15 maja 2013 roku, decyzją NSA, po blisko 25-letnich staraniach i walkach w sądach, bezprawnie zrabowany w 1945 roku Dwór na Woli Zręczyckiej pod Krakowem, został przekazany z powrotem rodzinie-spadkobiercom jego budowniczych i dawnych właścicieli.
Tego dnia postanowiliśmy porzucić całe swoje dotychczasowe życie i poświęcić się przywróceniu i zachowaniu pamięci o tym niezwykłym miejscu. Dwór i należace do niego obiekty przez dziesiątki lat rządów PRL zostały doszczętnie rozrabowane oraz zniszczone przebudową i rozbiórką. Pragniemy dokonać rewitalizacji tego miejsca i uczynić go lokalnym centrum kulturotwórczym i turystycznym, poprzez stworzenie na terenie obiektu Muzeum oraz obiektu hotelowego.
Jest to opowieść o czasach dawnych i tych współczesnych, o naszych zmaganiach z materią, zarówno zabytkową, jak i tą żywą, o stosunkach z urzędami i sąsiadami. Jest to blog o życiu, do którego serdecznie Was zapraszamy.

piątek, 24 stycznia 2014

Wizyta wrześniowa cz.3.

Z wizytą w Jolinkowie.

Przyznam się Wam szczerze, że od dziecka nie lubię „chodzić po ludziach”. Bardzo chętnie widzę u siebie gości, ale jak ja mam do kogoś iść, to pięć razy się zastanowię, a za szóstym razem rzucę monetą. Być może z tego powodu niektórzy mogą uważać mnie za osobę nietowarzyską, a ja najzwyczajniej w świecie nieśmiała i wstydliwa jestem! :-( Czasem jednak trzeba się przełamać i popracować nad tym „schorzeniem”. Jak wspomniałam we wcześniejszym wpisie, brakuje nam jeszcze, jako ludziom obcym w Małopolsce, odpowiednich kontaktów. Będąc czytelniczką bloga Jolinkowo, odkrywszy, iż jego właścicielka mieszka niemalże za płotem (tylko godzinka drogi od Woli, cóż to jest?!), uznałam, że się wproszę tam na krótką wizytę. Jola, na ile zdołałam wywnioskować z bloga, wydała mi się osobą sympatyczną, serdeczną, która mogłaby podpowiedzieć nam, czy doradzić w sprawach związanych z osiedleniem się. Nie pomyliłam się ani troszeczkę.

Do Joli wprosiłam się via e-mail jeszcze w Zapuście, by ustalić dogodny termin spotkania i nie zwalić się Joli nagle na głowę, jak zajęta jest przy gościach. Termin został pi razy oko ustalony, dostaliśmy wytyczne, jak do Jolinkowa dojechać. Wydrukowałam sobie opis trasy zdając sobie sprawę, jakie to ważne. Mieszkam na odludziu i na stronie internetowej publikuję mapkę dojazdu. Proszę swoich gości, aby wydrukowali sobie ten obrazek, a dojadą do nas, jak po sznurku. Niestety, mnóstwo ludzi lekceważy moje prośby i potem kręcą się po wsi, jak te zagubione pszczółki. Byłam zatem bardzo grzeczna, nie dosyć że wydrukowałam opis dojazdu to jeszcze wysłuchałam wskazówek Joli udzielonych nam telefonicznie dzień przed wizytą.

-Tylko jedźcie ten ostatni odcinek bardzo powoli- prosiła- Na jedynce.

Potem okazało się, że podobnie, jak w naszym przypadku, nie wszyscy jej turyści są zdyscyplinowani, co niekiedy kończy się awarią zawieszenia. O nie, my awarii mieliśmy już serdecznie dosyć!

Trasa do Jolinkowa okazała się być dokładnie taka, jak opisała ją Jola. Z kartką w ręku udało się nam bez żadnego błądzenia dotrzeć do celu na umówioną godzinę. Nie powiem, dojazd zrobił na nas kolosalne wrażenie. Byliśmy uprzedzeni, że jest to droga gruntowa przez las, ale do głowy nam nie przyszło, że to będą prawdziwe ćwiczenia terenowe 21 letnim seatem.

-No, jak po tej wspinaczce seat nam się nie rozleciał, to znaczy, że już wszystko, co było konieczne zostało naprawione- stwierdził Chłop i pomaszerowaliśmy rozsiąść się u Joli, by ochłonąć po podróży.

