15 maja 2013 roku, decyzją NSA, po blisko 25-letnich staraniach i walkach w sądach, bezprawnie zrabowany w 1945 roku Dwór na Woli Zręczyckiej pod Krakowem, został przekazany z powrotem rodzinie-spadkobiercom jego budowniczych i dawnych właścicieli.
Tego dnia postanowiliśmy porzucić całe swoje dotychczasowe życie i poświęcić się przywróceniu i zachowaniu pamięci o tym niezwykłym miejscu. Dwór i należace do niego obiekty przez dziesiątki lat rządów PRL zostały doszczętnie rozrabowane oraz zniszczone przebudową i rozbiórką. Pragniemy dokonać rewitalizacji tego miejsca i uczynić go lokalnym centrum kulturotwórczym i turystycznym, poprzez stworzenie na terenie obiektu Muzeum oraz obiektu hotelowego.
Jest to opowieść o czasach dawnych i tych współczesnych, o naszych zmaganiach z materią, zarówno zabytkową, jak i tą żywą, o stosunkach z urzędami i sąsiadami. Jest to blog o życiu, do którego serdecznie Was zapraszamy.

czwartek, 4 września 2014

Lanckorona. Małopolska architektoniczna perełka.

W pierwszy weekend po przyjeździe na Wolę postanowiliśmy zrobić sobie wycieczkę, ponieważ z powodu załatwiania spraw w urzędach i związanych z tym rozmowach z urzędnikami, groziła nam utrata zmysłów. Mieliśmy również chwilowo dosyć pracy fizycznej i zapragnęliśmy łyknąć nieco miejscowej kultury oraz zasmakować specyficznego lokalnego klimatu. Przed wyjazdem do Małopolski zaplanowałam, że odwiedzimy: Lanckoronę, Lubomierz oraz Nowy Wiśnicz. Do Lubomierza nie udało się dotrzeć, natomiast pozostałe punkty programu zostały zaliczone.


Ubolewam nad tym, o czym już kilkukrotnie pisałam, iż w Małopolsce poza Krakowem jest tak mało zabytków związanych z życiem codziennym mieszkańców wsi i miasteczek. Lanckorona to jedno z niewielu miejsc, gdzie zachowała się lokalna dawna drewniana architektura. Władze miasta i sami mieszkańcy postarali się, by wypromować swoją miejscowość, jako miejsce spotkań artystów. Akurat w dzień, w którym my zawitaliśmy do Lanckorony odbywały się międzynarodowe warsztaty muzyczne. Nie mogliśmy zostać do wieczora, by uczestniczyć w imprezach towarzyszących warsztatom, lecz co rusz widzieliśmy młodych ludzi przemykających z gitarami w strojach galowych. Zanim jeszcze przejrzałam program, zrozumiałam, że warsztaty rockowe to nie są i troszkę jakby straciłam zainteresowanie wydarzeniem :-)

Podczas całego pobytu na Woli w lipcu towarzyszył nam upał, jednak tego dnia panował prawdziwy piekielny skwar. Ledwo wysiadłam z auta, już się zachwyciłam. Sami zobaczcie, jaki wspaniały klimat ma ta miejscowość.










Najpierw udaliśmy się na zamek wzniesiony w najwyższym punkcie okolicy w XIV wieku. Obejrzeliśmy sobie beznamiętnie jego ruiny, ponieważ jeszcze nie bardzo potrafimy sobie poukładać w głowach wydarzeń i historycznego tła, jakie wiąże się z tymi okolicami. Cała historia, którą wtłaczano nam do głowy w podstawówce, zdążyła dawno wyparować nam z głów. W czasach dorosłych nie mieliśmy potrzeby utrwalania sobie dziejów, które nie miały bezpośredniego wpływu na naszą lokalną ojczyznę, czyli Dolny Śląsk. Takie wypady i podróże po Małopolsce są zatem dla nas prawdziwym odkrywaniem historii związanej od zawsze z Polską. Jest to dla mnie jeszcze dziwne, ponieważ do tej pory zwykłam byłam posługiwać się cezurą czasową: „za Niemca” i „po wojnie” :-) A tu Niemca nie było, bo go Wanda nie chciała :-)
Powiem tak: Wrażenia to na nas nie zrobiło, na Dolnym Śląsku, niemal za naszym płotem nie takie stoją :-)









Zdobyliśmy szczyt

„Nic to”- pomyślałam sobie. „Nasze plany na dziś obejmują odwiedziny w lokalnym muzeum, tam sobie kupimy jakiś przewodnik, czy monografię Lanckorony”.

