
-Co, chcieliście jechać na parter i was ściągnęło do góry?
-Tak się właśnie stało- odpowiadam nerwowo chichocząc, by ukryć swój stan
bliski omdlenia.
-To się czasem zdarza, jak ktoś na górze naciśnie przycisk przed tym, co jest w
windzie.
-No tak, tylko wie pan, ja mam takie koszmarne sny- zaczynam się tłumaczyć ze
swojego stanu cały czas nerwowo chichocząc. – Wsiadam do windy, naciskam
parter, winda jedzie do góry i się nie zatrzymuje. Przebija dach i leci w
niebo. A ja siedzę w tej windzie, jak w jakiejs klatce.
-A to ładny sen.
-Oj, nie wiem, budzę się cała mokra.
Winda dotarła na parter, pożegnaliśmy rozbawionego sąsiada,
zapakowaliśmy słoiki do auta i ruszyliśmy do notariusza.
-Powiedz mi- zagaił Chłop z miną lekko rozbawioną, a lekko
jakby zaintrygowaną i zaniepokojoną- Dlaczego ty obcemu facetowi w windzie
opowiadasz o swoich erotycznych snach?
-Coooooo? Jakich na miłość boską erotycznych snach?! To jest
mój koszmar!!! Co ci w ogóle przyszło do głowy, że jest to erotyczny sen???!!!
-No jak to, przecież mówiłaś, że budzisz się mokra?!
"Welcome
to my nightmare"-Alice Cooper
Jeśli chodzi o naszych nabywców to powiem tyle, że są to ludzie z gatunku tych, którzy nawet jeśli porywają się z motyką na słońce, to owo słońce radośnie skopią i posadzą na nim zagon kartofli :-)