Muszę szczerze przyznać, że krajobraz Małopolski mocno mnie dołuje. Rozumiem oczywiście, że nie możemy nikogo zmuszać, aby mieszkał w skansenie cierpiąc niewygody i rezygnując ze zdobyczy cywilizacyjnych współczesnego świata. Dlatego o taki, a nie inny krajobraz nie obwiniam mieszkańców, tylko stwierdzam fakt. We wsiach Małopolski w obecnych czasach znajdują się niemal tylko i wyłącznie nowe, współczesne domy. Jeśli gdzieś zachowała się stara chałupa, stanowi niebywałą rzadkość. Mogę sobie marudzić, gdyż jako Dolnoślązaczka jestem przyzwyczajona do XIX-wiecznych domów, które mają swój specyficzny klimat i piękny wygląd z epoki. Mamy tu zachowane całe wioski, gdzie praktycznie nie ma nowego budownictwa. W takich domach, po dołożeniu niezbędnej infrastruktury, mieszka się znakomicie. Małopolskę kształtowały zupełnie inne czynniki. Przed wojną były tu przede wszystkim małe drewniane chałupy. Po wojnie zakazano wznoszenia tradycyjnych drewnianych domów. Zmieniała się też mentalność ludzi, gdyż powoli zaczęliśmy wszyscy być globalną wioską. Każdy chciał mieć nowoczesny, murowany dom. Nasiliło się to w latach 90-tych. Drewniane domy popadały w ruinę, były małe i niewygodne. Obok nich lub na ich miejscu, powstawały domy murowane. Nie wiem, czy to tylko moje odczucie, ale te podkrakowskie nowe domy wydają mi się tak malutkie i ciasne, jakby tradycja pozostała, a zmienił się tylko materiał z którego są wznoszone. I w kontekście tego zapamiętanego małopolskiego krajobrazu ujrzałam dom Joli.



Owszem, widziałam dom Joli na blogu i na stronie internetowej. Żadne zdjęcie nie odda klimatu i uroku tego miejsca. Tam trzeba być i to zobaczyć. Naprawdę nie dziwię się, że mimo ekstremalnego dojazdu turyści do Joli pchają się drzwiami i oknami. Sama bym się pchała, gdyby nie moje obowiązki związane z tą samą branżą. Można mieszkać w starej drewnianej, małej chałupie po dawnemu, bez udogodnień choćby w postaci toalety. Wiem, że są miłośnicy takiego stylu życia. To jednak zdecydowanie nie moja bajka. W mojej bajce jest miejsce na styl, który obrała Jola. Znakomicie połączyła cechy tradycyjnej chałupy ze zdobyczami cywilizacji. Mało tego, potraktowała to wszystko na sposób artystyczny.





Ciekawiło mnie, z punktu widzenia zawodowego, jak udaje się jej tym swoim miejscem na ziemi oczarować turystów. Ludzie w dzisiejszych czasach mają spore wymagania, wiem to po swoim gospodarstwie. Dziś standardem jest jeśli nie toaleta w każdym gościnnym pokoju, to przynajmniej osobne WC, niezależne od gospodarzy. Jola nie ma miejsca na osobną toaletę. I jak widać, nie ma to żadnego znaczenia.

Spędziliśmy u Joli ponad godzinę jeśli nie dwie. Nagadać się nie mogliśmy do tego stopnia, że w połowie zdania wsiadłam do auta, bo zdałam sobie sprawę, że wątki nam się nie skończą. Po tym czasie, zjeżdżając wolno w dolinę (na jedynce oczywiście), zaczęłam się zastanawiać nad fenomenem Jolinkowa. Malutka chatka, fakt- śliczna, jak z obrazka, wspólna izba (kuchnia), malutkie pokoiki dla gości, wspólna łazienka (ale jaka!) i chętnych na wypoczynek nie brakuje. Odpowiedź jest oczywiście prosta. To Jola jest sprawcą tego wszystkiego z tą swoją  naturalną serdecznością, otwartością, autentyczną gościnnością i bezinteresownie ofiarowaną pomocą w nawiązaniu kontaktów. To ona sprawiła, że 5 minut po zapukaniu do jej chaty poczułam, że mogłabym tu spędzić życie.

W dzisiejszym świecie, gdzie rządzi kasa, a wszyscy chcą się nachapać małym kosztem, dając innym od siebie jak najmniej, takie miejsca, jak Jolinkowo to prawdziwe perełki, wyspy na morzu komercji i degrengolady, które powinniśmy pielęgnować, jak skarb. I mówić o nich całemu światu. Po wielokroć mówić!

Wracając do Dworu zaczęłam się zastanawiać, czy mam taką osobowość, która pozwoli mi stworzyć miejsce, ciepłe i przytulne mimo swoich dużych rozmiarów? Przestrzeń, do której moi goście zechcą wracać?

wtorek, 21 stycznia 2014

Wizyta wrześniowa cz.2.

Grodzisko w Poznachowicach Górnych.

-Musimy sprawdzić auto po naprawie- rzekł Krzyś, a ja słysząc te słowa, chwyciłam za mapę głodna wiedzy o nieznanym mi jeszcze terenie.
-Tu jest takie miejsce- powiedziałam wpatrując się w mapę- które brzmi dla mnie cudnie- Grodzisko. A obok, wyobraź sobie, jest Klasztorzysko!

To, że kawałek dalej jest Pustelnia, w której ponoć mieszka pustelnik, dowiedziałam się z przewodnika kilka tygodni później, już w domu. I to wprawiło nas w niemałe osłupienie. Póki co jednak, skoncentrowaliśmy się na grodzisku, które okazało się być całkiem blisko.

Radość ze spodziewanej przygody, związanej z odkrywaniem innych genetycznie grodzisk, niż nasze dolnośląskie, zaćmiła mi umysł, gdyż wskoczyłam w chińskie tenisówki, albo może w tenisówkach byłam i zapomniałam zmienić obuwie, chwyciłam termos, jedzenie i usadowiłam się w aucie.
Zapomniałam na śmierć, że na południe od Woli zaczynają się Beskidy.

Jechaliśmy sobie powolutku, podziwialiśmy widoki, kilka razy zgubiliśmy drogę, ale się szybko odnaleźliśmy. Mimo, że od dłuższego czasu wyraźnie wjeżdżaliśmy pod górkę, nic nie zmąciło mego spokoju. Zatrzymaliśmy auto, zapytaliśmy o niebieski szlak i cytując klasyka, tu mnie zamurowało. Czego ja się spodziewałam? Grodziska przy asfaltowej szosie? Popatrzyłam na idący stromo pod górę leśny szlak, popatrzyłam w dół na chińskie tenisówki i pogratulowałam sobie bystrości oraz inteligencji. Spojrzałam jeszcze raz na mapę i dotarło do mnie, że grodzisko usytuowane jest na szczycie góry o tej samej nazwie -Grodzisko. Cóż było robić? Przypomniałam sobie, jak kiedyś we Francji przypadkiem wylądowałam na skalistym wybrzeżu Bretanii w plażowych klapkach. I dałam radę. To, co? Mam się wystraszyć jednej górki w Beskidzie Wyspowym?

Droga na górę Grodzisko była bardzo stroma. Musiało nas nieźle zaćmić, iż w ogóle nie zarejestrowaliśmy faktu, że znajdujemy się na przedpolu Beskidów. Do tej pory poruszaliśmy się na północ i na wschód od Woli. Tam było w miarę płasko. No i wszędzie drogi były asfaltowe. Tymczasem wreszcie znaleźliśmy się w miejscu, jakie kochamy- na odludziu, w środku lasu, pośród skał i kamieni. I ten krajobraz nas, średnio na to przygotowanych, odrobinę zaskoczył.

Oczywiście, bez trudu pokonałam w chińskich tenisówkach stromą drogę na Grodzisko. Czułam każdy kamyk pod stopami, co przypominało mi o mojej bezmyślności. Dobrze, że nie chodzę w szpilkach- pomyślałam- i dobrze, że nie wyskoczyłam w pluszowych kapciach.


Wreszcie dotarliśmy na szczyt, gdzie pierwszą rzeczą, jaka rzuciła się nam w oczy, była mogiła.



Wszystkie informacje, jakie posiadłam na temat grodziska znalazłam powróciwszy do domu. Zamówiliśmy sobie „Monografię powiatu myślenickiego”, by zdobyć jak największą wiedzę o regionie, w którym przyjdzie nam zamieszkać.

Owa mogiła na szczycie góry Grodzisko jest symboliczna. Podczas II wojny światowej mieli tu schronienie partyzanci. Tu też toczyły się walki, tu ginęli ludzie. W latach 50-tych zwłoki partyzantów zostały przeniesione na cmentarz wojskowy.