W muzeum przeżyliśmy małe rozczarowanie, ponieważ nie było żadnego przewodnika, ani monografii, ale zaliczyliśmy też euforię. Żądni wiedzy złapaliśmy przewodnika, lokalnego historyka i oznajmiliśmy mu, że interesuje nas absolutnie wszystko, co ma nam do powiedzenia na temat Lanckorony. Jeszcze wtedy nie wiedzieliśmy, że to przewodnik złapał nas- niestrudzonych, zaprawionych w bojach słuchaczy i przetrzymał nas bite dwie godziny, które nie wiadomo kiedy zleciały, tak ciekawe były to opowieści. Nie rozumiem tylko jednego. W międzyczasie kręcili się po muzeum inni ludzie. Przysiadali i średnio po 10-15 minutach wychodzili. Ludzie z reguły pobieżnie i z pośpiechem zwiedzają ciekawe miejsca, tylko nieliczni, jak my, są na tyle szurnięci, żeby wykorzystać do samego końca dany nam czas.

Z racji kompletnego oddalenia się od czystej polskiej kultury i historii podczas wykładu zaliczyliśmy wiele wpadek. Nie umieliśmy zidentyfikować podstawowych faktów historycznych, takich jak epizod związany z konfederacją barską oraz rozpoznać historycznych bohaterów z obrazów Matejki. A to przecież tu, niedaleko Krakowa toczyły się te wszystkie słynne bitwy, rozgrywały ważne wydarzenia, zapadały kluczowe dla Królestwa Polskiego decyzje. Jednym z takich wydarzeń była uwieczniona na obrazie Grottgera bitwa pod Lanckoroną.


Oj, wiele jeszcze będę musiała sobie przypomnieć i wiele się nauczyć o nowym regionie, w którym przyjdzie mi mieszkać.

Niestety, jestem wzrokowcem, zatem niewiele utrwaliło mi się z wykładu, prócz rzeczy, o które pytałam przewodnika. Niecierpliwie oczekuję na obiecaną nam przez przewodnika-historyka monografię Lanckorony. Jestem pewna, że niejednokrotnie odwiedzę to miejsce, jestem zauroczona jego klimatem i tą charakterystyczną architekturą drewnianą. Jestem pewna, że nie znajdę zbyt wielu miejsc w Małopolsce o podobnym klimacie, gdyż przeminął on wraz ze zburzeniem drewnianych chat i zastąpieniem ich powojennymi koszmarkami z bloczków. Na pewno zachwyci mnie w Małopolsce niejedno miejsce związane choćby z architekturą sakralną, czy krajobrazem. Ja jednak poszukuję dawnego, prostego wiejskiego stylu życia.
Warto znaleźć trochę czasu, by wysłuchać wykładu w muzeum lokalnego miłośnika swojej małej ojczyzny. Tacy pasjonaci zawsze mnie inspirują i powodują że przyjeżdżam do domu z uśmiechem na ustach i z poczuciem dobrze wykorzystanego dnia.

Fotki z muzeum:



















O Lanckoronie, jak się dowiedzieliśmy, powstały trzy piosenki. Jedna Skaldów o Lanckorońskich aniołach (Anioł w miasteczku), jedna jak zwykle klimatyczna, posępna, artystyczna Marka Grechuty i niestety zapomniałam, jaka była trzecia. Może ktoś w komentarzach podpowie.

Ja zawsze gustuję w posępnych, klimatycznych, artystycznych piosenkach, zatem Marka Grechutę pozwolę sobie Wam zaprezentować: