Od dwóch dni cieszymy się pięknym słońcem i wysokimi
temperaturami. Pracujemy w ogrodzie, jak szaleni, aby zdążyć przed nagłym
wybuchem wegetacji. Nie zdążymy ze wszystkim w tym sezonie, nie ma się co
spinać. Próbuję ustalać priorytety w ogrodzie, które miejsca koniecznie zrobić,
a które odpuścić i poczekać z robotą na następny sezon. Jak chaszcze puszczą
liście, teren będzie nie do dojścia. Jedyna pora roku na walkę z krzaczorami,
siewkami i ostrężynami, to wczesna wiosna.
Na razie nasz ogród jest pusty i smutny. Jedyne wiosenne
akcenty kwitną na żółto.
Czy to jest pierwiosnek?
narcyzy sadzone półtora roku temu
Forsycja, ale ja nie lubię forsycji, więc nie wiem, jak ona długo tutaj sobie porośnie i pokwitnie :-)
To nasze narcyzy, które przyjechały z Zapusty. Jak widać, całkiem dobrze zniosły podróż. Myśleliśmy, że będą chorować, a całkiem dobrze się trzymają.
I pierwszy mniszek
Jeszcze kilka dni temu pogoda była fatalna. Sypało śniegiem
i wiało. Ubieraliśmy się na cebulkę i zagrzebywaliśmy pod dwiema kołdrami.
Świąteczny nastrój uzyskaliśmy dzięki dwóm potrawom, bez
których nasza Wielkanoc byłaby nieważna, sosowi jajecznemu wg przepisu babci
Chłopa oraz domowej roboty likieru jajecznego wg receptur różnych, w jedno
połączonych przeze mnie.
Bardzo byliśmy ciekawi sobotniego święcenia jaj pod naszą
prywatną kapliczką położoną tuż przy samym dworze. Daleko zatem nie mieliśmy.
Nie mogłam oprzeć się porównaniu do obrzędu, jaki dokonuje się w Zapuście. Tam
nasz proboszcz znał każdego osobiście. Podczas święcenia jajek najpierw witał
się z parafianami, a jeśli do kogoś przyjechali goście, wypytał się o wszystko.
Potem ksiądz urządzał odpytywanie wszystkich z symboliki koszyczka
wielkanocnego, a po poświęceniu żegnał się z każdym podając rękę i życząc
wesołych świąt. Naprawdę, nie sposób było nawet nam-niewierzącym w święty kościół powszechny, ciała zmartwychwstanie, żywot wieczny, amen- nie przyjąć
księdza po kolędzie, bo po prostu byłoby nam wstyd. Myślałam, że w tak
analogicznie małej wsi będzie podobnie. Tymczasem tutejszy ksiądz odklepał
regułkę, pokropił wszystkich wodą, co w ten koszmarnie zimny dzień nie było
niczym przyjemnym, wziął kopertę, zawinął się i pojechał. Fajnie, że chociaż
zrobił sobie z nami wszystkimi, obecnymi przy kapliczce, grupowe zdjęcie.
Jakby mnie ktoś szukał, to stoję zaraz za księdzem.
Autor zdjęcia: Jan Bik
Jednym słowem, przeżyłam szok kulturowy, ale jednocześnie
odetchnęłam z ulgą. Do tej pory czułam się hipokrytką z tego powodu, że nie
byłam w stanie odmówić sympatycznemu proboszczowi wejścia w nasze progi
służbowo, czyli po kolędzie, będąc jednocześnie zagorzałym wrogiem instytucji,
jaką jest kościół katolicki. Teraz nie
będziemy mieli żadnych skrupułów, by powiedzieć „nie”.
W świąteczny poniedziałek zostaliśmy zaproszeni przez
sąsiadkę na jej urodziny. Przy tej okazji chcieliśmy podziękować Monice i
Wojtkowi, naszym najbliższym sąsiadom, że dzięki nim nie czujemy się tak bardzo
osamotnieni i obcy na nowym miejscu. Jeszcze zanim ostatecznie się
przeprowadziliśmy, pierwsi nawiązali z nami kontakt i starają się nam pomagać w
nawiązywaniu relacji z otoczeniem. Jak wiadomo, w takiej małej społeczności
liczą się przede wszystkim znajomości, szczególnie kiedy szuka się różnego rodzaju
fachowej pomocy przy remoncie, czy innych równie ważnych sprawach.
Przy okazji chciałam Was serdecznie zaprosić na fanpage
Moniki i polecić jej cudowne domowej roboty oleje jadalne.
Dostałam w prezencie
olej lniany i już się od niego uzależniłam. Jest tak cudownie aromatyczny, że
nie mogę oprzeć się, by na raz nie wypić całej butelki. Ograniczam się do dwóch
łyżeczek dziennie. Warto korzystać z tego typu produktów, ponieważ żaden
przemysłowo robiony olej dostępny w markecie nigdy nie będzie tak smaczny,
aromatyczny i wartościowy.