Wokół samego grodziska narosło z czasem mnóstwo legend. Materiał archeologiczny pozwolił początkowo na wysunięcie przypuszczeń o zasiedleniu tego miejsca jeszcze w czasach epoki brązu (kultura łużycka). Tymczasem dokładniejsze badania wykazały, iż owszem, miejsce to penetrowane jest od wieków, o czym świadczą pojedyncze znaleziska skorup łużyckich i celtyckich, ale ze stałym osadnictwem mamy do czynienia dopiero we wczesnym średniowieczu. Zarówno badania archeologiczne, jak i źródła pisane potwierdzają istnienie w tym miejscu kasztelanii, która przetrwała aż do schyłku XIII wieku. Wspomina się nawet kasztelana Zdzisława.



Badania archeologiczne nie potwierdziły istnienia ogromnych rozmiarów zamku, o jakim wspominają XIX- wieczne źródła pisane, rzekomo siedziby możnego rodu Jaxów herbu Gryf. Mamy tutaj raczej do czynienia z typowym gródkiem obronnym- wieżą rycerską, tzw. donżonem. Bronił go zespól wałów kamienno- drewniano- ziemnych. Wały były w ciągu wielu lat użytkowania kilkukrotnie naprawiane, w końcu gródek padł ofiarą pożaru. Być może miały w tym udział tatarskie hordy przetaczające się w 2 połowie XIII wieku przez Małopolskę. Gródek stracił wówczas na znaczeniu na korzyść rozwoju Dobczyc i popadł w ruinę oraz zapomnienie.

Ze względu na upływ czasu oraz moje tenisówki, zdecydowaliśmy, że Klasztorzysko odwiedzimy innym razem. To przecież tak blisko od Dworu.

Schodząc bardzo stromo w dół zgubiliśmy szlak. Normalka, każdy myśli, że znaków pilnuje ten drugi. Ja bezgranicznie ufam Krzysiowi, ponieważ ma on świetne rozeznanie w terenie. Krzyś zapewne zaufał mnie i pomyślał, że skoro taka ze mnie zapalona piesza turystka, to automatycznie zwracam uwagę na oznakowanie szlaku.

-Wiesz- powiedział Krzyś- Jestem pewien, że tędy nie wchodziliśmy.
-Naprawdę?- odwróciłam się zdziwiona. Chwilę później wyobraźnia zaczęła działać. Beskidy, niedźwiedzie, Jezus Maria!!!
-Wracamy?- zapytałam cichutko. Obejrzałam się jeszcze raz za siebie i ujrzałam strome podejście, z którego właśnie zeszliśmy.
-Nie chce mi się- rzekł szczerze Krzyś.

Odpędziłam od siebie wizję niedźwiedzi i przypomniałam sobie, co było napisane w przewodniku. Beskid Wyspowy jest tak gęsto zaludniony, że nie sposób się zgubić. Schodząc z góry w dolinę, zawsze trafi się na jakąś wioskę.

-Droga jest dosyć szeroka, na pewno dokądś prowadzi.

Autorzy przewodnika nie kłamali. Kilka kroków dalej zobaczyliśmy majaczącą za drzewami wieś. Na szczęście były to wciąż Poznachowice. Przez chwilę zastanawialiśmy się, czy nie wejdziemy komuś na podwórko, lecz ku naszemu zdumieniu wyszliśmy prosto na szosę, w dodatku jeszcze bliżej naszego auta niż miejsce, z którego zaczęliśmy wędrówkę niebieskim szlakiem. Przy okazji odkryliśmy ten pomnik.




To niesamowity rejon o innej, nieznanej nam historii. Ja, przesiąknięta Dolnym Śląskiem, mająca w głowie wyrytą cezurę związaną z powojenną wymianą etnosu i kultury, jeszcze wiele razy odruchowo zapytam, czy to pozostałość poniemiecka, czy już nasza? Ku ogólnej naszej radości, zdarza mi się to notorycznie w Goerlitz, nie ma więc powodu wątpić, że pod Krakowem będzie inaczej :-)

piątek, 17 stycznia 2014

Wizyta wrześniowa. cz.1.


Z wizytą u mechanika w Gdowie.

Ostatnia podróż na Wolę w czerwcu, a zwłaszcza skomplikowana awaria auta, na tyle dała mi w kość, że we wrześniu podczas drogi, miałam, duszę na ramieniu. Wprawdzie auto zostało niby gruntownie przebadane, zainwestowaliśmy w jego lifting kwotę większą od jego wartości, ale uraz pozostał. W końcu seat ma już 21 lat. Droga upłynęła nam bardzo spokojnie, nie wydarzyło się nic złego, a Krzyś aby dodać mnie i zapewne sobie otuchy, co kawałek pokazywał mi palcem zepsute samochody stojące na poboczu.

- O zobacz, ten ma nie więcej, jak pięć lat, a tamten to już zupełna nówka.

W ten sposób przekonywał mnie, że wiek samochodu o niczym nie świadczy.

Na Wolę zajechaliśmy za dnia. Rozłożyliśmy bagaże, a szczęśliwe psy rozbiegły się po całym terenie. Mamy naprawdę wspaniałe warunki dla psów w Zapuście, ale coś w tym jest, że zarówno w czerwcu, jak i we wrześniu, trzeba było je długo prosić, by zechciały wrócić z nami do domu. One po prostu jeszcze przed naszą decyzją wiedziały, że to jest ich nowy dom.

Wieczorem Krzyś zrobił przegląd auta. Przyszedł do mnie trochę zasępiony.

-Nie denerwuj się, ale mamy malutki, naprawdę malutki problem.

Ścisnęło mnie w żołądku.

-Pasek rozrządu jest odrobinę wystrzępiony. Wolałbym go wymienić, ponieważ jak pęknie, to nic nam nie pomoże.

Oczyma mojej rozbuchanej wyobraźni ujrzałam, jak seat, przyczepa my i cztery psy, w tym jeden histeryk, wracamy do domu na lawecie.

-Niestety, sam tego nie wymienię, musimy znaleźć jakiś warsztat.

Zastanawiając się, jak nasz mechanik mógł to przeoczyć, następnego dnia udaliśmy się do Gdowa w poszukiwaniu mechanika, który dokonałby wymiany na miejscu lub w jakimś rozsądnym czasie.
Jest to wiedza powszechna, że dobry i uczciwy mechanik to skarb. My byliśmy obcy, w nieznanym miejscu i bardzo łatwo mogliśmy paść ofiarą jakiegoś cwaniaczka.
Aby zmniejszyć koszty naprawy, zakupiliśmy pasek rozrządu w sklepie motoryzacyjnym. Tam zapytaliśmy o jakiś rozsądny warsztat. Mechanik, do którego nas skierowano, miał akurat pełne ręce roboty. Widząc jednak obcą rejestrację i słysząc opowieść, że jesteśmy w podróży, zaproponował nam termin na dzień następny. Dowiedzieliśmy się, że wymiana tej części będzie u niego kosztować 150 zł. Zgodziliśmy się, ale postanowiliśmy poszukać jeszcze szczęścia gdzieś indziej, ponieważ Gdów, sądząc po widzianych przy jakiejś innej okazji szyldach, wydał nam się naszpikowany warsztatami samochodowymi. Mieliśmy już też jakieś rozeznanie, co do ceny.

Właśnie zaczęło padać, kiedy napotkaliśmy warsztat, przy którym stał jeden tylko rozgrzebany wóz.
Właściciel warsztatu, wysłuchawszy naszej historii, że jesteśmy z daleka i do domu mamy 500 km, rzekł że oczywiście, może odstawić mniej pilną robotę i wymienić nam tę część za 280 zł.

-Oj nie, to nie, my dziękujemy- odparłam. –Jesteśmy umówieni na jutro u innego mechanika za 150 zł.
-Acha, no dobrze- po zmarszczkach na czole widać było, że mechanik intensywnie myśli i kalkuluje, co robić.- To ja wam to wymienię za 150 zł. 

Ucieszyliśmy się, choć tak naprawdę to trzeba było wiać. Facet ewidentnie szukał „jeleni” do oskubania. Świadczyła o tym pierwsza wygórowana kwota. Jeśli ktoś na wstępie próbuje cię oszukać,  nie warto w ogóle z takim rozmawiać. Już później, analizując na spokojnie sytuację, zastanowiłam się, że nie bez powodu u pierwszego mechanika stał sznur kilku aut, a u tego jeden biedny gruchocik.
Ucieszeni, jak jakieś głupole, przystąpiliśmy do omawiania szczegółów.

-No ale jak wymienimy pasek rozrządu, to jeszcze koniecznie trzeba wymienić rolkę napinającą – tłumaczył nam mechanik.
-Hm... –zamyślił się Krzyś. -Ale może jednak nie trzeba. Może zadecydujemy o tym, jak ją wyjmiemy i okaże się, że jest zużyta.
-A jak już rozbieramy- podniecił się niezdrowo mechanik- To może powinniśmy wymienić pompę wody?
-Ale co ma pompa wody do paska rozrządu?- zdenerwował się Krzyś.

Krzyś jest świetnym mechanikiem –amatorem. Kiedy spawał i konserwował podwozie seata, rozebrał auto na drobne części i co ważniejsze złożył go z powrotem. I nie została żadna śrubka.
Zapaliła mi się czerwona lampka w głowie.

-No, wygląda na to, że chce pan nam wymienić pół samochodu?- rzekłam kąśliwie.
-Ale tę rolka napinającą trzeba wymienić koniecznie- kontynuował mechanik.
-Zobaczymy- stwierdził Krzyś. -My pójdziemy teraz na spacer do bankomatu, panowie rozbiorą samochód i zadecydujemy.

Nie bacząc na strugi deszczu i nie mając też żadnej innej alternatywy, pomaszerowaliśmy w kierunku centrum Gdowa w poszukiwaniu bankomatu.

-Wiesz... –zagaił Krzyś. –Ten facet ma rację. Pasek rozrządu powinno się wymienić razem z rolką. Dogadaliśmy się z nim, że jeśli będziemy wymieniać rolkę to policzy nam tylko za część, robocizna będzie w cenie wymiany paska. Tych kilku złotych marży mu nie będę żałował.
-Dobrze, oczywiście, jak trzeba to robimy. Ja chcę bezpiecznie wrócić do domu.

Kiedy ponownie stanęliśmy przed warsztatem, samochód był rozgrzebany, a mechanik zaczął zachowywać się tak, jakby mu ktoś śrubkę w tyłku podkręcił. Machał kończynami na wszystkie strony. Tu koniecznie trzeba wymienić i to i tamto, a pompa wody świszczy! Patrzyliśmy na niego przerażeni. Asertywność może i jest naszą mocną stroną, ale mamy do pokonania 500 km. Po takim tekście każdemu zmiękłyby nogi. 

-Dość!- zarządził Krzyś. –Wymieniamy tylko pasek rozrządu i rolkę!

Mechanik sklęsł, jak nakłuty balonik.

Nie odwiedzałam krajów arabskich, ale nie wiedzieć czemu ta scenka skojarzyła mi się z arabskim zwyczajem targowania się. Nie znam jeszcze lokalnej mentalności i tradycji, ale być może właśnie w ten sposób załatwia się sprawy „krakowskim targiem”?
Uregulowawszy należność, mechanik zaczął roztaczać przed nami wizje, że ani chybi po drodze do domu pęknie nam pompa wody oraz spadnie na nas 10 plag egipskich. Na koniec uścisnął nam krzepko dłonie oraz... polecił się na przyszłość. Jezus Maria!!!

Wyszłam z tego warsztatu wymięta psychicznie.
-I co o tym wszystkim sądzisz, kochanie? – zapytałam cichutko.
-Tak to właśnie wygląda, jak jesteś tu obcy, nie masz żadnego punktu zaczepienia ni osoby, która mogłaby ci polecić odpowiednich fachowców. Jedną z pierwszych rzeczy, o którą trzeba się postarać, to stworzyć sieć kontaktów i poleceń.
Łatwo powiedzieć, na razie nie znamy nawet własnych sąsiadów. Oczywiście, jest to tylko kwestia czasu.
cdn...

środa, 8 stycznia 2014

Partyzanci na Woli Zręczyckiej.

Kiedy w 1939 roku Polska dostała się pod okupację niemiecką i sowiecką, majątek na Woli Zręczyckiej znalazł się pod stałą kontrolą Niemców, którym właściciele musieli dostarczać deputaty w postaci mleka, mięsa, zboża i drewna. Nie przeszkodziło to jednak, aby w najbliższej okolicy Dworu ulokowali się partyzanci Armii Krajowej ze zgrupowania „Szczerbiec”, głownie pochodzący z okolic Poznania, a zatem władający doskonale językiem niemieckim.

Las Wólczański to 150 ha drzew, leśnych ścieżek i wąwozów, które przed wojną były własnością rodziny Feill. Takie okoliczności przyrody sprzyjały ukrywaniu się partyzantów i prowadzeniu przez nich działań dywersyjnych.

Fragment lasu pomiędzy wsią Podolany, a Wolą Zręczycką

Lata wojny były dla mieszkańców Dworu niezwykle trudne i niebezpieczne. Obecność partyzantów tuż pod bokiem, udzielanie schronienia i dostarczanie im jedzenia, narażało rodzinę na niebezpieczeństwo utraty życia lub w najlepszym wypadku, na wtrącenie do obozu koncentracyjnego. Podczas wojny we Dworze na stałe przebywał Stefan Feill, jego matka Malwina oraz siostra Kamila. Czasowo przebywała ich siostra Malwina z mężem Władysławem Jenknerem, jej córka Ewa Urbanowicz i jej malutki syn Jan. Brat Stefana- Antoni, który również mieszkał na Woli, w wybudowanym w stylu tyrolskim drewnianym domu w przysiółku Rasiki, został zmobilizowany w 1939 roku, jako rezerwista do wojska i trafił do niemieckiej niewoli. Przebywał między innymi w Offlag II c Woldenburg.
Dom Antoniego i jego żony, artystki-malarki Stefanii Bujańskiej na Rasikach służył partyzantom za szpital polowy. Szpitalem opiekował się prof. dr chirurg Glatzel z Krakowa oraz dr Pszon z Gdowa. W szpitalu tym dokonywano całkiem skomplikowanych zabiegów medycznych. Dr Glatzel usunął nawet nerkę jednemu z przywiezionych przez partyzantów pacjentów, który potrzebował tego typu pomocy. Niestety, willa na Rasikach została doszczętnie spalona przez Niemców przy okazji większej akcji mającej na celu pacyfikację oddziałów partyzanckich. Niemiecki oddział, który po spaleniu Wiśniowej (17 września 1944), przemieszczał się w stronę Dworu, spalił szpital wraz ze znajdującymi się tam rannymi ludźmi. Niemcy niechybnie spaliliby Dwór i wymordowali mieszkańców, gdyby nie wydarzyło się coś na miarę cudu. Przybył bowiem posłaniec z jakąś ważną wiadomością, która spowodowała zmianę kierunku niemieckiego natarcia. 

Wydawać by się mogło, iż wrzesień 1944 roku był dla Dworu miesiącem cudów. Drugi cud, czy raczej pierwszy, gdyż miał miejsce 13-14 września wydarzył się, kiedy przybyła z jakiejś podróży babcia (Ewa Urbanowicz) w sieni dworskiej zobaczyła duży skład różnego rodzaju produktów, alkoholi, papierosów, etc. Okazało się, że partyzanci zrobili napad na magazyny niemieckie i za bardzo nie mając gdzie, cały łup zrzucili we Dworze. Byli przyzwyczajeni, że od czasu do czasu mogą tam coś we Dworze przechować, ale to był już szczyt wszystkiego. Babcia wzięła sobie dowódcę partyzantów na stronę i go najzwyczajniej w świecie opieprzyła. Zbulwersowany dowódca rzekł:
-A co, bo się pani?
-A boję się- odpowiedziała babcia- Bo mam o co się bać!
Obrażony dowódca kazał spakować łup i chłopcy rozpłynęli się w ciemnym lesie.

Obawy babci okazały się mocno uzasadnione, żeby nie rzec prorocze. Bezmyślność partyzantów mogła kosztować życie wielu ludzi. Następnego dnia (13 września) na zboczu góry, tuż przy Dworze, rozbił się amerykański bombowiec. (Można o tym wydarzeniu przeczytać tutaj.) Załoga samolotu uratowała się, gdyż tuż przed upadkiem, wyskoczyła z samolotu na spadochronach. Niemcy pierwsze co zrobili, to kipisz we Dworze. Zagladali wszędzie, do szaf, a nawet do szuflad. Strach pomyśleć, co byłoby gdyby znaleźli w sieni zrzut łupów z obrabowanych magazynów. Kiedy Niemiec zaczął przetrząsać szuflady, babcia zapytała:
-Czy chcecie znaleźć lotnika w szufladzie? Może tak do lasu byście sobie poszli poszukać?
Niemiec nie kwapił się zagłębiać w las, gdzie za każdym drzewem mogła czekać na niego kulka.

Stosunki pomiędzy partyzantami a dworem i niemiecką komendanturą były niezwykle misterne i skomplikowane. Kiedy przy okazji obowiązkowych danin babcia odwiedzała posterunek niemiecki, oficer pytał:


-Jak tam, ukrywacie we dworze partyzantów?
-Ależ skąd?!- zarzekała się babcia
-To co, można was odwiedzić?
-Eeee… może lepiej nie?- odpowiadała.

To, że Dwór był okolicznym azylem dla partyzantów stanowiło dla Niemców tajemnicę poliszynela. Wszyscy o tym wiedzieli, ale wygodniej było tego nie zauważać. Las wokół Dworu był przecież naszpikowany partyzantami. Jeśli nie było wyraźnego, nie dającego się zlekceważyć powodu, takiego, jak chocby upadek samolotu, nikt z Niemców nie wyrywał się, aby wizytować Dwór położony w środku lasu. Mieli rację, by tego nie robić. Kilkukrotnie zdarzyło się, że mieszkańcy Dworu prosili partyzantów, aby nie strzelali do robiących kontrolę w majątku Niemców argumentując to faktem, że okupanci w odwecie spalą całą wioskę i zabiją wszystkich mieszkańców.

Dziś patrzymy na pozostałych przy życiu partyzantów, jak na nobliwych staruszków, którzy poświęcili się walcząc i ginąc za ojczyznę. Tak właśnie było, lecz nie możemy zapominać, że w czasie wojny byli to młodzi ludzie, pełni zapału, którym często w głowie rodziły się mniej lub bardziej mądre pomysły.

Pewnego letniego dnia, roku 1944, przyprowadzili do Dworu na Woli Zręczyckiej państwowego ogiera pełnej krwi angielskiej o imieniu Indo, którego odbili z transportu do Niemiec w Kłaju. Koń miał na zadzie wypalone znaki, a jako ogier, z powodu temperamentu, nadawał się do służby w partyzantce mniej, niż wół do karety. Niewiele myśląc, partyzanci przyprowadzili ogiera do Dworu, gdzie zamieszkał w stodole obok bardzo złego buhaja. Koń stale na zadzie miał założoną derkę, ponieważ do budynków gospodarczych miał wolny wstęp kontrolujący majątek bezirkslandwirt (powiatowy agronom), nawiasem mówiąc Niemiec (Volksdeutsch?) o nazwisku Jarosz. Indo dostał zaciszny kąt w głębi stodoły, natomiast przy wejściu ulokowano groźnego buhaja. Indo był na tyle miłym ogierem, że podczas wizytacji siedział cicho, jakby rozumiał powagę sytuacji. Widok buhaja zaś skutecznie zniechęcał wizytatora do eksplorowania pozostałej części budynku. Indo po wojnie został zwrócony do stadniny.

W rodzinie przechowywana jest pamięć o innych wybrykach partyzantów. Pewnego, zapewne zimnego, czy deszczowego dnia, zamiast w lesie, chłopaki postanowili zanocować w dworskiej stodole na niewymłóconym jeszcze zbożu. Problem polegał na tym, że w kieszeniach mieli mnóstwo granatów, które podczas snu powypadały. Nie trzeba zbyt bujnej wyobraźni, aby sobie uzmysłowić, jaką traumą tamtego roku była dla właścicieli majątku młocka. Granaty, wszystkie, co do jednej sztuki, znalazły się po ukończeniu prac na samym spodzie stodoły.

Pewnego dnia partyzanci postanowili włamać się do mleczarni, skąd zabrali wszelki znajdujący się tam nabiał. Po ogromnej ilości spożytego mleka i śmietany, odwykłe  od tłustego jedzenia żołądki odmówiły im posłuszeństwa. 80 chłopów tak zasrało cały las wokół Dworu, że aby uniknąć dalszego smrodu i kłopotów, mieszkańcy leczyli ich wypalanym naprędce węglem drzewnym.

Rodzina i prawdopodobnie niektórzy mieszkańcy Gdowa i okolic pamiętają brawurową akcję partyzantów, którym chyba z nudów strzeliło do głowy ukraść Niemcom opancerzony samochód. Chłopaki byli na style radośnie bezczelni, że obwożąc się po mieście opancerzonym samochodem, zatrzymali się tuż pod posterunkiem niemieckim, ponieważ drzewo blokowało im przejazd. Niemcy zabarykadowali się na posterunku myśląc, że nadeszła ich ostatnia godzina, partyzanci jednak pożyczyli od kogoś piłę i spokojnie utorowali sobie przejazd. Tego typu wybryki nie były niczym dziwnym, ponieważ partyzanci liczebnością górowali nad Niemcami sprawującymi władzę i kontrolę w Gdowie.

Pomimo iż we Dworze mieszkała lub pomieszkiwała cała rodzina wolańskiej gałęzi Feillów, całym majątkiem w głównej mierze opiekowała się Kamila Feill przy ogromnej pomocy leśniczego Karola Dobosza oraz starszego już wiekiem zarządcy, zwanego karbowym. Nazwa pochodziła ponoć od karbowanego kija, który ów zarządca dzierżył i który pomagał mu w obliczeniach. Można sobie wyobrazić, że kij był narzędziem poręczniejszym niż liczydło przy pracy w terenie.

Kamila podczas wojny często opiekowała się rannymi partyzantami. O jednym takim wypadku pisała lokalna gazeta.